Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Współpraca

Doulowałam wczoraj przy porodzie. Pierwszy dzidziuś, wzruszająca para, wszystko pięknie naturalne. W szczegóły nie chcę się zagłębiać ze względu na prywatność tej rodziny, chciałam jedynie opisać pewien proces z mojej perspektywy.

Trochę się obawiałam tego porodu ze względu na swoje samopoczucie ostatnimi czasy. Jednocześnie WIEDZIAŁAM, że jeśli to ja przy nim będę (bo tak na prawdę byłam doulą na zastępstwo, przez 10 dni wyjazdu ,,głównej” douli) a BĘDĘ, bo wyczułam to na ostatnim spotkaniu i nawet Marcinowi powiedziałam, że jestem pewna, że będę, bo wydawało mi sie, że mamie zależy właśnie na mnie- potem sama mi to wyznała, więc wszystko się potwierdziło, to stanie się coś, dzięki czemu będę miała siłę i możliwość wspierać tę wspaniałą rodzinę najlepiej jak się da. Nachodziły mnie jednak negatywne myśli: Co jeśli poród odbędzie się w nocy? I od razu anielska kontra: Jeśli to JA mam tam być, nie może być w nocy. Co jeśli będzie się przedłużał? Bywałam już przy poroach trwających 3 doby! Anioły na to: Nie może być to długi poród jeśli ty masz być przy nim doulą, bo jesteś w ciąży i bez odpoczynku nie dasz rady. Prawda.

Mama napisała mi przedwczoraj  bardzo późnym wieczorem (około północy) SMS-a, że czuje, że się coś zaczyna. Byłam po ciężkim dniu, wymiotowałam, popołudniowa drzemka przeciągnęła się do prawie 5 godzin… Zmroziło mnie. Postanowiłam na spokojnie zadziałać już wtedy i odpisałam jej: ,,Idź spać. Słodkich snów” z pewnością, że jeśli ona to zrobi, to obie wyśpimy się do rana i z nową energią powitamy nowego człowieka. Co się stało? Mama poszła spać. Zadzwoniła rano, że ma silne skurcze co 5 minut………..

Ja cudownie wyspana, szczęśliwa, jadę. Wzięłam sobie nawet ciuchy na zmianę jakby co, bo spodziewałam się, że poród pierwszej dzieciny, jak to bywało w moim doulowaniu wcześniej może potrwać. Jednocześnie w jakiejś absurdalnej pewności zakładałam, że pójdzie szybko. Mama robiła wizualizacje, pozbyła się strachu, szła do porodu pewna siebie i swojego ciała, co ją miało blokować- mówiłam sobie.

Poród postępował ekspresem i już po 4 godzinach od mojego przyjazdu światu objawiła się czarna czuprynka :) Potem cała reszta. Piękne, łzy, jak zawsze, ulga, oksytocyna.

Wracałam do domu zupełnie spokojna, że to co się zdarzyło to żaden cud. Po prostu ten poród miał być piękny, a ja miałam przy nim doulować. A ponieważ jestem w ciąży, nie mógł być ciężki ani długi. Zadbał o to cały wszechświat, zadbały nasze bobaski, które przecież uwielbiają oksytocynę :)

Dlaczego nie chcę znać płci dziecka przed porodem?

Za nami jedno, pierwsze i ostatnie USG. Więcej podglądania Dzidzia nie będzie. Obecnie normą jest ,,poznanie płci dziecka” przed jego narodzinami i oczywiście zarówno Felcia jak i Lilę również w tym celu demaskowaliśmy w okolicach osiemnastego tygodnia ciąży. Nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów czy niesmaku. Jednak tym razem postanowiliśmy inaczej. Nie chcemy znać płci dziecka zanim się urodzi. Dlaczego?

1. Bo szanujemy prawo według którego przez X lat istnienia gatunku ludzkiego nie było w 100 % wiarygodnej metody by wiedzieć czy narodzi się chłopiec czy dziewczynka. Matki bazowały na swojej intuicji, na momencie poczęcia, ale ostatecznie nie dało się tego idealnie przewidzieć. Działo się tak z jakiegoś powodu, którego my nie znamy, ale nie chcemy z nim polemizować. Gdyby na wieść o chłopcu w macicy na czole matki wyskakiwałaby zielona kropka, wszystko byłoby jasne. Ale tak się nie dzieje. Jest w tym zamysł, który postanowiliśmy uświęcić.

