Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Kaczuszki

Jeziorko w jednym z naszych ulubionych parków zaroiło się od małych kaczuszek różnych gatunków. Z okazji Dnia Ojca poszliśmy sobie dzisiaj wszyscy razem na obiad i lody, potem zaś na spacerek i całe to kacze przedszkole wzbudziło w nas ciepłe uczucia. Nagle jednak na naszych oczach jedna z kaczych mam z niepojętych przyczyn agresywnie zachowała się wobec gromadki innej kaczki, wskutek czego 5 maluszków wpadło do odciętego od jeziorka płytkiego kanału i nie mogły się wydostać. Wyglądało to nieciekawie, obserwowaliśmy zdarzenie z zapartym tchem i stało się jasne, że kaczuszki same nie poradzą sobie z opresją.

Mama kaczka wpadła w rozpacz, bo pięcioro z ośmiorga jej dzieci zostało uwięzionych i nie potrafiła im pomóc, chociaż naprawdę się starała. Mówiła do nich, wołała, tłumaczyła, pływała wzdłuż kanału, dreptała po jego brzegu kwacząc, usiłując wyprowadzić maleństwa na około. Nie mogłam na to patrzeć i zaczęłam płakać, bo emocje sięgnęły zenitu. Tak strasznie współczułam tej dzielnej oddanej mamie, która tak bardzo, bardzo chciała odzyskać swoje dzieci. Wyobraziłam sobie siebie w podobnej sytuacji i przeszedł mnie dreszcz. Akurat Guciutek spał w chuście…  Powiedziałam jednak reszcie rodziny, że nie pójdę stamtąd, póki kaczuszki nie zostaną uratowane i że sama wejdę do tego kanału. Marcinek stanowczo zabronił mi wchodzić tam z dzieckiem w chuście. Przeszedł więc przez płot i schylił się nad kanałem. W każdej chwili mógł do niego wpaść… Dzieciaki wstrzymały oddech. JEST! Pierwsza kaczuszka uratowana. PO jakimś czasie dwie kolejne. Gdy mój odważny małżonek oswobodził czwartą i popłynęła ona szybciutko do mamy i rodzeństwa, mama kaczka uznała chyba że to już wszystkie (nie wymagam od niej umiejętności liczenia do pięciu!) i odpłynęła daleko. O nie, a ta ostatnia kaczuszka? Marcinowi udało się wyciągnąć ją z wody i podać mi do ręki. Dzieciarnia oszalała! Strasznie chcieli ptaszynkę potrzymać ale nie chciałam jej narażać na szwank. Popatrzyli sobie więc na nią i ruszyliśmy niemal pędem wzdłuż jeziora szukając wzrokiem kaczej rodziny. Po kilku minutach ostatnie kaczątko dołączyło do niej a my odetchnęliśmy z ulgą. Tak to w Dzień Ojca Marcin został bohaterem i miał okazję pokazać potomstwu jak należy się zachować gdy ktoś potrzebuje pomocy!

Najbardziej jak zawsze zawiodłam się na ludziach, którzy obserwowali tę mrożącą krew w żyłach scenę jak dobrą komedię! Pokazywali dzieciom rozpaczliwie usiłujące wydostać się z pułapki kaczątka ze słowami: ,,Ooo, zobaczcie, małe kaczuszki, jak pywają w kółko…”, na widok zdesperowanej kaczej mamy nawet nie raczyli zareagować. Na Marcinka patrzeli jak na wariata. Tylko grupa nastolatków przejęła się w nieznacznym stopniu, bo z ich dialogów dało się wywnioskować że przynajmniej zauważyli jaki tam rozgrywał się dramat.

Ta sytuacja ponownie uświadomiła mi, że pod wieloma względami naprawdę niedaleko nam do innych gatunków i że uczucia powiązane z instynktem opieki nad potomstwem to coś co nas z nimi łączy bardziej niż nam się wydaje. Cudownie było patrzeć na radość i ulgę kaczej mamy, która po kolei odzyskiwała swoje dzieci.

Zmiana pieluszki

Trafiliśmy dzisiaj trochę przypadkiem na czadowy homeschoolingowy piknik! Zabrałam Felka i Gucia, Lila wolała zostać z tatą w domu. Była to parkowa imprezka pod znakiem wymiany kart lego (dzieciaki wszekich roczników szaleją ostatnio na ich punkcie, kolekcjonują je i wymieniają się) ale nie wiedzieliśmy za bardzo kogo się spodziewać i czy przyjdzie ktokowiek znajomy poza najlepszym przyjacielem Felka. Dylematy towarzyskie nie trwały długo, bowiem niemal od razu zbiegła się ogromna grupa mam (był tam obecny aż jeden tata) z nieprzebranymi czeredami dzieciaków w różnym wieku- normą były trójki i czwórki rodzeństwa! Felek od razu wdrożył się w temat i praktykował angielski w handlu kartami– było to bardzo intensywne!

