Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Gucio

Nie wiem, czy uda mi się napisać wszystko naraz, ale spróbuję w ratach: nie jestem już w ciąży! Nasz synuś urodził się wczoraj rano, około 8.30. Ponieważ wiele osób poprosiło o historię porodu, here we go.

Byłam dwa dni po terminie więc w ramach aktywnego oczekiwania zgodziłam się rano zagrać z dzieciakami w grę, w której trzeba było m.in. tańczyć… I akurat o dziwo ciągle to tańczenie wypadało na mnie. Więc za każdym razem podgłaśniałam muzykę i wirowałam jak nienormalna, w czym dzieci znajdowały nieziemską rozrywkę. Podczas jednego z pląsów poczułam wyraźne obniżenie się główki i odszedł fragment śluzu chroniącego maleństwo w brzuchu więc poczułam sens tychże akcji wyglądających pewnie z boku na lekkie szaleństwo. Potem, wczesnym popołudniem pojechaliśmy na wycieczkę a żeby nie było mi za lekko, zapakowałam torbę z toną żarcia i niepotrzebnych rzeczy i 3 godziny podziwiałam moje dzieci będące sobą (!) na placu zabaw i w parku….Jak tylko wołały ,,,Mamo chodź coś zobacyć” to nie ociągałam się jak zwykle w ciąży lecz pędziłam ochoczo. Każdy krok, czułam, zbliża mnie do początku i końca! W trakcie spaceru zaczęłam osiągać też nieco inny mental stage, ale wciąż nie przejmowałam się tym przesadnie. Inny mental stage, też mi coś w towarzystwie moich dzieci!

Gdy przyjechaliśmy do domu, czułam że mnie nosi i było mi trochę niedobrze, więc bardzo zależało mi, żeby dzieci poszły szybko spać. Około 20.00 zaczęłam czuć pierwsze krzyżowe skurcze, co 12- 15 minut. Wiedziałam, że to już to, ale nie miałam pojęcia, ile to czasu zajmie, więc nawet do Marcinka nic nie pisałam, żeby nie siać paniki. Oglądałam sobie spokojnie dwuipółgodzinny film, co jakiś czas zmieniając pozycję, bo skurcze nie ustawały chociaż nie przyspieszały ani nie zwiększały intensywności. Gdy mój kochany mąż wrócił około 23.00, poinformowałam go, że następnego dnia będzie miał już to swoje dziecko a on oczywiście bardzo się ucieszył :) Gdy Marcinek przyszedł i zaczęliśmy gadać, skurcze zastopowały (norma przy pojawieniu się nowego elemetu w porodowej rzeczywistości) więc wkrótce poszliśmy spać.

Minęło może z pół godziny, Marcinek zasnął a moje skurcze wróciły, z czego się ucieszyłam, ale od razu były silniejsze niż poprzednie więc trudno było mi się zagnieździć w łóżku. O 3 w nocy zaczęło się na prawdę ostro i biedny Marcinek się ocknął, a wtedy poinformowałam go, że tego dnia do pracy nie pójdzie :) Napisałam też do mojej klientki (u której byłam jeszcze 2 dni wcześniej) że RODZĘ (!!) więc dzisiaj i w najbliższym czasie nie będę przychodziła jej pomagać I to chyba sprawiło że zaczęłam rodzić na poważnie :) Chciałam przenieść się z tym rodzeniem do drugiego pokoju, ale mężuś zachęcił mnie żebym została w sypialni i dalej sobie spał co bardzo mnie uspokoiło. Wzięłam piłkę, ale nie miałam siły na pozycję pionową, więc opracowałam system ruchów pomagających mi w radzeniu sobie ze skurczami na leżąco. Przesypiałam minuty między nimi a gdy nadchodziły, wydawało mi się, że płynę albo robię coś innego, ekhm :)  Za każdym razem otwierałam jedno oko i widziałam naszą piękną mandalową makatkę wiszącą na ścianie i śpiącego Marcinka, dodawało mi to otuchy i poczucia bezpieczeństwa oraz sensu. I dalej sobie rodziłam. W odmiennym stanie świadomości ,,przespałam” kilka skurczy między godziną 5 a 7 nad ranem. O 7 napisałam do douli, że rodzę, ale że nie ma się spieszyć, poczułam też, że muszę wstać i wtedy kaskada skurczy dosłownie napadła na moje ciało. Musiałam ruszać się, kręcić, kucać i zginać się nie tylko podczas nich ale także pomiędzy. Musiałam (!) rozpuścić włosy. Każda wizyta w toalecie na siku dosłownie rozpierała mnie od środka. Szalałam, ale jednoczęsnie miałam wszystko pod idealną kontrolą mimo amoku. Wiedziałam, co się dzieje i nie bałam się. Zupełnie inaczej niż podczas poprzednich porodów, kiedy to ciągle ktoś coś gadał, robił i decydował za nas a my zagubieni podporządkowywaliśmy się. Utraciłam niestety większość wspomnień z tych porodów, a może to dobrze? Ten Guciowy amok był czymś innym, nie wiercący dziur w mozgu, ale wręcz wyostrzający świadomość i zmysły. Dotychczas tylko czytałam o takich stanach :)

