Miesięczne archiwum: Styczeń 2010

Buty

Feliksik dostał przedwczoraj od babci swoje pierwsze buty, rozmiar 18, coś na wzór sztywnych kapci z zapięciem. Brązowo – zielone. Zakup podyktowany był faktem, że mój syn zaczął już puszczać podpórki podczas wstawania- stoi kilka sekund, po czym robi bam na pieluchę. Swoją drogą niezła amortyzacja. A ja dziś byłam u sąsiadów, pierwszy raz od dłuższego czasu, bo chodziliśmy zakatarzeni – i widziałam Helunię z otwartymi oczkami. Natychmiast pomyślałam: Boże, Feliś też był taki mały, SZOK, jak to, przecież on jest taki duży, raczkuje 50 km/h, wstaje i nawet buty ma, a jeszcze niedawno był TAKI???!!!! No co, no cud. Takich cudów są miliony, cudem jest każde dziecko, szkoda, że potem dorasta i o tym zapomina. Starzy nie potrafią docenić tego, jakim darem jest dziecko- nie mówię o patologii, porzucaniu czy znęcaniu się, ale chociażby o sytuacjach typu: ,,Mamo, a dlaczego ten autobus tu jedzie?”- ,,Cicho bądź” – ,,Mamo, a daleko jeszcze?” – ,,Zamknij się już, bo mnie głowa boli od twojego gadania”. Starzy nie szanują cudu, a potem dziwią się,że ich się nie szanuje, choć wcale cudami już od dawna nie są- a może właśnie dlatego? Co do mnie to… zazdroszczę dzieciom tego,że są dziećmi, podziwiam ich wrażliwość i ciekawość, fantazję i pomysły, analizuję ich język i sposób postrzegania świata. Pisałam o tym (m. in.) licencjat, miałam okazję realizować swoje zainteresowania, pracując prawie 2 lata na placach zabaw w centrach handlowych. Byłam animatorką, prowadziłam dziecięce urodzinki, czasem kilka w ciągu jednego dnia. Wnioski dziś z tej pracy mam następujące: praca męcząca, ale nie ze względu na dzieci – niestety ze względu na rodziców.

BOBASen

Byliśmy dziś z Felciem pierwszy raz razem na basenie. To znaczy ja byłam pierwszy raz z nim, a on to w ogóle pierwszy raz w życiu. Był raz w Aquaparku, jak był w brzuszku, ale chyba się nie liczy.
No więc… dla mnie bomba. Dojechaliśmy z Gdańska do Gdyni, tam jeszcze szybkie drugie śniadanko (kleik plus kiwi) no i – po wejściówki! Wszystko było si, póki Feliks nie dostał się do wody. Pani prowadząca zajęcia dla bobasów i ich opiekunów była bardzo miła, ale ciężko jej było czasem przekrzyczeć… mojego syna. Inne dzieci, jako że nie była to dla nich pierwszyzna, wydawały się być zachwycone. Mnie to bawiło i rozczulało, bo już oczami duszy widziałam roześmianego pluskającego Feliksa za kilka tygodni. Płacz miał jednak swój powód- zimna woda. Pisali, że będzie co najmniej 32 st., a tu niespodzianka- 29!!! Nawet mnie po jakimś czasie doskwierał już dyskomfort, a mój bobas cały się trząsł i zsiniał jak bakłażanik. Inne malce nic sobie nie robiły z zimnej wody, nawykłe już pewnie. Moje słoneczko darło się dokładnie połowę zajęć- 15 minut. Po tym czasie pani dała zabawki gumowe i tym zaskarbiła sobie łaski Felunia oraz poprawiła notowania basenu w opinii mojego robaczka.
Po lekcji i otuleniu ręcznikiem dobry humor na dobre powrócił. Głośne ,,am am” zdradzało jednak, że czegoś chyba jeszcze brakuje. Pustkę wypełniła resztka kleiku oraz butla bobofruta. Z błogimi uśmiechami poszliśmy na kolejkę, by wrócić do domku. Z dworca odebrał nas stęskniony tata i pełni radości z powodu słonecznej pogody, ruszyliśmy na spacerek nad morze… Feliś zasnął.
Co do basenu jeszcze… Pójdę, mam nadzieję i za tydzień. Planuję wykupić karnet. Będzie fajnie!! Feliś się zahartuje i polubi panią. Może nawet przyjdzie jakieś nowe dziecko do grupy i będzie głośniej krzyczeć??;)

Chcę pisać, nie będę pisać…

Ajajajaj,eeeeeee:( ahahahhahahah;( to jedynie słyszę od godziny;( ucichło trochę po odśpiewaniu 423456789 zwrotek pieśni ,,Ta Dorotka”, zmodyfikowanej do ,,ten Feliksik” i nie tylko… chciałam coś napisać, że czeka mnie masakryczny egzamin itd- że mrozy potworne i nie można na spacery chodzić.. ale jednak lecę do ryczącego Felcia, papapapapa!!