Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Różnica między tsylatkami i pięciolatkami

Wstęp: Lila od tygodnia chodzi do szkoły. Na razie tylko na pół dnia, ale dzisiaj pierwszy raz poszli już grupowo na lunch do stołówki. Nie narzeka, wręcz przeciwnie- chociaż bywa rozdarta, nie ma wątpliwości, że chce chodzić i już po tych kilku dniac gada do nas po angielsku! Jest bardzo zdyscyplinowana, sama bez ociągania ubiera się w mundurek, je śniadanie i wychodzi w sekundę po tym, jak mówię, że czas iść. Jest super!

Dzisiaj przyznała się, że tęskniła za mamą i prawie, prawie płakała, czuła w oczach płacz ale nie pozwoliła łezkom lecieć. Przytuliłam ją mocno. Na co ona:

- Tsylatcy nie potlafią jesce tak powstsymywać jak chce się płakać. Ale ja jus mam plawie pięć! I umiem.

Jako trzylatka nie była jeszcze gotowa na żadne separacyjne eksperymenty i jestem bardzo szczęśliwa, że po 3 godzinach spędzonych w przedszkolu na jakże edukacyjnym zajęciu (PŁACZ ZA MAMĄ) już więcej tam nie poszła. Nie musiała.

Lileczka umie już zapanować nad emocjami i zracjonalizować sobie niektóre z nich, a także określić plusy i minusy sytuacji w jakiej się znalazła (na własne życzenie). Mimo tęsknoty, doświadczonej oraz potencjalnej, chce nadal chodzić do szkoły i wszystko jej się tam podoba: i pani, i klasa, i fakt, że sami wybierają sobie jedzonko na lunch. Można nawet dostać dokładkę! Tylko trzeba po nią iść- no to poszła.

 

 

 

Produkcja wznowiona

Lila ssała pierś ostatni raz kilka miesięcy temu. Potem znowu była w Polsce, ja zaszłam w ciążę i mleczko zniknęło jak kamfora.

Na jednym ze szkoleń dowiedziałam się, że piersi każdej ciężarnej kobiety produkują pokarm już od 16- tego tygodnia ciąży. Wydawało mi się to nieprawdopodobne! Po co tak wcześnie- przecież żadne dziecko nie przeżyłoby, nawet wspomagane cudami medycyny, rodząc się na tym etapie? Jest to dla mnie do dzisiaj tajemnica niewyjaśniona. Natomiast oczekiwałam tego pełnego szesnastego tygodnia, żeby przekonać się empirycznie- mając oczywiście na względzie, że może się nie udać, bo to że pokarm w piersi jest nie musi świadczyć o tym, że tryśnie fontanną pod wpływem byle nacisku.

A jednak! Od kilku dni czułam w piersiach lekkie mrowienie, tak inne niż dotychczasowe ciążowe doznania które generalnie nie miały nic wspólnego z przyjemnością- obrzęk i ból. Była to jakby delikatniejsza wersja odczuwania skutków nawału i napływania pokarmu np. pod wpływem płaczu niemowlęcia czy myślenia o dziecku. Pomyślałam sobie: o, ho!, bez wielkich emocji, ot coś tam się dzieje i ma prawo się dziać. Cieszyłam się jedynie, że to zauważam, bo w poprzednich ciążach byłam dość odcięta od bodźców płynących z mojego ciała i dopiero cieknąca kilka dni przed porodem siara uświadamiała mi, że tak, owszem, piersi pracują a za chwilę będą musiały pracować jeszcze ciężej. Jednak bez wiedzy z zakresu laktacji i macierzyństwa trudno było mi sobie zobrazować, co właściwie tam zachodzi.

Dzisiaj stuknął nam siedemnasty tydzień. Przypomniałam sobie o tym w kąpieli i postanowiłam spróbować nawiązać komunikację z piersiami. Myślałam o maleństwie, także o pewnym które nas dzisiaj odwiedziło (patrząc na nie przyssane to życiodajnego źródła czułam mrowienie intensywniej niż ostatnimi dniami!) i rozpoczęłam próby wyciśnięcia mleka z jednej piersi. Szok! Poszło od razu! Białawo- przezroczysto- kremowa kropelka rozmazała się w gorącej wodzie. Z drugą piersią nie było tak łatwo, ale nie poddałam się. Po kilku minutach pojawiły się dwie mikroskopijne kropelki. Nie więcej. Dokładnie tyle, by uświadomić mi, że ten pociąg zatrzyma się dopiero na stacji ,,Poród” i nie ma odwrotu- piersi przypomniały sobie niezawodnie do czego są stworzone i objawiły swą gotowość do ponownego podjęcia pracy przy produkcji ŻYCIA.

Nie mogę się doczekać tej istoty, jestem jej strasznie ciekawa i całe moje ciało tęskni do macierzyństwa. Kocham to uczucie, gdy pozbawione jest obaw, strachu przed czyjąś oceną. W najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że kiedykolwiek przeżyję ciążę której (pod względem psychicznym) towarzyszyć będzie tylko czysta radość.

 

 

Olśniło mnie

Spojrzałam dzisiaj na na namiot rozstawiony w ogrodzie (okazyjnie co jakiś czas ktoś w nim śpi) i poczułam w dole brzucha rozlewający się dreszcz fizycznej przyjemności. Perfekcyjne miejsce na drugą fazę porodu! Fakt, będzie to luty, ale nasze namioty świetnie trzymają ciepło, poza tym podciągnę sobie farelkę na przedłużaczu… Tyle razy paliliśmy sobie lampy, także zimą, podczas ognisk, więc doskonale wiem, że jest to możliwe! W razie gdyby okazało się to niemożliwe, kupię sobie wcześniej ze dwa, trzy dodatkowe termofory- po fakcie rozdam je przyjaciółkom jako pamiątki…

Nie mam jakiegoś pędu do ,,udziwnień”, ale rzeczywiście wizja ,,nory” w której mogłabym spokojnie wydać na świat swoje szczenię wydała mi się tak potężnie pociągająca, że nie potrafię się jej oprzeć. Marcinek jest zadowolony z tego pomysłu i już zastanawia się jak zapewnić w środku lutego ogrzewanie w namiocie. Póki co stanęło na systemie jaki używa się dla gadów w terrarium…

Uwielbiam być sama i nie odmówię sobie przyjemności podążenia chociaż raz w życiu za swoim fizjologiczno- duchowym pragnieniem. Nie sposób też nie dostrzec dodatkowego plusu ,,tent birth”- chociaż ja będę miała w nim komfort kucania i czołgania się na czworakach, nie zmieści się tam już żadna położna :)