Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Uśmiech kobiety z wózkiem

Spotkało mnie dzisiaj coś bardzo miłego. Gdy czekałam na autobus do pracy, zapewne ciężko dysząc i świecąc ciążowym rumieńcem na kilometr, przechodząca obok kobieta z około półtorarocznym dzieciaczkiem we wózku uśmiechnęła się do mnie, a w tym uśmiechu było wszystko.

Było w nim: Wiem, jak to jest, bo przeszłam przez to samo. Jeszcze trochę, wytrzymasz. Musi być ci ciężko, ale dasz radę. Życzę udanego porodu i zdrówka dla maleństwa. Jestem z tobą solidarna.

Odwzajemniłam ten anielski uśmiech i zrobiło mi się ciepło, mimo straszącego z kwietnych kikutów szronu i pozamarzanych kałuż.

Przed oczami stanęły mi obrazy sprzed siedmiu lat. Felkowa ciąża dała mi tak do wiwatu, że jak tylko urodziłam, wpadłam w obsesję okazywania troski innym ciężarnym. Zmysły wyostrzyły mi się jak u psa i wywęchiwałam je nieomylnie w tramwajach, sklepach, w urzędach pocztowych. Wołałam przez cały wagon, żeby ustąpić miejsca, opieprzałam tych, którzy w kolejkach nie zamierzali się nad przyszłą matką ulitować. Empatyzowałam jak oszalała z matkami ryczących w miejscach publicznych infantów. Żeby im pokazać, że nie są same, bo ja też tam byłam i też mi nikt nie powiedział wcześniej, że macierzyństwo może wydawać się w swoich początkach jakąś diabelną pułapką.

Ale to tylko dlatego, że dajemy się wmanewrować w oszustwa społecznej pomyłki, która ciężarne, położnice i młode matki zamyka nie tylko w mieszkaniach (które na tym etapie przynoszą więcej obowiązków niż przyjemności) ale przede wszystkim w klatkach oczekiwań ze wszechstron. Nie ja pierwsza o tym piszę, ale wciąż mam wrażenie, że tylko w niektórych kręgach mentalny betonowy mur otaczający nasze wyobrażenie MATKI Z DZIECKIEM kruszeje delikatnie i ledwo zauważalnie z roku na rok. Dzieje się tak pewnie ze względu na popularność internetu, gdzie każdy może napisać, co czuje i utożsamić się z innymi, przechodzącymi to samo- i to jest wspaniałe- ale coś musi się stać, żeby to wsparcie wyszło poza laptopy i telefony!

Uśmiech kobiety z wózkiem, ciepły i wspierający, skierowany w stronę kobiety w ósmym miesiącu ciąży, nie wydaje się wielką pomocą, ale to symbol. Bycia razem, zrozumienia, otwartości. Mnie wystarczył dzisiaj do poprawienia nastroju a nawet fizycznego samopoczucia. Małe rzeczy naprawdę potrafią działać cuda.

Styczeń

Nie zrobiłam podsumowania roku 2016. Jego końcówka upłynęła mi na oczekiwaniu na ostatni, przed moim własnym, poród, asystowaniu świeżo upieczonym Rodzicom, a Sylwester- udzielaniu im pomocy w podróży ze szpitala do domu, która nie należała do łatwych ze względu na niezbyt wspierający personel… Bardzo emocjonalne to były dni i nagle do drzwi zapukał Nowy Rok, niosący pod pachą styczeń- miesiąc poprzedzający luty. A w lutym mam rodzić. No to będę rodzić

Mam już basen i piękny mięciutki czerwony koc, długie ciepłe pończochy na latanie z gołą pupą po zimnej podłodze w tę i wew tę w poszukiwaniu idealnego miejsca na ten jeden, ostateczny głęboki wdech i wydech zwieńczony tym historycznym pierwszym zaczerpnięciem prawdziwego powietrza zamiast życiodajnej krwi z hojnego łożyska, miejsca, które może okazać się łazienką, kuchnią lub którymś z 2 pokoi. A może rzeczywiście namiotem? Kto wie, ostatnio moja wizja tańczenia ze skurczami bardziej zbliża się do ciepłej wody i kąpielówek dzieci asystujących mi w basenie… To tak trudno zaplanować! Moje ciało być może już wie, jak to będzie, ja- jeszcze nie. Ale radośnie otwarta jestem na każdą możliwość.

Chce mi się dziecka strasznie i całkiem białawe mleko płynące przy niewielkim  nacisku nieuchronnie o tym świadczy. Jestem już dość zmęczona ciążą, która od samego początku mnie nie rozpieszcza, od kilku dni doświadcząc dodatkowo ostrym bólem miednicy, który utrudnia chodzenie, siedzenie, wstawanie, zmienianie pozycji z jakiejkolwiek na jakąkolwiek. Skutecznie ratuję się masażami i olejem z nagietka, ale na prawdę pomaga zwykły odpoczynek i brak konieczności wykonywania ruchów. Poród po tym wszystkim to będzie pestka, dobrze to wiem, bo jak porównać maksymalnie dobę dyskomfortu z 9 miesiącami rzygania, mdlenia, bólu, obezwładniającego zmęczenia, zgagi i tej irytującej zależności od innych? Już od dawna nie mogę podbiegać do uciekającego autobusu, ciasto robię siedząc na podłodze a skarpety czy buty zakładam przez pół godziny i muszę to sobie zawsze wcześniej rozplanować… Jakie to męczące dla kogoś kto podejmuje decyzje i żyje szybko, spontanicznie, uwielbia samodzielność!