Powiedziałam Marcinkowi ok. 8.00 że chyba chcę basen więc mi go uszykował. Coś biadoliłam, że woda zimna, ale wlazłam tam od razu. Dzieci za mną, bo już się do tego czasu obudziły i podekscytowały. Zupełnie było mi wszystko jedno, ale Marcinkowi chyba żal się mnie zrobiło, że nie mam miejsca i jakoś je wywabił stamtąd. Wtedy osiągnęłam fazę transition, usiadłam i nagle poczułam się jak zwierzę, w pozytywnym sensie oczywiście. Na kilka minut wszystko się uspokoiło, a ja sobie w tym trwałam półprzytomnie. Wszystko doskonale pamiętam i to jest cudowne. Kiwałam się w rytm muzyki która dobiegała z salonu. I nagle: bach! Skurcze parte.

Marcinek zapytał, czy zadzwonić po położną, a ja na to, że tak, ale tylko jej powiedzieć o fakcie postępu porodu, żeby jeszcze nie przyjeżdżała. Za minutę zaczęłam jednak mocno krzyczeć co chyba Marcinka przytłoczyło leciutko i zadzwonił drugi raz, żeby przyszła, chociaż, jak sam potem przyznał, nie wiedział sam co niby ona miałaby tam robić. Skurcze porywały mnie jak tornado, ale wszystko działo się samo, nie wkładałam w to żadnego wysiłku, na rąbku świadomości pamiętałm jedynie żeby nie krzyczeć za mocno w obawie przed bólem gardła :) Dzieci zluzowane oglądały bajkę. W pewnej chwili poczułam, że mam już na serio dosyć i że chyba nie dam rady. Chciałam się z tego wypisać! Coś mnie jednak natchnęło, żeby palcami sprawdzić gdzie jest główka i dotknęłam jej…. Była tuż tuż…. A już za chwilunię na zewnątrz. Co za ulga!!! Klęczałam, trzymając główkę, mrucząc coś basem i za kilka sekund moim oczom ukazało się pod wodą bladoróżowe ciałko i srebrna pępowina. Jezu, jest! Ale wtedy oczywiście daleko mi było jeszcze do jakiejś racjonalnej macierzyńskiej radości. Instynktownie wyciągnęłam dziecko i oceniłam stan żywotności (,,Nie rusza się! Nie oddycha!” co było absurdalne gdyż dziecko na tym etapie już zaczęło kwilić co subtelnie uświadomił mi obecny małżonek) oraz płeć (,,Co to w ogóle jest?”- rzuciłam  tubalnie w eter zapytanie, po czym po podniesieniu nóżki uznałam że istnienie pisiorka należy zaliczyć do zbioru faktów świadczących o tym, że mamy kolejnego synka!)

Przyszły dzieci, zwariowały ze szczęścia a ja zaczęłam bardzo powoli wracać do normalności. Przyjechała doula Kasieńka, Marcin pomógł mi wydostać się z basenu i na tym etapie urodziło się uwierające mnie dość solidnie (było bardzo nisko) łożysko. Marcinek je wyjął, zawinął w pieluszki i pomógł nam razem położyć się do łóżka. Gołe maleństwo trzymałam na sobie, chyba jakoś wtedy przyssało się do piersi, ale nie pamiętam dokładnie, w każdym razie długo mu rozpracowanie systemu kwik- cyc- satysfakcja nie zajęło :) Po niedługim czasie przyjechała położna, której Felek tryumfalnie obwieścił w progu: ,,You are too late” a ja odsapnęłam w duchu z ulgą, że dopiero teraz zaczyna się szaszor a nie godzinę wcześniej, czyli mój plan powiódł się idealnie. Trochę przeszkadzało mi przywiązanie Gucia do łożyska na dość krótkiej pępowinie, bo nie mogłam manewrować, więc ponieważ nic już nie tętniło, zgodziliśmy się na przecięcie magicznego przewodu. Położna popisała, pogadała, kazała dziecku założyć czapkę, zważyła je i chciała ratować moje rozszarpane tkanki ale nie pozwoliłam jej nawet ocenić stanu zniszczeń- powiedziałam, że jeśli pod wieczór stwierdzę, że chyba są poważne, to zadzwonię lecz nic takiego nie nastąpiło :) Pojechała.

Taki to był poród naszego syneczka Gustawa.