2. Bo nie chcemy się nastawiać mentalnie ani na chłopca ani na dziewczynkę. Nie chcemy determinować sposobu życia i funkcjonowania naszego Dzidzia w społeczeństwie zanim się jeszcze urodzi. Przecież wiadomo, że jak tylko ogłosimy, że szykuje się panienka, zostaniemy zasypani toną seksualnie określonych gadżetów i ubranek. I nawet jeśli będą to tylko śpioszki w różowe muchomorki, słodkie i niewinne, NIE CHCEMY tego określenia teraz, gdy ono sobie tam niewinnie hopsa na pępowinie i ma gdzieś swoją własną płeć. Nie chcę tego Dzidziowi odbierać, nie chcę zaburzać energii bezwarunkowej miłości którą my go darzymy bez względu na to, czy jest chłopcem czy dziewczynką.

3. Nie chcę mieć żadnych dodatkowych USG ponieważ nie wierzę w jego 100 % bezpieczeństwo. Marcinek też nie.

4. Bo chcę tę ciążę przejść skupiając się na porodzie, oksytocynowym haju i wizji idealnego ciałka które pojawi się z kosmatą główką a nie na snuciu domysłów jak Dzidzio będzie wyglądało za 10 lat i ,,kim będzie w przyszłości”.

5. Bo chcemy poczuć, jak to jest odkryć płeć dziecka po porodzie. Chyba trudno o większą ekscytację! I chociaż są tylko dwie możliwości do wyboru, nie wiem, co mogłoby być piękniejszą niespodzianką niż chłopiec albo dziewczynka, któreś z tych dwóch zmaterializowane nagle z platońskiej jaskini, w której było po prostu Dzidziem!

6. Bo jest mi doskonale wszystko jedno. Tak bardzo wszystko jedno już dawno mi nie było. I to jest cudowne. To jest tak cudowne, że w milszych momentach potrafi mi nawet osłodzić rzyganie kwaśnymi jeżynami!

 

 

Ciąża to stan umysłu

Gdyby moje dzieci pisały tego bloga, czytalibyście:

,,Od dawna nigdzie nie byliśmy. Mama głównie leży na kanapie. Czasami mamy gości i wtedy mamy się z kim bawić. W przeciwnym razie oglądamy bajki. W tygodniu edukacyjne, w weekendy normalne, np. Aladyna. Codziennie jemy makaron. Gdy chcemy coś od mamy, jest niewielka szansa, że zareaguje.”

Jak wielką niesprawiedliwością jest to, że wraz z matką nie jest w ciąży cała rodzina. Nie, definitywnie oni nie są w ciąży. Nie rzygają na skutek przyjęcia jakiejkolwiek formy pozycji pionowej, są ciągle głodni i mają ochotę coś robić. Doświadczać pozytywnych wrażeń. Rozmawiać. Przytulać się. Kontynuować swoją normalność. Gdyby nie Marcin i jego system zmianowy który sprawia, że pracuje tylko 3- 4 dni w tygodniu, skapitulowałabym. To znaczy już skapitulowałam, ale miałoby to bardziej dramatyczne skutki. Gdyby oni byli w ciąży, jak ja… Spaliby całymi dniami i nic nie jedli. Poradzilibyśmy sobie.

Ostatnie 3 dni nie rzygałam i opanowała mnie euforia. Na USG powiedzieli, że oto skończył się 12 tydzień i mentalnie odczułam to jako uwolnienie z pęt. Przecież najgorsze są pierwsze 12 tygodnie!- śpiewałam w duszy i kochałam świat. Niestety po 3 dniach moje ciało zapomniało, że poród już za pół roku i obraziło się po raz kolejny, jakbym znowu zaszła w ciążę dopiero co, specjalnie jemu na złość. Halo, halo, kochany organiźmie, przecież nie taka była umowa. Halo, ja jestem doulą, rozumiesz? Miały być tylko doznania duchowe i czerpanie energii z Pramatki Ziemi. Myślałam, że etap zdychania już za mną, że rewolucja stawania się matką już przerobiona 8 lat temu. Ofiary pochowane a krzywdy wybaczone. Niestety.

Czuję się, jak pod obszernym szklanym kloszem. Nade mną włoska klasa robotnicza. Śmieją się, kłócą i gotują 3 razy dziennie. Czasami robię się od tego głodna, częściej nieszczęśliwa. Nie jestem w stanie się doliczyć, ile tam ich jest. Raz 3 dzieci, raz 5, ostatnio nie było żadnego. Leżę na kanapie pod ich balkonem i nasłuchuję. Nagle płacz niemowlęcia, dochodzi z torów za płotem. ,,Niemożliwe”- myślę sobie przerażona. Chociaż ostatnio słuch i szklany zakrzywiony klosz mnie nie zmylił. O 6 rano usłyszałam płacz na torach. Podeszłam do płotu, a tam samobójczyni we łzach. Nieudolnie- doulowato gadałam do niej tak długo, aż podeszła do mnie i dała sobie pomóc w przejściu przez obwiązany drutem kolczastym płot. Chciałam żeby została, dać jej coś do picia. Przytuliła się do mnie i uciekła do chłopaka, który ją właśnie rzucił i przez którego łkała na torach. Tak to właśnie z kobietami. Cierpią, płaczą, proszą o pomoc ale ich prawdziwa siła tkwi w ładowaniu się w bagno które im tych cierpień przysparza, ładowaniu się z gracją pijanej nastolatki przechodzącej przez kolczasty płot. Ktoś musi cierpieć na tym świecie. Z wielkim szacunkiem dla jej decyzji pozwoliłam jej odejść.

