Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Drewno

Wciąż daleko nam do biegłości w posługiwaniu się językiem hiszpańskim….

Ostatnio sąsiad z niepojetych przyczyn oddaje nam sporo drewna za darmo, co jest bardzo miłe, bo nie musimy szukać powalonych drzew ani kupować go za krocie. Dzisiaj przyszedł i pokazując na stertę drewna zaczął coś mówić dość rozemocjonowanym tonem. Wyłapałam 3 słowa: jutro, drewno i śmierć. Strasznie sie przestraszyliśmy bowiem uznaliśmy, że przypadkiem dał nam toksyczne drewno, które musi wywietrzeć, bo jeżeli napalimy nim dzisiaj w nocy, to umrzemy. Szybko zadzwoniliśmy do Agaty, której zawracamy głowę tylko w ostateczności (prawda, Agatko? nie męczymy cię?). Przekazaliśmy sąsiadowi telefon i oczekiwaliśmy pełni napięcia.

Okazało się, że sąsiadowi ktoś umarł i ze względu na pogrzeb nie będzie ich jutro w domu więc jeśli chcemy więcej drewna, to mamy się zgłosić nie wcześniej niż jutro pod wieczór……….

Agatka nam wszystko przekazała a my zaczęliśmy ryczeć ze śmiechu. W obecności skonfudowanego sąsiada, który jednak być może był w żałobie… Cóż, my właśnie ucieszyliśmy się jak nigdy z życia, z tego że widmo śmierci od zatrutego dymu się oddaliło. I tak to właśnie, ktoś umiera, ktoś żyje, ktoś drzewo ścina i chce się go pozbyć a inni je biora i się cieszą bez względu na wszystko.

 

 

 

Raz, dwa, trzy…. Zaraz zamykają bibliotekę z internetem….

… więc piszę…

Życie w Hiszpanii dokonało w nas tego, czego z nadzieją godną kani wypatrującej dżdżu, oczekiwaliśmy. Jesteśmy bardziej żywi. Tak bardzo bardziej, że intensywność tego ,,bycia żywym” uderzyła nas a bywały i dni, kiedy odczuwaliśmy ją jako nie do zniesienia. Marcin zaczął mówić, że kimkolwiek jesteś i cokolwiek ukrywasz, TU wylezie bardzo szybko. Czy lubię osobę, jaka ,,wylazła” ze mnie już po kilku dniach życia w andaluzyjskim buszu? Najpiękniejsze jest to, że to nie ma znaczenia. Prawdziwości się nie lubi lecz akceptuje lub nie. Ja zdecydowałam się ją przyjąć bez zbędnego lukrowania.

Ta osoba to ktoś, kto może zwymiotować z nadmiaru niepotrzebnych, pustych społecznych interakcji i zupełnie nie ma z tego powodu poczucia winy. Taka jest i najwyżej będzie unikać powyższych. To osoba, która zapłacze po parwowirusowej śmierci psa ale następnego zaszczepi bez mrugnięcia okiem, chociaż wcześniej uchodziła za (podobno) antyszczepionkowca (nigdy nim nie byłam ale ludzie kochający szufladki już mnie do jednej wepchnęli). To osoba, która jeszcze niedawno nie odważyłaby się powiedzieć podejrzanemu gościowi, że mu nie ufa, teraz już nie ma z tym najmniejszego problemu. Nie będzie płacić czegoś co można mieć za darmo (woda, opał, transport) ale zabierze dziecko na wycieczkę autostopem żeby kupić zupełnie niepotrzebny strój spidermena i frytki BO CHCE. I nikomu nic do tego.

Nie rozumiem, co mówi do mnie starowinka w sklepie, ale bardzo bym chciała. Uczę się hiszpańskiego po swojemu. Nie na aplikacjach, bo nie mam za bardzo internetu, ale ze składów na opakowaniach kupowanych produktów, od znajomych Brytyjczyków co siedzą tu po 20 lat, wsłuchuję się w dzieci na placu zabaw, tłumaczę sobie w swoim tempie reklamy, czytam z ust, patrzę w oczy, nie boję się.

Schudłam bo dużo się ruszam, ale nie uprawiam gimnastyki czy jogi, bo wystarczy, że muszę zejśc z góry żeby przynieść wodę z rzeki. Na umycie naczyń, które potem umyję albo nie….

Wszystko jest tu uzasadnione i ma głęboki sens oraz swoje konsekwencje. Poznajemy ludzi, którzy wierzą w odejście z kapitalistycznego systemu i bardzo inspirujące jest to, jak żyją i co mówią. 

