Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

O czym tu napisać?

Pomyślałam, że warto byłoby napisać, jak nam się wiedzie. Ale wszystko wydaje się tak oczywiście normalnie zwykłe że mam problem z wyborem tematu na wpis. Czy wartym wspomnienia wydaje się fakt, że Gucio przez 3 tygodnie życia przybrał na wadze ponad 1100 gramów? Tucznik nie daje mleczarni wytchnienia. Karmię go według jego potrzeb które są niezmierzone. A każdego wieczora jest wizualnie większy niż był o poranku.

Codziennie wychodzimy albo jedziemy na wycieczkę. Wróciliśmy na homeschoolingowe playgrupy. Starsze dzieci przyjęły to z wyraźną ochotą. Mamy trochę więcej do noszenia w plecaku bo póki co Guciutek nosi pieluszki i nie wydaje mi się, że szybko z nich zrezygnuję. Jak na razie 100 % wielorazówki- podarowane jednorazówki leżą smętnie w szafce. System prania i nakładania poszczególnych warstw na małą słodką pupeczkę powoli zbliża się do absolutnej perfekcji.

Dwa razy się z nim kąpałam i było to cudowne przeżycie. Jakbym znowu miała go w brzuchu albo rodziła. Ciepłe, małe zrelaksowane ciałko przylegające ciasno do mojego, dającego całe to tucznikowe życie. Guciutek zadowolony. Kąpiele wyniknęły z mojej potrzeby (ja chciałam się umyć a nie było co zrobić z dzieckiem!!!) bo maleńki jak był krystalicznie czysty, tak jest nadal.

W ciągu dnia właściwie nigdy nie jest odkładany. Spędza czas w chuście i na rękach. Czasami płacze, ale nie przeszkadza nam to, nie burzy nam spokoju i pewności, że wszystko jest jak ma być, dokładniena swoim miejscu.

Uroki połogu

Jestem, czuję się i trwam w połogu. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek napiszę czy pomyślę chociaż, ale cieszę się i delektuję tym stanem nicnierobienia, kiedy to jedyne o co mam dbać, to karmienie noworodka (mój jedyny który nie zmasakrował mi sutków w pierwszych godzinach po narodzeniu na 2 tygodnie!), tulenie go i sprawianie mu przyjemności. W zasadzie przez 8 dni swego życia poza brzuchem raz tylko płakał, podczas przewijania, bo tego nie lubi i chociaż staram się to robić szybciutko, kilka sekund potrafi zadecydować o utracie komfortu!

Wczoraj pierwszy raz dopiero go ubrałam…. I to tylko na chwilkę, bo wyszliśmy do ogrodu. Tak kocham ten dotyk, ten zapach, to całe Guciowe golusie jestestwo. O kąpaniu nie wspomnę… Nawet w planach tego nie mam póki co! Może kiedyś, późną wiosną ;)

Śpi oczywiście ze mną i zauważyłam, że znacznie rzadziej się budzi gdy styka się ze mną chociaż jakąś częścią ciała, choćby nóżką czy rączką. Jeśli się ocknie, bywa, że starczają delikatne całusy i wtedy nawet nie wymaga natychmiastowego karmienia, zasypia z powrotem. Niesamowite! Odkrywam te wszystkie pierwotne oczywistości i chociaż porażają logiką, nie potrafię oprzeć się zaskoczeniu! JAKIE TO PROSTE!!!!!!!!!

Żeby nie było tak sielankowo, zaliczyłam (pierwszy raz w życiu!) zapalenie piersi. Jak widać, zdarza się to i doulom, które doradzają w srawie jak tego uniknąć i jak sobie z tym radzić :) Zdarza się to i bez zakładania stanika, przy całodobowym karmieniu na każde kwilenie, w bezstresowym środowisku. Bólu nie da się opisać, jest straszny… Ale poszły w ruch różnorakie remedia, plus całą noc karmienie spod pachy i po dobie poczułam sens życia na nowo :)

Marcinek jest niezastąpiony, nie muszę o nic się martwić. Starszaki zadbane, dom ogarnięty, pojechali dziś nawet oddać książki do biblioteki :D Nie sądziłam,że to kiedykolwiek POCZUJĘ, ale tak!- lubię być w połogu.

 

Gucio

Nie wiem, czy uda mi się napisać wszystko naraz, ale spróbuję w ratach: nie jestem już w ciąży! Nasz synuś urodził się wczoraj rano, około 8.30. Ponieważ wiele osób poprosiło o historię porodu, here we go.

