Witam!

Blog ten jest historią mojego względnie świadomego macierzyństwa. Tzn. jestem świadoma nie tylko faktu, że mam dzieci (to i tak dobrze), ale że pewne działania mogą przyczynić się do tego czy owego. A inne wręcz przeciwnie. Proszę nie bulwersować się, że tyle tu o dzieciach i obruszać się z powodu monotematyczności, konwencja ta jest absolutnie celowa i służy głównie mnie. Zapraszam!

Ostatnia noc

Dzisiaj spędzam z dziećmi ostatnią noc w ,,naszym” mieszkaniu na Croydonie.

Potem będziemy się kręcić to tu, to tam, Marcin ogarnie wszelkie sprawy związane z agencją i za 8 dni zmywa się z tego kraju. Jesteśmy w punkcie, że nie wiemy za bardzo co robimy ale wiemy, że cokolwiek to nie jest, przyniesie dobre plony. Na każdy wyraz troski i wsparcia rzucamy się jak pies na ochłap. Jest przy nas okazjonalnie taki jeden dziadek, bezdomny, podróżuje w vanie. Poznaliśmy go wiele lat temu i pomogliśmy mu troszeczkę. Facet zniknął na pięć lat i myśleliśmy, że nie żyje a on zwiedzał świat. Wrócił. Teraz on jest dla nas jak anioł stróż. Sama jego obecność, chociaż momentami wydawałaby się nachalna, działa na mnie niebywale kojąco. W dodatku bardzo nam kibicuje i w naturalny sposób oferuje pomoc za którą mam ochotę płakać z wdzięczności: pohuśta Gutka w ogródku gdy marudzi, odbierze nas ze stacji gdy pada deszcz. Ma też znajomych niedaleko naszej miejscówki. Powiedziałam mu dzisiaj, że chcemy wziąć kozę najszybciej jak się da od razu po przeprowadzce. On jest jak doula… Pomyślał sekundę.

,,Oh, yes, Bernard knows these things”

Bernard to jego kumpel, który tam mieszka. Tam, czyli piętnaście kilometrów od naszej wioski. Ma świnie, kurczaki. To i na temat kozy się zapewne wypowie w sposób konstruktywny. A Kenny, ten ,,nasz dziadek” pojedzie za nami do Hiszpanii już w październiku i pomoże się ogarnąć. Zapozna z Bernardem. Sama świadomość, że ktoś tak bezdennie popiera nasz projekt i chce pomóc w przyziemnych sprawach przynosi mi poczucie niebiańskiego szczęścia… Oczywiście tylko na chwilkę, bo zaraz znowu znajduję coś, czym stresuję się aż do mdłości…

Ostatnia noc. Tu zostałam doulą, tu poznałam setki podobnych pod różnymi względami do siebie ludzi, tu urodziłam trzecie dziecko bez asysty i pokochałam Marysię, jaką jestem. Wiele przez te sześć lat podróżowaliśmy, widzieliśmy, dowiedzieliśmy się, wykorzystaliśmy wiedzę w praktyce i oceniliśmy, co nam jest potrzebne, a co nie. Czujemy się silni.

A jednak… Coś boli.

Jechałam dzisiaj na ostatnią poporodową wizytę i wybrałam jako środek transportu hulajnogę w miejsce autobusu. Chciałam być blisko. Chłonąć. Wybrałam obecność i pozytywny wysiłek. Uważność. Odpowiedzialność. Ostatniego dnia chciałam być aktywnym uczestnikiem życia tutaj. Zmierzyć się z momentem.

Usiadłam na chwilę na ławce przy placu zabaw na którym kiedyś moje dzieci wesoło się bawiły. Pamiętam, że wcześniej Felek naciągnął mnie w czariciaku na komplet plastikowych robotów. To było parę lat temu. Jednego z tych robotów znalazłam ostatnio podczas opróżniania mieszkania. NIc nie czułam wywalając go do śmietnika. Ale dzisiaj poczułam. Poczułam, że południowy Londyn będzie w nas zawsze bo to on nas ukształtował jako rodzinę. Dał silną podstawę i wypuścił dalej. A my idziemy z podniesionymi głowami, chociaż niepewnie. Tak bardzo potrzebujemy teraz potwierdzenia że to co robimy jest dobre…. ważne…. wielkie na swój sposób.

