Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Terytorium

Nasi znajomi przeprowadzili się właśnie do nowego mieszkania na osiedle, gdzie dzieci latają bez nadzoru i bawią się całymi dniami. Byliśmy ich dzisiaj odwiedzić. Mama z synkiem w wieku Felka, dzieciaki mają swoje ups and downs ale generalnie znają się od ponad 2 lat i spędzili mnóstwo czasu razem. Dzisiaj chłopaki, za moją zachętą postanowili wyjść przed blok… Ta druga mama nie była pomysłem zachwycona, ostrzegała nas, że sąsiedztwo mają problematyczne, dzieciaki są agresywne, zaczepialskie, ale gdzież bym posłuchała?! Przecież w każdym dziecku jest dobro, a nie? :)

Oczywiście już po minucie do naszych ,,maleństw” dochrzaniła się grupka starszych chłopaków i zaczęła ich na różne sposoby informować, że generalnie teren należy do nich. Patrząc na to przez okno, doświadczałam szeregu uczuć a moja znajoma zaczęła szybciej oddychać i nerwowo biegać z pomieszczenia do pomieszczenia żeby mieć sytuację pod kontrolą z różnych okien. Jak tylko znikali nam z oczu, panika obezwładniała moją zdolność logicznego myślenia. Marcin nas uspokajał, że jak zajdzie coś poważniejszego, to huknie przez okno i będzie OK. Nie miałam przekonania…

Za każdym razem jednak gdy z powrotem trafiali nam w zasięg wzroku, okazywało się, że radzą sobie świetnie. Nie tracili pewności siebie, kolega Felka odpowiadał słownie pięknym za nadobne, a Felek wprost mówił, że jeśli dojdzie do walki to będą się bronić, bez cienia niepewności, czy w ogóle mają jakieś szanse z większą grupą starszych bojowo nastawionych obcych chłopaków!! Według mnie nie mieli… Marcinek powtarzał: ,,weź daj ty mu szansę…”, no to dałam. Chowałam się, żeby nie widział, że patrzę w okno na granicy zawału!

Jak im się znudziły słowne potyczki, wrócili do domu i na nasze pytanie, jak było, odparli zgodnie, że SUPER!!!!!! 

Nasza znajoma śmiała się nerwowo a ja nawet teraz czuję szybsze bicie serca, wystarczy że wspomnę wyprostowaną postawę Felcia i jego zrelaksowany wyraz twarzy. Bez zbędnych ceregieli chłopcy zaczęli sobie grać w gierkę jakby nigdy nic… 

Przeżywałam całe zajście przez kilka kolejnych godzin. Marcin rozmawiał z Felkiem 30 sekund. Przytoczył mi potem tę rozmowę. Brzmiała ona podobno mniej więcej:

- Dalibyście Felek radę, co?

- A co, widziałeś nas przez okno?

- Tak.

- No pewnie że byśmy dali.

I przybili sobie piątkę bez dalszego roztrząsanie (jakie to męskie). Ja potem do Marcinka:

- Żartujesz? Przecież oni nie mieliby szans.

A Marcinek:

- Wolisz, żeby on myślał, że by miał, czy że by nie miał?

No kurde, jednak wolałabym żeby myślał, że da sobie radę. Cokolwiek by się nie działo.

 

Pytania (niespełna) siedmiolatki

Moje średnie dziecię zapytało mnie dzisiaj (spróbuję zacytować):

-Mamo, a jak nie zajść w ciążę jak się nie chce być w ciąży? (…) Tak, żeby nie trzeba było nic kupować?

Z oczywistych względów od kilku lat w naszym domu bez żadnych ograniczeń wibrują w eterze wyrazy i sformułowania takie jak: ciąża, zapłodnienie, okres, spóźniający się okres, owulacja, poronienie, poród, antykoncepcja, zarodek, szyjka macicy, skurcze, rozwarcie oraz pokrewne. Gadam ja, gadają tabuny kobiet przewijające się przez nasze domostwo, gada i Marcinek, po prostu non stop te tematy są wałkowane więc silenie się na jakieś tabu ,,bo są dzieci” nie miałoby racji bytu. Zresztą, jak słusznie zauważał jeszcze kiedyś Marcin, gdy ja momentami zawieszałam się, próbując ustalić, czy jakiemuś wątkowi, przez wzgląd na obecność maluchów, należy się kontynuacja, ,,gdyby nie to, to ich też by nie było”. Racja!

