Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Wieści dalsze

Minął miesiąc odkąd zaczęliśmy naszą przygodę z odczytywaniem Guciowych znaków związanych z potrzebą zrobienia siusiu lub kupy. Wiem, że nie każdy uwierzy w to, co napiszę i nie każdy poczuje potrzebę spróbowania tego wszystkiego u siebie, ale zapewniam, że warto. Wykorzystuję moment, że wszystkie dzieci śpią i piszę zamiast sama spać, bo naprawdę czuję potrzebę podzielenia się tym, głośnego zawołania: niemowlęta to ludzie! Inteligentni, świadomi ludzie w kontakcie ze swoim ciałem i pełni empatii wobec innych! Dlaczego o tym zapominamy, robimy z nich słodkich debili, pakujemy w śpioszki z idiotycznymi napisami, organizujemy im absurdalne sesje zdjęciowe w których ,,udają”, no nie wiem, policjantów? Nie potrafimy z pokorą uszanować ich prawdziwego jestestwa które onieśmiela… swoją niesmowicie prostą cudownością… To są ludzie, LUDZIE, a my traktujemy je jako coś pomiędzy psiakiem a lalką, z jednej strony tresując, z drugiej modelując pod swoje dziwaczne wizje, z trzeciej nie chcemy uznać, że wszystko co robią, jest nastawione na pełen miłości kontakt, fizyczny i emocjonalny. Guciutku, nie wiem jak ci dziękować, że pokazujesz mi światy o których pojęcia nie miałam!!!

Wypunktuję najbardziej niewiarygodne epizody z naszego życia z ostatniego miesiąca. Wierzenie w nie nie jest obowiązkowe:

1. Od ponad miesiąca tylko jedna (słownie JEDNA) kupa trafiła nie tam, gdzie powinna. Stało się tak, bo jechaliśmy długo autobusem i nie było możliwości załatwienia tego inaczej, więc zrobił (acz niechętnie) w pieluszkę. Mogę powiedzieć że wszystkie (słownie WSZYSTKIE) kupy Guciutka spotykają swoje przeznaczenie w toalecie albo krzaczkach.

2. Niedawno jadłam śniadanie i widziałam że Guciutek chce siusiu. Nie miał pieluchy. Poprosiłam go spokojnie żeby wytrzymał jeszcze kilka minut bo jestem bardzo głodna i muszę się najeść. Gdy skończyłam, pobiegłam z nim nad zlew. Nasikał od razu, sporą ilość. Marcin był świadkiem!!! I powiedział, że nasz synek jest bardzo uprzejmy…

3. Wiem dokładnie kiedy dwumiesięczne niemowlę chce siku czy kupę. Czasami z siusiami nie zdążę, ale wiem zawsze. Odkąd zaczęłam to praktykować, moje zdolności do skupiania się na czymś innym niż dziecko jeszcze bardziej się cofnęły. Zapominam i gubię ważne rzeczy, nie wiem czasami jak się nazywam. Mózg rozwinął się w kierunku niewerbalnej komunikacji zaniedbując resztę totalnie. Ale wystarczy że spojrzę na twarz Guciutka i wiem dokładnie czego chce. I niegdy się nie mylę. NIe wpadam w samozachwyt bo przy okazji zgubiłam raz starszaki w pociągu (z happy endem) i straciłam fajny aparat… Taki etap. Nowość dla mnie. Nieznane lądy do odkrycia, piękne.

4. Czytałam o tym kiedyś i Ljiljana mówiła to samo, że wysadzane dzieci przestają bardzo szybko siusiać w nocy i podczas noszenia. Taki instynkt, wrodzona mądrość. Nie chcą zamoczyć legowiska, nosidła ani opiekuna. Tzn ich ciało nie chce, bo na poziomie intelektualnym nie zastanawiają się nad tym za wiele… Już wiele suchych nocy za nami. Po prostu dziecko idzie spać i chociaż budzi się na jedzenie, nie moczy pieluchy. Czasami 9 godzin. Nad ranem często kręci się na kupę, robi ją i idzie dalej spać. Ma 2 miesiące.

Muszę kończyć, bo Guciutek się budzi.

 

Hulajnoga

Dostałam przedwczoraj od mojego męża żarówiasto różową hulajnogę i już nie potrafię bez niej żyć.

