Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Dzieci wracają z wakacji

Po niemalże dwutygodniowym pobycie w Polsce u dziadków Felek i Lila, pod asystą taty który specjalnie na tę okoliczność zawitał do Polski dosłownie na kilka godzin, wrócili dzisiaj do domu. Wytęskniona matka pędziła rano na rynek po borówki i maliny (u babci zrywali z krzaków ale skoro lubią a tu krzaków nie mają, niech nie mają szoku kulturowo- kulinarnego) i tak ją to wymęczyło, że musiała się zdrzemnąć. Obudził ją SMS, że przychówek z ojcem w pociągu i będą za 20 minut. Czesać się czy wyjść na stację po rodzinę?- przemknęło matce przez myśl. I poszła nieuczesana.

To zadziwiające, jak człowiek łatwo przyzwyczaja się do tego, że nie musi i że może. Spędziliśmy z Marcinkiem świetny czas. Byliśmy na festiwalu, na potańcówce, na warsztatach kulinarnych, odwiedzaliśmy znajomych, oglądaliśmy filmy do nocy, udawało się pospać za dnia. Mimo to walczyliśmy z poczuciem, że robimy to wszystko żeby wypełnić sobie jakoś czas. Pozbawieni naturalnej motywacji szukaliśmy jej, narzucając sobie sztuczny rytm. Ciągle gadaliśmy o dzieciach. O dwójce za którą schniemy i o trzecim które chcielibyśmy mieć. Podczas wizyt u innych matek łapczywie chwytałam się niemowląt. Poczuć, powąchać, połaskotać. Ale nie musieć. I jechać do domu gdy się chce, bo można.

Przyjechali. Zawsze na początku emanują pewną nieśmiałością, nieichnią grzecznością. Felek trochę pociąga nosem z tęsknoty za babcią i dziadkiem. Lila wywala z walizki wszystko, co dostała czyli jakiś tysiąc nowych zabawek. Ja dostaję oczopląsu. Zdaję sobie sprawę, że jeszcze 2 minuty temu był tu, może nie jakiś pedantyczny porządek, ale ład. NAGLE, totalnie nagle podłoga zamienia się w pole bitwy między niezliczoną ilością przedmiotów. Usiłuję się przestawić. Gdy zadaję Lili pytanie odnośnie jakiejś nowej laleczki, odpowiada mi Felek, ale mówiąc o czymś innym. Lila też odpowiada. Gadają naraz przekrzykując się. Nic już nie rozumiem. Staram się uzgodnić sama z sobą, jak bardzo złą matką będę, gdy już teraz zrobię sobie kawę. Ale przecież kawę robię sobie zawsze gdy coś uda mi się zrobić, jako nagrodę i element odpoczynku. Odpoczywać po 5 minutach? Wypada?

Lila postanawia się przebrać w inną sukienkę, inne rajstopy. Informuje mnie o tym w jakichś 50 nader rozwiniętych zdaniach (cel, przebieg, efekt). Felek chce grać w kółko i krzyżyk. Budować lego. Lila chce na plac zabaw. Felek nie chce. Idę z Lilą. Wymaga ode mnie dwustoprocentowego zaangażowania w jej huśtanie, latanie i wspinanie. Nadążam, próbując sobie tłumaczyć, że to normalne, pierwszy dzień po powrocie, wytęskniona, należy jej się. Biegam. Po godzinie czuję się jak po maratonie. Kondycja osłabła przez te 13 dni. Wracamy. Marcinek musi wyjść. Dzieci robią się głodne. Jedzenia i mojego zaangażowania po raz setny.

Robimy kukiełki ze śmieci i generuje to taki armagedon, że z ulgą odpuszczam, gdy Lila wykazuje zainteresowanie przebraniem się po raz kolejny (narracja wciąż w toku, z 2 stron oczywiście) i sukienka dla papierowej księżniczki idzie w odstawkę. Po omacku próbuję zbierać rzeczy z podłogi, chociaż te wokół mnie. Nie ma na to czasu, bo już prośba o kanapeczki. Czuję się jak pracownica na taśmie w fabryce, z tym, że jest trochę bardziej wymyślnie, bo zamiast jednego powtarzanego zajęcia, wykonuję różne, dziesiątki różnych, bez planu, bo polecenia są jak pociski z karabinu maszynowego. Placuszki z masełkiem. Kanapka z humusem. Ja chcę z ogórkiem. Ja chcę bez ogórka. O, ja też jednak bez ogórka. Chcę dwa. Zjesz jeden, to dostaniesz drugi. Chcę dwa!!! Masz dwa. Mamo, nie dam rady tego zjeść do końca…