Byłam dzień po terminie więc w ramach aktywnego oczekiwania zgodziłam się rano zagrać z dzieciakami w grę, w której trzeba było m.in. tańczyć… I akurat o dziwo ciągle to tańczenie wypadało na mnie. Więc za każdym razem podgłaśniałam muzykę i wirowałam jak nienormalna, w czym dzieci znajdowały nieziemską rozrywkę. Podczas jednego z pląsów poczułam wyraźne obniżenie się główki i odszedł fragment śluzu chroniącego maleństwo w brzuchu więc poczułam sens tychże akcji wyglądających pewnie z boku na lekkie szaleństwo. Potem, wczesnym popołudniem pojechaliśmy na wycieczkę a żeby nie było mi za lekko, zapakowałam torbę z toną żarcia i niepotrzebnych rzeczy i 3 godziny podziwiałam moje dzieci będące sobą (!) na placu zabaw i w parku….Jak tylko wołały ,,,Mamo chodź coś zobacyć” to nie ociągałam się jak zwykle w ciąży lecz pędziłam ochoczo. Każdy krok, czułam, zbliża mnie do początku i końca! W trakcie spaceru zaczęłam osiągać też nieco inny mental stage, ale wciąż nie przejmowałam się tym przesadnie. Inny mental stage, też mi coś w towarzystwie moich dzieci!

Gdy przyjechaliśmy do domu, czułam że mnie nosi i było mi trochę niedobrze, więc bardzo zależało mi, żeby dzieci poszły szybko spać. Około 20.00 zaczęłam czuć pierwsze krzyżowe skurcze, co 12- 15 minut. Wiedziałam, że to już to, ale nie miałam pojęcia, ile to czasu zajmie, więc nawet do Marcinka nic nie pisałam, żeby nie siać paniki. Oglądałam sobie spokojnie dwuipółgodzinny film, co jakiś czas zmieniając pozycję, bo skurcze nie ustawały chociaż nie przyspieszały ani nie zwiększały intensywności. Gdy mój kochany mąż wrócił około 23.00, poinformowałam go, że następnego dnia będzie miał już to swoje dziecko a on oczywiście bardzo się ucieszył :) Gdy Marcinek przyszedł i zaczęliśmy gadać, skurcze zastopowały (norma przy pojawieniu się nowego elemetu w porodowej rzeczywistości) więc wkrótce poszliśmy spać.

Minęło może z pół godziny, Marcinek zasnął a moje skurcze wróciły, z czego się ucieszyłam, ale od razu były silniejsze niż poprzednie więc trudno było mi się zagnieździć w łóżku. O 3 w nocy zaczęło się na prawdę ostro i biedny Marcinek się ocknął, a wtedy poinformowałam go, że tego dnia do pracy nie pójdzie :) Napisałam też do mojej klientki (u której byłam jeszcze 2 dni wcześniej) że RODZĘ (!!) więc dzisiaj i w najbliższym czasie nie będę przychodziła jej pomagać I to chyba sprawiło że zaczęłam rodzić na poważnie :) Chciałam przenieść się z tym rodzeniem do drugiego pokoju, ale mężuś zachęcił mnie żebym została w sypialni i dalej sobie spał co bardzo mnie uspokoiło. Wzięłam piłkę, ale nie miałam siły na pozycję pionową, więc opracowałam system ruchów pomagających mi w radzeniu sobie ze skurczami na leżąco. Przesypiałam minuty między nimi a gdy nadchodziły, wydawało mi się, że płynę albo robię coś innego, ekhm :)  Za każdym razem otwierałam jedno oko i widziałam naszą piękną mandalową makatkę wiszącą na ścianie i śpiącego Marcinka, dodawało mi to otuchy i poczucia bezpieczeństwa oraz sensu. I dalej sobie rodziłam. W odmiennym stanie świadomości ,,przespałam” kilka skurczy między godziną 5 a 7 nad ranem. O 7 napisałam do douli, że rodzę, ale że nie ma się spieszyć, poczułam też, że muszę wstać i wtedy kaskada skurczy dosłownie napadła na moje ciało. Musiałam ruszać się, kręcić, kucać i zginać się nie tylko podczas nich ale także pomiędzy. Musiałam (!) rozpuścić włosy. Każda wizyta w toalecie na siku dosłownie rozpierała mnie od środka. Szalałam, ale jednoczęsnie miałam wszystko pod idealną kontrolą mimo amoku. Wiedziałam, co się dzieje i nie bałam się. Zupełnie inaczej niż podczas poprzednich porodów, kiedy to ciągle ktoś coś gadał, robił i decydował za nas a my zagubieni podporządkowywaliśmy się. Utraciłam niestety większość wspomnień z tych porodów, a może to dobrze? Ten Guciowy amok był czymś innym, nie wiercący dziur w mozgu, ale wręcz wyostrzający świadomość i zmysły. Dotychczas tylko czytałam o takich stanach :)