Mimo tych wszystkich uniedogodnień wyobrażenie noworodka na brzuchu, przy piersi, w ramionach budzi we mnie wręcz dreszcz oksytocynowej rozkoszy. Jako doula niejedno już widziałam, a jako towarzyszka Kobiet- słyszałam i wiem, co niekiedy zdarza się podczas narodzin, jednak nie ma we mnie nawet 1% obawy. Może jest to naiwność, może brak wyobraźni, a może osiągnęłam taki jej poziom, że nic nie jest w stanie zaburzyć moich sielankowo idealnych wizji? Co ciekawe, dziecko jawi się w nich jako nieskażony byt, figura z macierzyńsko- platońskiej jaskini, a nie konkretna osoba. Nie potomek z którym jako matka wiązałabym jakiekolwiek oczekiwania. Nie strażak, nie filozof, nie tancerka, a nawet nie wolny duch, grzebiący w błocie cherubinek czy poważna buzia wyglądająca spod gustownej czapeczki. Ale ciałko. Oczy. Wszechmądrość w nich. Mleko. Śliskość. Pępowina. Purpurowe usteczka rozdziawione w pierwotnym, odwiecznym oczekiwaniu na zasłużoną bliskość ludzkiej skóry.

I nic mnie nie będzie obchodzić.

W narodzinach trzeciego dziecka upatruję nadejścia wolności. Jest to pierwsza moja świadomie zaplanowana ciąża, a los okazał się na tyle łaskawy, że dał mi ułudę poczucia decyzyjności w tym zakresie. Wiadomo, że wszystkie dzieci są planowane i chciane tylko nie zawsze przez swoich biologicznych rodziców i nigdy nie mamy prawa tego osądzać bo musielibyśmy być tysiącletnimi mędrcami, by znać historię każdej pary, każdej kobiety i znać okoliczności każdego poczęcia do jakiego dochodzi na tym świecie. A nikt nim nie jest. Tym razem czuję się jednak spokojna, bo nasza historia, ta, którą znamy i pamiętamy, pięknie i czule oplata naszą teraźniejszość. Czuję się wyróżniona. Że to wyjątkowe maleństwo uzupełni życiorysy wielu osób (póki co aż czterech) i że to ja pomogę mu wydostać się na ten świat.

 

 

 

Grudzień

Mój ,,termin porodu” za równo dwa miesiące. Nie jestem jakoś obsesyjnie przywiązana do tej daty, ale nie ukrywam, że na końcówkę grudnia czekałam od momentu zrobienia testu ciążowego. Jest to w mojej głowie jakiś kamień milowy. Coś, co było niewyobrażalne a jednak się zdarzyło. Święta, Nowy Rok, potem to już tylko nowy kalendarz powiesić i… będzie!

Zabawne, że zarówno w ciąży z Felkiem, jak i z Lilą ten okres z około dwu miesięcy przed porodem pamiętam najlepiej. Wiem, co czułam, co robiłam, nawet co mi się śniło. U Felcia był to marzec, u Lili lipiec i doskonale potrafię przywołać w pamięci nawet swoje ,,ówczesne” odbicia w lustrze, a właściwie w lustrach bo mieszkałam w różnych miejscach. Tak więc i teraz jakoś mi ckliwie, że to już zaraz, finito. Pewnego dnia obudzą mnie skurcze albo chluśnięcie wód, albo nic mnie nie obudzi bo już dawno będę obudzona, a konieczność zaczerpnięcia oddechu będzie mi przerywać mieszanie sosu na kolację. A może do samego końca nie będę pewna, czy to już i zanim się zorientuję, w kilku skurczach partych pomogę Człowiekowi wydostać się na ten świat!

Tak czy owak, podchodzę do tematu spokojnie. Oglądam sobie piękne zdjęcia z porodów domowych i marzę o tym anielskim obliczu, częściowo pokrytym jeszcze mazią płodową, o tym mądrym, najmądrzejszym w całym życiu spojrzeniu i tych włoskach pozlepianych substancjami które jeszcze przed minutami Człowieka chroniły w moim brzuchu, pomagały mu się wyślizgnąć, zmniejszając opór a już zaraz ktoś spróbuje je wytrzeć, umyć, żeby dziecko było ładne bo tu, na świecie obowiazują inne standardy urody niż w macicy. Nie! Nie wytrę Człowieka, niech jego zapach mówi mi jak tam jest a jemu nie odbiera tej pamiątki przez możliwie jak najdłuższy czas. Ta magiczna chwila niech trwa, bo już nigdy później Człowiek nie będzie tak bardzo mój, jak wtedy, gdy połączony jeszcze pępowiną z łożyskiem wciąż we mnie lub obok nas, spojrzy na mnie zaskakująco przytomnymi czarnogranatowymi oczami i zobaczy wszechświat dobra.

A potem już tylko: mama, pić mi się chce, włąc mi bajkę, nie idę na dwór, nie ubiorę tych skarpet :)