 

 

 

Moje ciało kocha dziecko

Moje ciało jakiś czastemu uznało swoją gotowość do zajścia w ciąże i pozwoliło, by zagnieździł się w nim zarodek. Nowy człowiek wybrał sobie rodziców i tak oto potwierdziło się: jestem w ciąży!

Moje ciało zebrało wszystkie dostępne swoje siły, by odżywić Człowieka i stworzyć mu najlepsze warunki do rozwoju w każdym aspekcie.

Moje ciało kocha dziecko, które w nim wzrasta. Gdy dziecko zadecyduje, że już czas, moje ciało umożliwi mu wydostanie się na zewnątrz tak sprawnie i bezpiecznie jak tylko będzie to możliwe. Ponieważ moje ciało kocha także siebie samo, zrobi wszystko, by ochronić się przed ewentualnymi niedogodnościami porodowymi.

Moje ciało chce utrzymać dziecko przy życiu i zdrowiu, więc już produkuje mleko, żeby dziecko miało to, czego mu potrzeba.

Moje ciało jest przyjazne dziecku, które nosi. Dziecko współpracuje z moim ciałem gdyż tylko  w taki sposób możliwe jest jego przetrwanie.

To tylko niektóre z afirmacji, które lubię sobie powtarzać :) 11 dni przed terminem porodu nie można już za wiele zaplanować ani wymyśleć. Trzeba czekać i przeczekać. A pozytywne myślenie jest cudownym urozmaiceniem lutowej ciążowej rzeczywistości.

 

Dzieci, którym współczuję

Chciałabym napisać o czymś, co ukłuło moje serce. Czymś, na co spojrzałam z kilku stron a jedynym wnioskiem który mi się nasunął to jeszcze bardziej gruntowne ugruntowienie się w pewności, że moje dzieci do szkoły nie pójdą. Pewnie nigdy.

Jechaliśmy w odwiedziny autobusem, kiedy na jednym przystanku weszła do pojazdu cała szkolna wycieczka dzieci w wieku 7-8 lat. Felitkowy przedział. Moje małe zwróciły na grupę pozytywnie ukierunkowaną uwagę.

Niestety nie działało to w dwie strony, ponieważ nagle jeden z chłopców zaczął wyśmiewać Felka. Działo się to krótko, gdy dzieci już wychodziły, zdążyłam jednak zanotować nieprzychylne komentarze oraz wymianę na ten temat zdań z kolegą oraz lakoniczną reakcję nauczycielki. Felek spojrzał na agresora zdziwiony, potem na mnie i widząc mój, intencjonalnie wspierający uśmiech, uśmiechnął się trochę niepewnie. Wycieczka wyszła.

Nikt z nas nie poruszał tematu. Myślę i widzę że te moje sierotki zupełnie nie biorą takich sytuacji do siebie, nie przyjdzie im do głowy, że ktoś może po prostu, bezrefleksyjnie i bez sensu naigrawać się z kogoś innego. Nie byli nigdy ani ofiarami ani prowokatorami takich zdarzeń.

Jednak mnie coś mocno zabolało, bo ja bywałam, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Chodząc przez lata do szkoły nie dało się inaczej.

Gdy upewniłam się, że moje dziecko nie doznało żadnego psychicznego uszczerbku, zalała mnie fala współczucia dla TAMTEGO chłopca. Ile musiał widzieć, słyszeć, czuć i doświadczyć jakiejś posranej agresji przed ukończeniem 8 roku życia, żeby teraz, gdziekolwiek nie jest, zupełnie bez celu atakować innych? Co działo się w życiu tej niewielkiej istoty, że pierwsze co dostrzega w innym człowieku to coś, co należy wyśmiać i poniżyć, żeby przypadkiem samemu nie stać się celem ataku jako pierwszy? Co nienaturalne skupiska dzieci jak szkoła, gdzie do jednego worka wrzuca się bez żadnej kontroli kilkaset niewinnych stworzeń i biernie czeka na rezultaty (z reguły opłakane) robią z tą bezbronną delikatną psychiką? Przeszedł mnie dreszcz.

Dotarło też do mnie, jak bardzo moje i im podobne dzieci byłyby bezbronne w ewentualnej konfrontacji. Nie mają domu w którym mogą uczyć się zaczepnych odzywek, reagowania na przemoc, upokarzania, ani szkoły, w której mogłyby je bezkranie trenować. Może to lepiej, że unikają takich sytuacji przynajmniej do pewnego wieku. A potem, w dorosłym życiu, wchodząc w samodzielność, może zupełnie odruchowo używać będą wewnętrznej mądrości, którą posiadają. Na to liczę. Pewnie ktoś pomyśli, że trzymamy dzieci pod kloszem i że nie jest to dla nich wcale dobre. Nie wiem. Wolę zapewniać im ten klosz, tak jak czyni to ogrodnik który nie chciałby narazić swoich ukochanych wypieszczonych róż na zadeptanie przez bezmyślny pędzący donikąd tłum.