Aktualnie czytam potężną książkę, ,,Taking charge of your fertility” a jest ona opatrzona wieloma ilustracjami które z godną podziwu fotograficzną dokładnością pokazują np. anatomię narządów rodnych kobiety i mężczyzny albo wygląd szyjki macicy w poszczególnych fazach cyklu miesiączkowego. Zaglądająca mi przez ramię Lila budziła moją radość, bowiem czekałam tylko aż zacznie zadawać pytania. Zaczęło się oczywiście migusiem, jak tylko doszło do rozdziału na temat badania cytologicznego i, jak wyżej wspomniałam, szczegółowych obrazków. Zadziwiło mnie, jaka ona mądra, jak dużo już wie, a już absolutnie uwielbiam fakt, że nie ma między nami najmniejszego skrępowania i ona te tematy traktuje z tym samym połączeniem ,,obojętności i fascynacji” jak przepis na ciasto z malinami albo opowieść o moim psie z dzieciństwa (o nie, prepraszam, pies budzi więcej emocji!). I cieszy mnie niezmiernie, że córka moja cudna będzie wiedziała o własnym ciele wszystko zanim jeszcze zacznie miesiączkować i cień przerażenia i niepewności  nie pojawi się w jej główce a jeśli nawet to będzie wiedziała, dokąd po radę (nie do koleżanek z klasy, których zapewne, Boże dopomóż, nigdy mieć nie będzie, a których edukacja i pęd do dzielenia się ,,wiedzą” woła z reguły o pomstę do nieba… Co i tak uważam za lepsze niż edukacja internetowa, bo po wpisaniu do google słowa seks dostaniesz wszystko ale z pewnością nie rzeczowe informacje na tematy powiązane ze zdrowiem kobiety w wieku reprodukcyjnym!!! I cokolwiek to będzie, nie nadaje się dla młodszych nastolatek. Dla starszych też nie).

Lilę zainteresował jakiś wykres (,,co to są te numerki?”) i okazało się, że wyjaśniał on biologiczne podstawy do naturalnego planowania płci potomstwa. Sama jeszcze niewiele wiem na ten temat, ale ile na bieżąco z Lilą na kolanach wyczytałam, tyle jej powiedziałam. Myślała i myślała, w końcu wymyśliła, że chce mieć najpierw chłopca, potem dziewczynkę i potem znowu chłopca (muszę przyznać, że model wydał mi się idealny :) :) ), którego nazwie Salitti (bo lubi egzotyczne imiona; uważa, że Felek, Lila i Gucio są zbyt zwyczajne i ona tak dzieci nie nazwie). Po kolejnej serii niemych przemyśleń (akurat pochłaniałam wegetariańkiego sznycla z ogniska, ona zaś wegetariańskiego burgera… Domowej roboty Marcinowy majonez spływał w upale po zgrzanych twarzach… Sielanka), wyraźnie zaniepokojona poprosiła o wyjaśnienie kwestii, co robić albo czego nie robić, gdy już się nie chce mieć więcej dzieci…

Zgodnie z tym, czego się aktualnie uczę, zaczęłam odpowiadać, nie wiem tylko dlaczego zaczęłam od prezerwatywy. Lilianna przerwała: ,,A to nie ma takiego sposobu, żeby nic nie trzeba było kupować ani chodzić do lekarzy?”. Córeczka mamusi! Weszłam w tematy mierzenia temperatury itd. Posłuchała, posłuchała i poleciała na huśtawkę. A potem budowała z Felkiem lego.

Pragnę uspokoić wszystkich, którzy uważają, że deprawuję własne dziecko. Poza tymi rzadkimi momentami, kiedy zadaje pytania, bo akurat książka o płodności jej się nawinęła, Lila nie wykazuje żadnych cech obsesji, żadnego zainteresowania seksem ani ochoty do kokietowania, łazi w poplamionych szortach Felka całymi dniami albo tapla się w baseniku ogrodowym z zabawkowymi fokami i morsami. Jest bardzo czuła wobec swojego małego braciszka, pełna empatii wobec kobiet w ciąży i zrozumienia dla kwestii typu ,,ciocia nie ma męża a jest w ciąży”. Jest po prostu tak cudowna, dziecinna i dojrzała zarazem, że brakuje mi słów. I czuję dumę, gdy mówi mi, że będzie się mnie pytać zawsze o rzeczy związane z rodzeniem dzieci, bo uważa, że wszystko wiem :O Poniekąd dlatego, że zupełnie nie czuję, że wiem chociaż 10 procent rzeczy które powinnam! Ale cały czas się w pocie czoła dokształcam, w końcu audytorium mam najsłodsze z możliwych. A jednocześnie wymagające!