CAŁY CZAS GADAJĄ!!!! :)

Gdy się kąpią, siadam i patrzę tępo w monitor laptopa. Czuję, ż się starzeję. Zjadłabym coś, ale boję się, że zanim zrobię/ zjem, oni się wykąpią i będą chcieli bajkę. A wtedy znowu trzeba będzie coś robić. Przede wszystkim słuchać dwudziestominutowego wywodu (w dwugłosie) dlaczego ta bajka i dlaczego nie ta bajka, bo oczywiście nie chcą tej samej.

Po bajce czytamy i jest prawie spokojnie. Zaczynamy 3 książeczki i żadnej nie kończymy. Lila wchodzi do szafy i wyskakuje z niej. Normalna norma. Ja skupiam swoje matczyne wróżbiarskie zdolności próbując ocenić stan zmęczenia dzieci i ewentualny czas, kiedy będą już spały. Po raz kolejny atakują mnie wyrzuty sumienia w postaci pytań cóż za matka zamiast cieszyć się dziećmi po dwutygodniowej rozłące marzy o stanie sprzed ich powrotu!

Ale zaraz, zaraz, przecież to nie tak, że mi było lepiej bez nich. Po prostu trzeba się przestawić. Znowu wrócić do normalności. Rozkładać siły. Planować. Przewidywać. Robić jedzenie ,,na później”. Dać im czas na to wszystko także. Patrzę na nich i…. nie wiem, jak ja żyłam bez dzieci. Jednocześnie dopadają mnie wątpliwości, czy umiem żyć z dziećmi. Daję sobie zatem do tego pełne prawo. Przecież żadne z nas nie jest maszyną do robienia chleba, na której trzeba włączyć jeden albo drugi przycisk i cała filozofia, a chleb wychodzi przez to zupełnie inny. Nie mam przycisku do przełączenia się w tryb z dziećmi albo bez dzieci. To wszystko wymaga chwili czasu, szczypty refleksji, solidnej garści szacunku i zrozumienia do dzieci, ale przede wszystkim do samej siebie.

Usnęły bardzo szybko, przytulone, jedno z jednej, drugie z drugiej strony. Uświadomiłam sobie, jaki spokój daje mi poczucie, że są blisko, że mam je na oku, że jesteśmy w komplecie.

Jutro jedziemy na wycieczkę. Jedzenie przygotuję już teraz.

 

 

 

Wożą te dzieci na tyle zajęć…

Uwielbiam książkę ,,Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój” (Carl Honore).

Tak, jak autor, zawsze uważałam, że nadmiar zajęć zorganizowanych nie służy dzieciom, że powinny one funkcjonować w jak największej wolności, własnej decyzyjności i robić to, co ciało i dusza im dyktują. Stąd decyzja o unschoolingu, zresztą jaka tam decyzja, po prostu obserwacja i spuszczenie pary…

A już niedługo będę matką wożącą dziecko pięcioletnie po szkole (!) na basen, na jogę. Bo dziecko chce. Nie wiem, ile wytrzyma, na balet poszła 2 czy 3 razy, ale to nie ma znaczenia. Ma pęd do próbowania nowych rzeczy. Nie wierzę w sens samej idei zapisywania maluchów na zajęcia, ale maluch wierzy. Cóż począć?

Najpierw kilka lat zajęło mi zrozumienie synka, który postanowił być inny niż większość i uszanowanie tego w pełni. Teraz miotam się we własnej trudności uszanowania chęci córci do bycia jak inni. Ale co jest złego w basenie, w jodze, w szkole?- zapytacie. Nic. Tylko ciężko mi udźwignąć bycia jedną matką dla dwojga zupełnie różnych dzieci i zorganizowanie tego w czasie…

Odwrócenie idei

Nie przyzwyczajamy niemowlęcia do noszenia biorąc je na ręce wtedy, gdy płacze.

Ono rodzi się już przyzwyczajone do noszenia. I bardzo dobrze, bo w naturalnych warunkach bedąc tego pozbawione nie przeżyłoby.

Odkładając je gdziekolwiek na bok już w pierwszych chwilach po narodzinach sprawiamy, że jest nieszczęśliwe. Uczymy je wtedy, że trzeba płakać, aby być wziętym na ręce. I przyzwyczajamy do poczucia nieszczęścia.