Mnóstwo rodzin podróżuje z dziećmi, unschooling jest tu zjawiskiem powszechnym, chociaż według hiszpańskiego prawa jest nielegalny. Dziecko robi to, co widzi, to jest jądro unschoolingu, powiedział nam jeden z ojców który się u nas na jakiś czas zatrzymał. Niech widzą same sensowne rzeczy, tak sobie myślę. A nie jak chomik biegający w kółku, który biega żeby zapomnieć na chwilę, że jest w klatce. 

 

Kierunek: Hiszpania!

Wczoraj moja ostatnia londyńska klientka urodziła w domu cudne dzieciątko. Jest mi niezwykle bliska, bo kilka lat temu doulowałam jej przy porodzie pierwszego maleństwa i cały ten czas utrzymywałyśmy bardzo ciepłe stosunki. Dlatego zostałam z dziećmi dłużej w Anglii. Bo nie chciałam jej zostawiać. Płakałyśmy długo przy rozstaniu. A potem wróciłam do rodziny z którą obecnie przebywamy i zabukowałam bilety lotnicze do Granady na 5 listopada.

Za kilka dni ładuję się zatem z trójką dzieci i dwiema potężnymi walizami do pociągu który poniesie nas na najbliższe lotnisko. Z niego przetaczamy się do samolotu Easy Jet i żegnamy z Wielką Brytanią. Krajem, w którym spędziliśmy ponad 7 ostatnich lat. W którym urodził się nasz ukochany Guciutek. W którym Lila postawiła swoje pierwsze kroczki a cała nasza rodzina nabrała ogromnej siły do bycia razem i bycia sobą. Bycia sobą razem.

Wiem, że wiele osób, także nam bliskich zupełnie tego nie rozumie i niektórzy w ogóle tego nie ukrywają. Nie mogą pojąć, jak tak można, z dziećmi, bez pralki, bez wanny i normalnego kibla, bez bieżącej wody z regulowaną temperaturą, bez tych wszystkich elektronicznych udogodnień, upiększeń, ułatwień. Znudziło mi się tłumaczenie, że jesteśmy w punkcie, w którym MUSIMY odetchnąć, musimy zajrzeć znowu w siebie a te wszystkie ułatwiacze nam tego nie ułatwiają. Może powinnam mówić tylko za siebie… JA, Maria Block, matka trójki i żona Marcina, potrzebuję natury, przestrzeni, zwierząt i roślin w moim życiu, nie od święta w zatłoczonym parku, nie raz na kilka miesięcy na wakacjach, ale na codzień, blisko mnie, na wyciągnięcie ręki, nogi, mózgu, serca i płuc. Nie chcę żyć dłużej w poczuciu że każdy mój krok wraz z krokami miliardów innych ludzi przyczynia się do śmierci, zniszczeń, zasyfiania, chorób. Także naszych…

Chcę być wolna. Poród bez asysty otworzył we mnie tę niezłamaną pewność, że nie umiem funkcjonować inaczej. Że nie szukam wsparcia, poklepywania po plecach i wzajemnego usprawiedliwiania się. Wychowanie bezpieluszkowe i bezwózkowe Guciutka przykleiło mi łatkę wariatki. Ludzie kiwali głowami: ,,Jak ty się męczysz!” a mnie ta ,,męka” przynosiła radość, ulgę. Doświadczenia Guciutkowego wczesnego macierzyństwa było dla mnie najłatwiejszym z tych trzech. Najmniej byłam zmęczona. Najwięcej przynosiło mi ono uśmiechu, nagród, satysfakcji.

Więc mam silne podstawy by sądzić, że teraz będzie bardzo podobnie. Że to co innym wydaje się niewyobrażalną torturą, mnie po prostu uładzi wiele aspektów życia. Mówię za siebie. Ale serce rośnie mi myślą, że udało mi się przekonać do projektu moją rodzinę. Oni są wszyscy niesamowici. Zasługują na coś lepszego. Serio. Lepszego niż hałdy plastikowej chińszczyzny, zasmrodzone ,,powietrze”, zabójcze decybele przez całą dobę i plastikowy pies robot którego Lilcia kupiła sobie za kieszonkowe wraz z książeczką o tym, jak tresować psa (żywego). To było smutne. Straszne. Strasznie smutne i dające do myślenia.

Tak więc… To nasze ostatnie trzy dni w Anglii i chociaż targa mną lęk przed nieznanym, podnoszę głowę i ładuję moje dzieciątka oraz skromny dobytek do pociągu a potem do samolotu. Ku lepszemu!

(I ku pomarańczom rosnącym w parku, konikom mówiącym dzień dobry, naszemu pieskowi którego Marcin odbiera w niedzielę oraz Lili kotkowi którego odbieramy zaraz po przylocie. To tak na początek :) )