 

Homework

Po dłuższej przerwie naszła mnie dzisiaj ochota żeby coś napisać. Właściwie ochotę to miewam dość często, gorzej z siłą i czasem. A działo się u nas, nie powiem… Zdążyliśmy być na niezapomnianych,dzikich, wiejskich, kozio- kurzych wakacjach w Bułgarii, odwiedziliśmy wiele zupełnie nowych miejsc w Londynie, ja posunęłam się do przodu na ścieżce ku certyfikatowi Fertility Douli (Bosz, jakie to fascynujące!!!!). Przyszło lato. Guciutek zaczyna się rozgadywać i przy okazji rozbisurmaniać jeszcze bardziej.

Zapisałam dzieci na lekcje, prawdziwe szkolne lekcje u jednej pani (sama ma dziecko na homeschoolingu, ale trochę innym niż ten nasz; jest nauczycielką i jej córeczka po prostu realizuje program szkolny w domu). Felek twierdzi że nie będzie chodził, ale jeszcze zobaczymy, zmuszać go nie będę, ale może uda mi się go przekonać, żeby poszedł raz na próbę… Lila bardzo chce. Dwie godzinki w tygodniu, nie przeuczą się :) Kobieta sprawia wrażenie konkretnej i bez szczególnej fantazji, napawa mnie to dziwnym optymizmem. Już kiedyś chodzili oboje na lekcje w podobnym klimacie i dużo skorzystali, podobało im się i łyknęli trochę readingów i writingów, nikt nie umarł. Tylko potem zrobiła się wiosna a jeszcze potem w Guciutkowo- doulowym ferworze nic się nie dało zaplanować. Ale edukacyjne szanse dla naszych dzieci wracają! Bo oto pani wysłała dla Felka i Lili HOMEWORK do zrobienia zanim zaczną chodzić do niej na zajęcia, żeby mieć ogólne pojęcie na jakim oni są etapie…  Trochę mi zajęło zachęcenie ich do zajrzenia w wydrukowane papiery i przekonanie samej siebie, że to ma przyszłość… Na wszelki wypadek napisałam (zanim w ogóle to wydrukowaliśmy) do pani, że nie wiem, czy oni to zrobią… Ona szczerze odpowiedziała, że nie chce wyjść na ignorantkę, ale nie miała nigdy do czynienia z dziećmi na unschoolingu, niemniej zrobi co w jej mocy, żeby dobrze się u niej czuły. Odsapnęłam :) To, do czego zmierzam to fakt, że Lila prawie półtorej godziny odrabiała dzisiaj matematykę. Polecenia były po angielsku, więc oczywiście byłam przy niej i tłumaczyłam wiele rzeczy na polski, ale w jej oczach zobaczyłam iskrę pasji, światło skupionego dziecięcego geniuszu przy pracy i zachwyciło mnie to. Zachwyciła mnie Lila dzieląca dwadzieścia na pięć w pamięci i na paluszkach, bo nigdy wcześniej tego nie robiła, więc wymyśliła sobie jakiś swój własny (skuteczny) sposób na dzielenie i mnożenie… Odkrywczość, radość z każdego małego sukcesu, pęd żeby robić dalej. Skończyła po 22! MOŻE, bo nikt jej rano nie będzie budził, wstanie kiedy zechce, może przed 11 jak kilka dni temu, żeby posnuć się do bez celu w piżamie do południa a potem może pojechać na bagna po roślinki do oczka wodnego, które chce urządzić. Jak jej się przypomni, weźmie się za matematykę. I będzie w niej świetna. Gdy powiedziałam jej, jak działa tabliczka mnożenia, po co to jest i co można dzięki niej liczyć, nie mogła uwierzyć, że będzie umiała robić takie przydatne rzeczy. Ku jej ekstazie zamówiłam jej zalaminowaną kartę z tabliczką mnożenia. Już zaplanowała, że będzie z nią spać.

Felek póki co w opozycji, ale nie mam z tym problemu. Cały czas się koło nas kręcił, ,,podpowiadał” Lili z angielskiego, zapewniał średnio co 5 minut bardzo solennie, że on się na to marnotrawstwo czasu nie pisze i ogólnie widać było, że nie do końca mu w smak było to, że młodsza siostra tak świetnie sobie radzi. Sam zrobił dzisiejszego dnia wczesnym popołudniem kilka zadań (szybko i poprawnie) i śmiertelnie go zanudziły więc doceniam że zaczął, aczkolwiek presji wywierać nie będę.

Kocham te chwile, gdy jestem naocznym świadkiem z tak bliska tego, jak rozwija się intelekt, kombinowanie, zamiłowanie do wyzwań. Że to wszystko tak samo się dzieje. Być, zapewnić, nie szkodzić- chyba nie ma trafniejszego trio moich macierzyńskich haseł.