Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Wożą te dzieci na tyle zajęć…

Uwielbiam książkę ,,Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój” (Carl Honore).

Tak, jak autor, zawsze uważałam, że nadmiar zajęć zorganizowanych nie służy dzieciom, że powinny one funkcjonować w jak największej wolności, własnej decyzyjności i robić to, co ciało i dusza im dyktują. Stąd decyzja o unschoolingu, zresztą jaka tam decyzja, po prostu obserwacja i spuszczenie pary…

A już niedługo będę matką wożącą dziecko pięcioletnie po szkole (!) na basen, na jogę. Bo dziecko chce. Nie wiem, ile wytrzyma, na balet poszła 2 czy 3 razy, ale to nie ma znaczenia. Ma pęd do próbowania nowych rzeczy. Nie wierzę w sens samej idei zapisywania maluchów na zajęcia, ale maluch wierzy. Cóż począć?

Najpierw kilka lat zajęło mi zrozumienie synka, który postanowił być inny niż większość i uszanowanie tego w pełni. Teraz miotam się we własnej trudności uszanowania chęci córci do bycia jak inni. Ale co jest złego w basenie, w jodze, w szkole?- zapytacie. Nic. Tylko ciężko mi udźwignąć bycia jedną matką dla dwojga zupełnie różnych dzieci i zorganizowanie tego w czasie…

Odwrócenie idei

Nie przyzwyczajamy niemowlęcia do noszenia biorąc je na ręce wtedy, gdy płacze.

Ono rodzi się już przyzwyczajone do noszenia. I bardzo dobrze, bo w naturalnych warunkach bedąc tego pozbawione nie przeżyłoby.

Odkładając je gdziekolwiek na bok już w pierwszych chwilach po narodzinach sprawiamy, że jest nieszczęśliwe. Uczymy je wtedy, że trzeba płakać, aby być wziętym na ręce. I przyzwyczajamy do poczucia nieszczęścia.

 

Całus w smark

Pochyliłam się, żeby pocałować opalony siedmioletni policzek. Tak sobie, na przystanku, bez wyraźnego powodu, oprócz takiego, że kocham. Jednak w ostatnim momencie siedmioletnia główka szarpnęła się niefortunnie i moje usta spoczęły w macierzyńskim pocałunku na zasmarkanym podnosiu. Poczułam złoworogo słony smak…

Esencja macierzyństwa jak ta lala. Nawet gdy nic na to nie wskazuje. Nawet gdy jest już prawie reklamowo sielankowo. Jeden impuls do osiągnięcia ideału. Idziesz w to i… dostajesz smarki do oblizania. Rzeczywistości jak zwykle daleko do wizji!

Chcesz pokazać miłość, a życie nagradza cię pocałowaniem smarków, jak klamki drzwi do czegoś, co ktoś usiłuje nam sprzedać jako najfajniejsze. Ale nie peszmy się. Ważne, że ta miłość jest. I czas na całusy nawet gdy nie lądują na zaplanowanym lotnisku. I uśmiech chłopca, który zupełnie nie zauważył nic niestosownego w tym, że zamiast policzkiem trafił w usta matki smarkami.