Jeżdżę na niej wszędzie, na zakupy, na spacer i do pracy (bo już 10 dni temu wróciłam do funkcjonalności jako postnatal doula), Guciutka mam w chuście i jestem zachwycona. Tęskniłam w Londynie za rowerem, bo bałabym się nim po tym mieście jeździć a tym bardziej z dziećmi i brakowało mi wiatru we włosach. No to już nie brakuje :) Wszędzie jestem szybciej i czuję się fantastycznie! Nie jak objuczony osioł tylko fit mama ;)

Nie wiem właściwie po co to piszę, chciałam po prostu podzielić się tym, jak dobrze się czuję, gdy nie skupiam się na ograniczeniach, lecz na możliwościach. I że wszystkich z serca zachęcam do tego samego.

 

Dzień z trójką dzieci

Bardzo, bardzo lubię być mamą trójki dzieci. Jest to dla mnie ilość idealna. Każdy pełni swoją określoną funkcję, szczególnie w moim sercu. I trudno mi sobie wyobrazić że któregokolwiek kiedykolwiek nie było. No były zawsze wszystkie!

Guciutek skończył dzisiaj 6 tygodni więc oficjalnie wyszłam z połogu. Z okazji tego wyjścia spędziliśmy sobie calutki dzień poza domem. Było przepięknie, odkryliśmy nowy park, starszaki latały na bosaka po trawie i wydurniały się wybornie. Gucinek chillował się w chuście, co jakiś czas raczył się cycusiem albo robił siku w krzakach. Odkąd nie robi kupy na leżąco, skończyły się jakiekolwiek trawienne niedogodności, bo nadmiaru bąków i zawartości jelit pozbywa się reguarnie w wygodnej, przeznaczonej do tego pozycji i chociaż i tak mało płakał, teraz za dnia nie płacze w zasadzie wcale. Odszedł mu bowiem jedyny powód jaki miał do płaczu, a mianowicie trudności ze zrobieniem kupy, z jakimi borykał się od urodzenia. No nie ma dziecka, no :) Płakanie włącza mu się na około 20- 30 minut wieczorem, po powrocie do domu, kiedy czas spać na noc, bo chyba wie, że przez najbliższe 12 godzin nie będzie w chuście i mu się to nie podoba… W każdym razie raz uśpiony, śpi do rana, co kilka godzin budząc się na cycusia, czasami na siusiu i kupę- gdy zaspokoi te potrzeby, zasypia z powrotem bez najmniejszego dramatyzowania.

I jest cudowny, absolutnie przeperfekcyjny.

Felek i Lila natomiast nabrali racjonalności. Niesamowite, jak dojrzały, pomocny i rzeczowy potrafi być ośmiolatek. Lila miała mały kryzys niedawno, ale pogadałyśmy sobie i temat nie wrócił. Zresztą odkąd Guciutek zaczął się do niej świadomie uśmiechać, przeszedł jej miłosny pierdolec niebezpiecznie ocierający się o ryzyko zamordowania niemowlęcia z nadmiaru uczuć, a ona okrzepła i powoli uczy się okazywać przede wszystkim troskę i odpowiedzialność za samopoczucie braciszka. 

Kiedyś drażniło mnie idealizowanie macierzyństwa, cukrowe opisy sielanek, które jakoś zupełnie nie pasowały mi do tego, co ja przeżywałam z moją DWÓJKĄ. Czułam się bowiem jak na niegasnącym polu bitwy, zagrożona z każdej strony, umęczona i obolała na ciele i duchu. Dlaczego wtedy nikt mi nie powiedział, że dziecko po prostu się nosi non stop za dnia i problem nie powstaje więc nie trzeba go rozwiązywać? Że receptą na ,,kolki” jest pomoc dziecinie przy wpróżnianiu się raz na godzinę albo rzadziej? Za dnia nigdy Guciutka nie usypiam. Śpi kiedy chce, ja nawet nie wiem, kiedy bo nie zawsze widzę jego twarz gdy jest w chuście. On tam po prostu jest. Cicho.

Jakie to proste, aż się wyć chce. Zawsze zastanawiałam się, jak to możliwe, że mieć dziecko to aż taka orka na ugorze, jak ludzie radzili sobie dawniej, z całymi czeredami potomstwa? No to już wiem jak. Po prostu nie mieli tych wszystkich współczesnych ,,ułatwień”  które doprowadziły do tego, że przestaliśmy umieć zajmować się własnymi dziećmi.