Powiedziałam Marcinkowi ok. 8.00 że chyba chcę basen więc mi go uszykował. Coś biadoliłam, że woda zimna, ale wlazłam tam od razu. Dzieci za mną, bo już się do tego czasu obudziły i podekscytowały. Zupełnie było mi wszystko jedno, ale Marcinkowi chyba żal się mnie zrobiło, że nie mam miejsca i jakoś je wywabił stamtąd. Wtedy osiągnęłam fazę transition, usiadłam i nagle poczułam się jak zwierzę, w pozytywnym sensie oczywiście. Na kilka minut wszystko się uspokoiło, a ja sobie w tym trwałam półprzytomnie. Wszystko doskonale pamiętam i to jest cudowne. Kiwałam się w rytm muzyki która dobiegała z salonu. I nagle: bach! Skurcze parte.

Marcinek zapytał, czy zadzwonić po położną, a ja na to, że tak, ale tylko jej powiedzieć o fakcie postępu porodu, żeby jeszcze nie przyjeżdżała. Za minutę zaczęłam jednak mocno krzyczeć co chyba Marcinka przytłoczyło leciutko i zadzwonił drugi raz, żeby przyszła, chociaż, jak sam potem przyznał, nie wiedział sam co niby ona miałaby tam robić. Skurcze porywały mnie jak tornado, ale wszystko działo się samo, nie wkładałam w to żadnego wysiłku, na rąbku świadomości pamiętałm jedynie żeby nie krzyczeć za mocno w obawie przed bólem gardła :) Dzieci zluzowane oglądały bajkę. W pewnej chwili poczułam, że mam już na serio dosyć i że chyba nie dam rady. Chciałam się z tego wypisać! Coś mnie jednak natchnęło, żeby palcami sprawdzić gdzie jest główka i dotknęłam jej…. Była tuż tuż…. A już za chwilunię na zewnątrz. Co za ulga!!! Klęczałam, trzymając główkę, mrucząc coś basem i za kilka sekund moim oczom ukazało się pod wodą bladoróżowe ciałko i srebrna pępowina. Jezu, jest! Ale wtedy oczywiście daleko mi było jeszcze do jakiejś racjonalnej macierzyńskiej radości. Instynktownie wyciągnęłam dziecko i oceniłam stan żywotności (,,Nie rusza się! Nie oddycha!” co było absurdalne gdyż dziecko na tym etapie już zaczęło kwilić co subtelnie uświadomił mi obecny małżonek) oraz płeć (,,Co to w ogóle jest?”- rzuciłam  tubalnie w eter zapytanie, po czym po podniesieniu nóżki uznałam że istnienie pisiorka należy zaliczyć do zbioru faktów świadczących o tym, że mamy kolejnego synka!)

Przyszły dzieci, zwariowały ze szczęścia a ja zaczęłam bardzo powoli wracać do normalności. Przyjechała doula Kasieńka, Marcin pomógł mi wydostać się z basenu i na tym etapie urodziło się uwierające mnie dość solidnie (było bardzo nisko) łożysko. Marcinek je wyjął, zawinął w pieluszki i pomógł nam razem położyć się do łóżka. Gołe maleństwo trzymałam na sobie, chyba jakoś wtedy przyssało się do piersi, ale nie pamiętam dokładnie, w każdym razie długo mu rozpracowanie systemu kwik- cyc- satysfakcja nie zajęło :) Po niedługim czasie przyjechała położna, której Felek tryumfalnie obwieścił w progu: ,,You are too late” a ja odsapnęłam w duchu z ulgą, że dopiero teraz zaczyna się szaszor a nie godzinę wcześniej, czyli mój plan powiódł się idealnie. Trochę przeszkadzało mi przywiązanie Gucia do łożyska na dość krótkiej pępowinie, bo nie mogłam manewrować, więc ponieważ nic już nie tętniło, zgodziliśmy się na przecięcie magicznego przewodu. Położna popisała, pogadała, kazała dziecku założyć czapkę, zważyła je i chciała ratować moje rozszarpane tkanki ale nie pozwoliłam jej nawet ocenić stanu zniszczeń- powiedziałam, że jeśli pod wieczór stwierdzę, że chyba są poważne, to zadzwonię lecz nic takiego nie nastąpiło :) Pojechała.

Taki to był poród naszego syneczka Gustawa.