Do pieska czekającego na nas w Andaluzji dołączył dzisiaj kociak.

 

 

Dziewczyna z kogutem

Bushy Park w poludniowo- zachodnim Londynie. Jeden z naszych ulubionych zakątków. Mnóstwo przestrzeni, prawie oswojone stada jeleni, drzewa do wspinania, ścieżki do odkrywania. W słoneczną wrześniową sobotę ludzi jest tam mnóstwo. Spotkaliśmy się z przyjaciółmi i było cudownie.

Jedna z głównych alejek. Nie dało się jej nie zauważyć. Nie dało nie przykleić łatki ,,wariatka” od pierwszego spojrzenia. Dredziara o rozbieganym spojrzeniu niosąca potężnego koguta a potem rozkładająca dla siebie i ptaszyska piknik pod sosną. Kogut pieścił się z nią jak pies, jadł z ręki, pił wodę z plastikowej nakrętki, krążył wokół właścicielki spokojnie i bez najdelikatniejszych planów na ucieczkę.

Dzieciaki oczywiście chciały pogłaskać koguta i wdały się w pogawędkę.

Podeszłyśmy, bo przecież jednak wariatka a dzieciaki wsiąkły w głaskanie i zagadywanie… Kto tam taką wie…..

Do koguta mówiła po rosyjsku. Całe jej ręce usiane były bliznami jak upiorne osiedle poprzecinane ślepymi uliczkami z planu pijanego architekta. Kogut z nią śpi. Uratowała go z farmy przemysłowej. Nie, nie ucieka. Nie, nie sra pod siebie bo jest nauczony że ma to robić do kuwety, Dzieciaki zafascynowane. Fłaszczą, kogut poddaje się miękko ale jednak woli właścicielkę.

Ale jak to miał być chicken burger…. To przecież jej zwierzątko domowe… No tak…..

Gdy się jej przyjrzałam, jej oczy wcale nie wydawały się rozbiegane. Były spokojne i skupione. Może na przetrwaniu. O które może musiała walczyć każdego dnia.

A może jakoś już jej się udało. I wygrała, jak jej kogut, który miał być przecież chicken burger.

 

 

 

Noc bez ssaka

Melduję, że pierwsza cała i zaplanowana noc bez ssaka u boku przeżyta! Przeze mnie i ssaka. Marcin zabrał ich wczoraj po południu wszystkich do swojej siostry. Pomijam szczegół, że musieli tam doejchać ponad 90 minut samochodem a ssak nie ma w zwyczaju wytrzymywać w jednym miejscu dłużej niż minutę. Ale dali radę! Bez żadnej awantury i rozpaczy. To jednak prawda, że obecność matki wzbudza w dzieciach krwiożercze instynkty :D

Ja się w nocy budziłam i chciałam opróżniać mleczarnię, ssak podobno spał słodko bez najmniejszego meltdownu. Jakie to niesprawiedliwe! Dziś ja łaknę ssaka i tęsknię a on zapewne świetnie się bawi u cioci.

Ale nic to! Jadę odebrać rower (cała nasza rodzina zaopatruje się w maszyny do zwiedzania Andaluzji i jeżdżenia rano po bułki dwa kilometry do sklepu!) a potem odwiedzić świeżo upieczoną mamę, która niedawno przepięknie urodziła przywracając mi nadzieję, że poród w szpitalu może być cudowny i wzruszający.

Żegnam się z Londynem powoli i staram się znajdować tylko te ładne strony. Powszechną uprzejmość. Parki pełne brudnych roześmianych dzieci. To, że możesz być tu absolutnie kim chcesz a wszystko ci wybaczą. Potrzebowałam tego. Potrzebowałam tego, żeby bezpiecznie dorosnąć.

Przebieram się, odcedzam baniaki z mlekiem (gdzie mój ukochany ssak!?) i zmykam! Miłego dnia wszystkim życzę. Oby każdy dostał szansę bezpiecznego dorastania.