Schudłam już kilka kilo. Leżąc na kanapie podziwiałam swoje nogi, które już dawno tak dobrze nie wyglądały. Smukłe i opalone. Ironia losu, że to, co jest przyczyną ich pozytywnie zmienionego wyglądu już niedługo oblepi je obrzmiałą ociężałością a kolor ulegnie wyblakłej degradacji. Będą smutno- białe, miejscami różowawe na skutek desperackich prób naczynek krwionośnych bałgających o uwolnienie z tej matni. Niektóre grzecznie poorganizowane w żyłki, inne rozlane jak nieregularna siatka. Siatka popękana dźwiganiem zbyt tłustego karpia, który wciąż żywy, szamocze się i otwartym pyszczkiem usiłuje wykrzyczeć swoją krzywdę. Ale wydobywa się z niego tylko niemoc bez tlenu.

Ciąża ma to do siebie, że nie wypada narzekać, tym bardziej jeśli jest to już trzecie dziecko, tym bardziej planowane i celowo poczęte. Przecież wiedziałam na co się piszę. Więc o co mi chodzi? Rzygaj i gotuj, biegaj z dziećmi po łące, przytulaj się do drzew, a jak nie masz ochoty na jedzenie to jedz na siłę! I przestań się nad sobą użalać bo przecież wiadomo że będzie tylko gorzej. Do roboty!

Dlaczego tak się nie czułam w ciąży z Lilą gdy miałam więcej obowiązków, młodsze dziecko i pracę na etat? Bezmdłościowa ciąża z Lilą odebrała mi pokorę. Napełniła reprodukcyjną butą. Nasze samopoczucie zależy od nas (i trochę od tego co jemy- bleeeee- apetyczny liść sałaty i organiczna dynia ladują w kiblu z apetycznym pluskiem) !! Ogarnij się- myślę- umów się gdzieś, jedź, załatw coś pożytecznego. Mózg zalany wodami płodowymi. Neurony związane pępowiną. Do neokorteksu przyczepiło się łożysko i uciska wszystkie ośrodki odpowiedzialne za pamięć logiczne myślenie. Wpatruję się bezmyślnie w zdjęcie z USG przedstawiające MOJE DZIECKO i zachwycam się sarnio nad młodym, które już bym najchętniej wylizała. Powstrzymuję się przed tym gdyż wolne resztki neokorteksu wołają z ukrycia, że to zniszczyłoby fotkę.

Nad kiblem miewam myśli egzystencjalne i one utwierdzają mnie w przekonaniu, że ciąża to przede wszystkim  stan umysłu. Jego ssaczych przestrzeni. Które nietłumione mają szanse wybujać jak dalie w niestrzyżonym ogródku. Byliśmy dzisiaj na Dniu Otwartym lokalnych ogródków działkowych. Słoneczniki, kabaczki, cukinie, wszystko napęczniałe, pełne nasion i miąższu, chwalące się swoją zdolnością do dawania nowego życia. Pszczoły uwijały się roboczo obskakując wszystkie kapiące wręcz słodką obfitością kwiaty. To ja- myślę sobie- to mój brzuch i brzęczący pęd do życia w nim. Przyszedł czas, słodki nektar zaprosił obrotną pszczołę i oto uginam się pod ciężarem rosnącej- póki co mentalnie, bo jeszcze się ciążowo nic nie wybejbiło, chociaż może, minimalnie?- gałęzią pełną pucołowatego owocu. Więc czas to pojąć, że łodyga musi się ugiąć, siły witalne muszą się nadwyrężyć a część liści uschnąć, bo teraz czas jest dla nich, dla potomstwa, pełnego wigoru i koloru.

Pan w gabinecie USG powiedział, że termin porodu wygląda na 20 lutego. Zimowe jabłuszko. Zimorodek. Lila rysuje i kładzie na mnie swoją bosą stópkę. To dla tych stópek wszystko, więc chociaż nie jest łatwo- za pół roku będziemy świętować żniwa. Nie ma plonów bez wysiłku.