Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Kierunek: Hiszpania!

Wczoraj moja ostatnia londyńska klientka urodziła w domu cudne dzieciątko. Jest mi niezwykle bliska, bo kilka lat temu doulowałam jej przy porodzie pierwszego maleństwa i cały ten czas utrzymywałyśmy bardzo ciepłe stosunki. Dlatego zostałam z dziećmi dłużej w Anglii. Bo nie chciałam jej zostawiać. Płakałyśmy długo przy rozstaniu. A potem wróciłam do rodziny z którą obecnie przebywamy i zabukowałam bilety lotnicze do Granady na 5 listopada.

Za kilka dni ładuję się zatem z trójką dzieci i dwiema potężnymi walizami do pociągu który poniesie nas na najbliższe lotnisko. Z niego przetaczamy się do samolotu Easy Jet i żegnamy z Wielką Brytanią. Krajem, w którym spędziliśmy ponad 7 ostatnich lat. W którym urodził się nasz ukochany Guciutek. W którym Lila postawiła swoje pierwsze kroczki a cała nasza rodzina nabrała ogromnej siły do bycia razem i bycia sobą. Bycia sobą razem.

Wiem, że wiele osób, także nam bliskich zupełnie tego nie rozumie i niektórzy w ogóle tego nie ukrywają. Nie mogą pojąć, jak tak można, z dziećmi, bez pralki, bez wanny i normalnego kibla, bez bieżącej wody z regulowaną temperaturą, bez tych wszystkich elektronicznych udogodnień, upiększeń, ułatwień. Znudziło mi się tłumaczenie, że jesteśmy w punkcie, w którym MUSIMY odetchnąć, musimy zajrzeć znowu w siebie a te wszystkie ułatwiacze nam tego nie ułatwiają. Może powinnam mówić tylko za siebie… JA, Maria Block, matka trójki i żona Marcina, potrzebuję natury, przestrzeni, zwierząt i roślin w moim życiu, nie od święta w zatłoczonym parku, nie raz na kilka miesięcy na wakacjach, ale na codzień, blisko mnie, na wyciągnięcie ręki, nogi, mózgu, serca i płuc. Nie chcę żyć dłużej w poczuciu że każdy mój krok wraz z krokami miliardów innych ludzi przyczynia się do śmierci, zniszczeń, zasyfiania, chorób. Także naszych…

Chcę być wolna. Poród bez asysty otworzył we mnie tę niezłamaną pewność, że nie umiem funkcjonować inaczej. Że nie szukam wsparcia, poklepywania po plecach i wzajemnego usprawiedliwiania się. Wychowanie bezpieluszkowe i bezwózkowe Guciutka przykleiło mi łatkę wariatki. Ludzie kiwali głowami: ,,Jak ty się męczysz!” a mnie ta ,,męka” przynosiła radość, ulgę. Doświadczenia Guciutkowego wczesnego macierzyństwa było dla mnie najłatwiejszym z tych trzech. Najmniej byłam zmęczona. Najwięcej przynosiło mi ono uśmiechu, nagród, satysfakcji.

Więc mam silne podstawy by sądzić, że teraz będzie bardzo podobnie. Że to co innym wydaje się niewyobrażalną torturą, mnie po prostu uładzi wiele aspektów życia. Mówię za siebie. Ale serce rośnie mi myślą, że udało mi się przekonać do projektu moją rodzinę. Oni są wszyscy niesamowici. Zasługują na coś lepszego. Serio. Lepszego niż hałdy plastikowej chińszczyzny, zasmrodzone ,,powietrze”, zabójcze decybele przez całą dobę i plastikowy pies robot którego Lilcia kupiła sobie za kieszonkowe wraz z książeczką o tym, jak tresować psa (żywego). To było smutne. Straszne. Strasznie smutne i dające do myślenia.

Tak więc… To nasze ostatnie trzy dni w Anglii i chociaż targa mną lęk przed nieznanym, podnoszę głowę i ładuję moje dzieciątka oraz skromny dobytek do pociągu a potem do samolotu. Ku lepszemu!

(I ku pomarańczom rosnącym w parku, konikom mówiącym dzień dobry, naszemu pieskowi którego Marcin odbiera w niedzielę oraz Lili kotkowi którego odbieramy zaraz po przylocie. To tak na początek :) )

Marcin w Hiszpanii

Od tygodnia Marcinek zajmuje się przystosowywaniem landu pod andaluzyjską wsią do zamieszkania przez małą gromadkę unschoolersów.