Jedna z mam poszła w pewnej chwili po kawę zostawiając swoje dzieci- ośmiolatkę, trzylatka i dwuletnie bliźniaki pod kuratelą piknikowej reszty. Oczywiście niewiele czasu minęło i jeden z najmłodszych zaczął rzewnie płakać. Kilka kobiet usiłowało go uspokoić, chciałyśmy iść z nim do mamy, oferowałyśmy picie, jedzenie, wzięcie na ręce, ale to tylko pogłębiało rozpacz. Nagle głos braciszka dotarł do zajętej wymianami starszej siostry. Pewnym krokiem podeszła do malucha i powąchała go. ,,Trzeba mu zmienić pieluchę”- orzekła bez cienia konfudacji. Przypadłyśmy do niej z zamiarem pomocy, ale spojrzała na nas zdziwiona. Sytuacja trwała sekundy- dziewczynka wzięła małego na ręce, położyła na kocyku i zmieniła pieluszkę trzema wprawnymi ruchami… Patrzyłam na to zauroczona, pełna podziwu który również werbalnie wyraziłam, ale dziewczynka zupełnie sobie nic z tego nie zrobiła. Inna, mniejsza, sześcioletnia, zapewniła mnie wówczas, że i ona umie zmienić pieluszkę i często to robi- a jej siostrzyczka ma 17 miesięcy….

Niby nic takiego, co to za problem wziąć i zmienić pieluchę. Żaden. Było jednak coś zachwycającego w tym, jak naturalnie tym dziewczynkom przychodziła REALNA pomoc mamie i opieka nad młodszym rodzeństwem. Coś o czym jedynie czyta się w książkach typu ,,W głębi kontinuum”… I co przywodzi na myśl że ,,szkoda że teraz tak nie jest”… Bo niby dzieci rozpieszczone, zaniedbane rodzinnie, w separacji od młodszego rodzeństwa, uczące się ułamków i ortografii zamiast życia, pozbawione zaufania dorosłych, którzy też za wszelką cenę nie chcą ,,obarczać” potomstwa żadnymi obowiązkami. A one…Te małe dziewczynki… Wyobraziłam je sobie za 20- 30 lat jako mamy, które nie będą patrzeć na swoje noworodki bezradnie, szukajac instrukcji obsługi. O ile kroków dalej są od tych, które przed porodem nigdy nie będą miały okazji zmienić pieluszki? Ja byłam taką mamą… Pierwsza pieluszka jaką zmieniłam, drżącymi rękami oczywiście, należała do mojego synka i zarówno to, jak i wiele podobnych ,,problemów” przytłaczało mnie okrutnie… A przecież to takie nic. Szkoda tylko że nie było przy mnie żadnej sześciolatki na homeschoolingu która by mi mogła wszystko pokazać i wytłumaczyć.

 

 

Zostawiłam dziecko

Pierwszy raz od porodu zostawiłam dzisiaj Guciutka pod opieką Marcinka. Na godzinę. Poszłam z Felkiem do pobliskiego parku pograć w ping- ponga. Niemowlę było nakarmione i wysikane, w niezłym nastroju. Marcinkowi zależało na tym, by przeżyć swój debiut w opiece nad nim, bo dotychczas zazdrośnie strzegłam dostępu do tej ,,części siebie” za jaką uważam tak młode potomstwo karmione wyłącznie piersią (jego usteczka nigdy nie zaznały smoczka butelki). Dziś też nie pałałam żądzą wydostania się z gniazda, ale jednak zrobiłam to.

Czułam się bardzo dziwnie, bo prawie jak zwykły człowiek. Jechałam na hulajnodze, obok mnie ośmiolatek mówiący po ludzku, żadnego obciążenia, ,,bliźniaka syjamskiego”, jak nazywam Guciutka gdy jest w chuście, czyli przez większość normalnego dnia. Jego rozmiar (rozwalił już chyba siatkę centylową) nie pozwala na swobodne ruchy, schylanie się, odwracanie. Ale nawykłam już. Więc tym bardziej ,,pusto” mi było bez niego przy tym stole do ping- ponga. Lekko, ale pusto, czułam się jak bez jakiejś części ciała, samotna i wyczekująca powrotu. Matka wariatka :)

Po powrocie okazało się, że mój bliźniak syjamski sporo płakał, a jego pełne wyrzutu spojrzenie przez łzy, gdy mnie zbaczył  utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak godzina to STRASZNIE długo. I chociaż starsze moje dzieci w tym wieku zostawiałam już na wiele dłużej, nieporównywalnie dłużej i to nie tylko z tatą, ale innymi osobami, nie odczuwając w zwiazku z tym niczego głębszego na świadomym poziomie, nie wstydzę się otwarcie mówić o tym, że chcę i lubię być blisko Guciutka, potrzebuję mojego oseska tylko trochę mniej niż on mnie. Osesek wyrośnie, zacznie zajadać coś innego niż mleko, więcej rozumieć- wtedy możemy dalej eksperymentować. Tak, traktuję to jako eksperyment. I jego wyniki notuję skwapliwie w głowie i sercu na przyszłość.

W pewnym sensie dopiero dzisiaj poczułam że zakończyłam jakiś etap, że nie jestem już w połogu, że jestem i potrafię być w formie, że hulajnoga i ping- pong to fajne zajęcia. Wyobraźcie sobie, że pierwszy raz od grudnia (wtedy miałam ostatni poród jako doula) włączyłam też dźwięk w telefonie (w razie gdyby Marcinek dzwonił). Miało to dla mnie ogromnie symboliczne znaczenie. Wierzcie mi, że czułam się dziwacznie! Jakbym wracała z jakichś zaświatów i jeszcze nie była pewna, czy to dobra decyzja, czy nie lepiej jednak zostać psychicznie tam, gdzie byłam… Bo chociaż ciągle gdzieś jeździmy, na poziomie mentalnym wciąż czułam się jak samica jakiegoś troskliwego gatunku ssaka z młodym w norze. I pasowało mi to.

Czy zamierzam wkrótce ponowić to doświadczenie? Raczej nie, może na pół godzinki za jakiś czas.