Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Wystawa Felka

Dzisiaj w naszym ogrodzie miała miejsce Wystawa Złych Ludków Lego autorstwa Felka. Sam przygotował ludki, bilety (po funciaku!) i koncepcję wydarzenia, mieliśmy też loterię w której trzy osoby wygrały nowe figurki, ognisko, jedzenie, picie…..

Przychodziły kolejne osoby i zdałam sobie sprawę, jak bliskie mi one są. Teksty przy powitaniu leciały te same, co 25 lat temu, gdy byłam mała i odwiedzali nas ciocie i wujki. Dzieciaki piszczące z zachwytu na widok swoich przyjaciół. Niektóre z tych maluchów znamy od urodzenia, inne od kilku lat. Pomyślałam sobie, Boże, oni tu przyszli dla nas. Wybrali w ten lodowaty listopadowy dzień wycieczkę na samo południe Londka, żeby sprawić przyjemność naszemu synkowi.

Wiele dla mnie znaczył ten dzień.

Po imprezie starszaki pojechały na noc do swojego kuzyna, Marcin wziął Guciutka na wieczorne wyciszanie a ja położyłam się we wannie i popijając winko myślałam, jak bardzo, bardzo kocham swoje życie. Ten nasz zapyziały flat i ogród, w którym tętni życie przez cały rok, BO CHCEMY ŻEBY TĘTNIŁO. Dzieciaki jedzą samorobną nutellę z daktyli zagryzając syfiastymi skittlesami. Jedna mama robi mydła, druga ma dojścia do miodu z pasieki, trzecia zrobi akupunkturę jak trzeba, czwarta swoim śmiechem wyleczy z każdej niedyspozycji. Czuję wdzięczność że Ci ludzie są wokół mnie.

Czuję wdzięczność, że jesteście.

 

Muzeum Zoologii

Zabrałam dzisiaj starszaki do Muzeum Zoologii. Muzeum jak muzeum, czaszka ocelota, ucięta głowa psa w formalinie, układ nerwowy gołębia i oskórowane myszy. Lila zachwycona, Felek sobie rysował. Dzień jak wiele innych SPRZED Guciutkowej ciąży…

To, co warte napomknięcia to fakt, że pojechałam tam bez Guciutka który na ten czas został z tatą. Prawie 5 godzin! Nikt w związku z tym nie przeżył żadnej traumy.

Jestem szczęślliwa. Po prostu bardzo jestem szczęśliwa i dumna, spokojna i pewna swoich decyzji. Trzecie dziecko a ja dopiero teraz ośmieliłam się wychowywać je i opiekować się nim tak, jak czuję, że należy, a nie żeby komuś się przypodobać. Nie chciałam zostawiać malusia póki oboje nie czuliśmy że to dobre i nie zostawiałam. Poczułam, że przyszedł na to czas i to robię. Proste jak drut, a ile satysfakcji daje! Owszem, Marcinek miał pewne trudności z uśpieniem synka, ale cóż mogę rzec…. To dlatego, że właściwie zawsze robię to ja. Przełamanie rutyny musi wiązać się z jakimś bólem. I potem ten ból mija, bo dziecinka uczy się, że i przy tacie można poczuć się wystarczająco bezpiecznie by zasnąć bez awantury. Bo tata też prowadzi aktywną politykę niezostawiania płaczącego dziecka, ale też nie ulegania awanturom. Gdy Guciutek płacze z jakiegokolwiek powodu którego nie pojmuję, po prostu jestem przy nim. Nic oprócz tego nie robię i polecam tę metodę bo nie ma nic trudniejszego dla takiego maluszka jak uczynić go pępkiem świata- one zwyczajnie nie są gotowe na to, by brać na siebie TYLE, taką odpowiedzialność. Świat, nawet świat ,,tylko” własnych rodziców, to bardzo dużo.

Bobaski funkcjonują najlepiej wtedy, gdy się je kocha i szanuje ich potrzeby, jak również etapy rozwoju, nie zakłócając ich. Nie potrafią się odnaleźć w sytuacji, gdy dorosłe osoby na siłę usiłują się do nich dostosować. Nie mogą tego podnieść i buntują się w mniej lub bardziej spektakularny sposób. To one chcą do nas lgnąć, nie my do nich. To one ,,wpasowują się” w naszą rzeczywistość, tą, jaką zastały przy urodzeniu, bo to od początku istnienia rasy ludzkiej był warunek ich przetrwania. A my mamy kochać. Mało, co? A mówią, że rodzicielstwo to ciągła orka na ugorze. Nie, gdy się tę prostą prawdę przyjmie.

Na zakończenia napiszę, że Lila pojechała dzisiaj na noc do swojego chłopaka. Słodkie te dzieci jak milion chałw z cukrem!

 

 

 

Playgrupa dla bobasów

Pierwszy raz w życiu byłam dzisiaj z bobasem na playgrupie- z nim i tylko z nim- takiej dla bobasów, w salce przy kościele, z zabawkami dla bobasów, przekąskami dla bobasów i w ogóle wszystkim stworzonym, zaplanowanym i ułożonym z myślą o dzieciach do lat 4.

Bobas nadzwyczajnie dobrze się bawił. Miał moją stuprocentową uwagę (a ja jakiś wybuch introwertyzmu, nie podeszłam nawet do dawnej klientki którą wypatrzyłam kątem oka… tak bardzo chciałam tam być TYLKO z Guciem), co zapewne musiało mu się podobać, bo z reguły starszaki dominują przestrzeń, zarówno w domu, jak i na homeschoolingowych spędach. Miał zabawki, których nikt mu nie zabierał, nie to co w domu, gdzie ani kubkiem kawy, ani nawet telefonem spokojnie nie dadzą się ponapawać. Założyłam mu pieluchę bo nie chciało mi się latać z nim do toalety umiejscowionej na końcu długiego korytarza. Pełen luz. Już zapomniałam jak to jest być w otoczeniu samych bobasów. I zapomniałam jak to jest być w otoczeniu 50 matek tą jedyną karmiącą piersią. Kiedyś dawno temu, jak Felek i Lila byli takimi bobasami i mieszkaliśmy w Ashford, strasznie przejmowałam się tym, że nie ma wokół mnie innych gołych cycków niż mój własny… Krępowałam się karmić, próbowałam zrozumieć, chciałam naprawiać świat. Dzisiaj wiem, że ten świat nie potrzebuje naprawiania tylko trzeba trafić w dobre miejsce.

Playgrupa przy kościele to nie jest szczyt marzeń alternatywnego freaka, ale chyba osiągnęłam już taki etap, że mam to totalnie gdzieś i uważam, że warto wyskrobać funciaka, żeby przez 90 minut móc spokojnie obserwować szczęśliwe, suche, niezmarznięte i nieprzygaszone niemowlę, popijając kawę którą ktoś ci zrobi i przegryzając ciastko które ktoś ci poda. A przez kilka lat wydawało mi się, że już moje nogi na żadną ,,zwykłą” playgrupę nie zajdą… Tym bardziej cieszę się, że kolejnej szufladki z korzyścią dla siebie i dziecięcia się pozbyłam. A dziecię mam wyjątkowe pod względem aktywności… Śpi mi w dwóch setach po 20 minut, resztę dnia rozpieprza co się da… Latam z wywieszonym językiem jak pies po zawodach łapania frisbee… Z tym, że moje frisbee waży już pewnie z dychę i nie trzeba go rzucać, bo samo włazi na sufit, taranując przy okazji wszystko co leży mu na drodze. Tylko łapać trzeba a nie zawsze się zdąży. Tym psom jakoś z większą gracją to wychodzi niż mnie….