Podobno można tam usiąść i płakać. Albo zacząć zbierać migdały. Trzeba pamiętać o zapasach wody i drewna na opał. Wojskowe śpiwory są bezcenne. Trzymają ciepełko gdy oddech paruje nad ranem.

Człowiek czuje tam że żyje, to znaczy wiem od Marcina, a że on jest Człowiekiem to mu wierzę. Istnieje tam możliwość zajrzenia do siebie i wyciągnięcia wniosków.

Góry, niebo, roślinność są tak piękne, że to aż boli. Boli bycie tam i nie da się już wrócić po tygodniu za żadne skarby. To znaczy od Marcina to wiem, a on właśnie nie chce wracać.

72835861_456370868558121_9046610420109934592_n 73064363_512827185943942_3135906882967830528_n land namiot

Ostatnia noc

Dzisiaj spędzam z dziećmi ostatnią noc w ,,naszym” mieszkaniu na Croydonie.

Potem będziemy się kręcić to tu, to tam, Marcin ogarnie wszelkie sprawy związane z agencją i za 8 dni zmywa się z tego kraju. Jesteśmy w punkcie, że nie wiemy za bardzo co robimy ale wiemy, że cokolwiek to nie jest, przyniesie dobre plony. Na każdy wyraz troski i wsparcia rzucamy się jak pies na ochłap. Jest przy nas okazjonalnie taki jeden dziadek, bezdomny, podróżuje w vanie. Poznaliśmy go wiele lat temu i pomogliśmy mu troszeczkę. Facet zniknął na pięć lat i myśleliśmy, że nie żyje a on zwiedzał świat. Wrócił. Teraz on jest dla nas jak anioł stróż. Sama jego obecność, chociaż momentami wydawałaby się nachalna, działa na mnie niebywale kojąco. W dodatku bardzo nam kibicuje i w naturalny sposób oferuje pomoc za którą mam ochotę płakać z wdzięczności: pohuśta Gutka w ogródku gdy marudzi, odbierze nas ze stacji gdy pada deszcz. Ma też znajomych niedaleko naszej miejscówki. Powiedziałam mu dzisiaj, że chcemy wziąć kozę najszybciej jak się da od razu po przeprowadzce. On jest jak doula… Pomyślał sekundę.

,,Oh, yes, Bernard knows these things”

Bernard to jego kumpel, który tam mieszka. Tam, czyli piętnaście kilometrów od naszej wioski. Ma świnie, kurczaki. To i na temat kozy się zapewne wypowie w sposób konstruktywny. A Kenny, ten ,,nasz dziadek” pojedzie za nami do Hiszpanii już w październiku i pomoże się ogarnąć. Zapozna z Bernardem. Sama świadomość, że ktoś tak bezdennie popiera nasz projekt i chce pomóc w przyziemnych sprawach przynosi mi poczucie niebiańskiego szczęścia… Oczywiście tylko na chwilkę, bo zaraz znowu znajduję coś, czym stresuję się aż do mdłości…

Ostatnia noc. Tu zostałam doulą, tu poznałam setki podobnych pod różnymi względami do siebie ludzi, tu urodziłam trzecie dziecko bez asysty i pokochałam Marysię, jaką jestem. Wiele przez te sześć lat podróżowaliśmy, widzieliśmy, dowiedzieliśmy się, wykorzystaliśmy wiedzę w praktyce i oceniliśmy, co nam jest potrzebne, a co nie. Czujemy się silni.

A jednak… Coś boli.

Jechałam dzisiaj na ostatnią poporodową wizytę i wybrałam jako środek transportu hulajnogę w miejsce autobusu. Chciałam być blisko. Chłonąć. Wybrałam obecność i pozytywny wysiłek. Uważność. Odpowiedzialność. Ostatniego dnia chciałam być aktywnym uczestnikiem życia tutaj. Zmierzyć się z momentem.

Usiadłam na chwilę na ławce przy placu zabaw na którym kiedyś moje dzieci wesoło się bawiły. Pamiętam, że wcześniej Felek naciągnął mnie w czariciaku na komplet plastikowych robotów. To było parę lat temu. Jednego z tych robotów znalazłam ostatnio podczas opróżniania mieszkania. NIc nie czułam wywalając go do śmietnika. Ale dzisiaj poczułam. Poczułam, że południowy Londyn będzie w nas zawsze bo to on nas ukształtował jako rodzinę. Dał silną podstawę i wypuścił dalej. A my idziemy z podniesionymi głowami, chociaż niepewnie. Tak bardzo potrzebujemy teraz potwierdzenia że to co robimy jest dobre…. ważne…. wielkie na swój sposób.

Do pieska czekającego na nas w Andaluzji dołączył dzisiaj kociak.