Miesięczne archiwum: Luty 2010

Plany na świetlaną przyszłość…

Moje bąbelątko raczkuje po mieszkaniu, demolując wszystko, co spotka na swojej drodze. Kupiłam mu dziś zielono-pomarańczowe bamboszki w kształcie psich mordek -i był zafascynowany. Sabinka dzwoni z zapytaniem, czy pójdziemy razem na spacerek z wózeczkami. Feliks zjada zupkę i mam spokój z nim na trzy godziny (to tylko pod względem ,,amciania”,ale to i tak dużo!). Już ogarnęłam się z moim słoneczkiem, wiem, co i jak, nawet ośmielam się czasami udzielać rad innym-kuzynce, mamie niespełna półrocznej Edytki, Sabince, koleżance z roku, która aniołka spodziewa się w kwietniu… I co? Zastanawiam się coraz częściej, jak by to było przy dwójce. Konkretnie- przy dwóch chłopczykach, bo jakoś dziewczynki na razie nie uwzględniam, tego w ogóle nie mogę sobie wyobrazić, jak to jest z malutką księżniczką.
No więc książę, Grześ. Chciałabym, ale mam przecież plany. Wakacje w Bośni (w końcu!!!), znalezienie pracy, kredyt na dom. Oboje z Marcinem racjonalnie myślimy (no,nie zawsze, ale na ten temat tak) i efektem tego jest wniosek: JESZCZE Z 3 LATA. Potem znowu kilka latek i trzecie. Po czterdziestce, by przeżyć drugą młodość, machniemy czwarte i na tym zakończymy produkcję.Takie są plany, a co będzie? Hmmmm…
Ale ja nie o tym. Jestem gotowa na dziecko, ale nie na ciążę- i to dla mnie powód numer 1, by jeszcze poczekać. Feliś, mam nadzieję, nie będzie na nas zły. Staramy się mu zapewnić kontakty z rówieśnikami, choć tak małe dziecko nie ma jeszcze potrzeby zabawy z innymi dziećmi- ale niech chociaż wie, że one istnieją. Pewnego dnia zrobimy mu niespodziankę i przynajmniej nie dozna szoku.

Już sam stoję:)

Coraz bliżej do spacerów wokół bloku, tarzanie się w piaskownicy, zjadanie dżdżownic, robienie bam w kałuży- all included! Feliks od kilku dni potrafi stać bez trzymanki- i czas tego stania wydłuża się każdego popołudnia o kilka sekund, w trakcie których na buzi dziecka maluje się maksymalne skupienie bądź promienny uśmiech, moje serce zaś na chwile przestaje bić- to reakcja na nawał mieszanych uczuć! Wszak BAM może być z tej karkołomnej pozycji dużo bardziej niebezpieczne, tym bardziej, jeśli rączki są obie zajęte obracaniem porcelanowej łyżki, grzebaniem w buzi, urywaniem guzika z koszuli itd!A z drugiej strony- ta duma, ta radość,że mój syn STOI, czeka na pochwałę, jest pewny siebie i odważny!
Usiądź sobie synku, jeszcze się wżyciu nachodzisz, nastoisz-myślę sobie. A w drugiej półkuli mózgu już kiełkują marzenia o wspólnym, wakacyjnym pobycie na plaży…Ja w stroju kąpielowym siedzę sobie na kocu, Feliś w bodziaszkach i kapelusiku w stylu safari z kieszonką ucieka tacie, dzierżąc łopatkę jakiegoś obcego dziecka, wprost do morza… Sielanka. No, zapomniałam dodać, że tata oczywiście w kąpielowych szortach, eksponując swoje zaje… ste tatuaże, zarywa laski w bikini na ,,troskliwego tatusia”, pędzi za dzieckiem,bohatersko zabiera łopatkę, daje pokaz uprzejmości i oddaje ją rozryczanemu półroczniakowi siedzącemu przy mamie na kocyku, zapomina się i wrzuca Feliksa do morza, by się zahartował. Ja nie wytrzymuję, wstaję, krzyczę na męża, biorę dziecko za rękę i wciskam mu soczek na pocieszenie, on soczku nie chce, znowu zwiewa, tym razem w kierunku kudłatego psiaka, którego ktoś przemycił na plażę, co już moje maleństwo planuje niecnie wykorzystać…
Tak, tak, syneczku, usiądź sobie i odpocznij, tyle ciężkiej pracy jeszcze nas czeka…

Dziedziedziedzie

Feliksik robi papa, ponadto powtarza krótkie sekwencje sylab, jak ,,bebe”, ,,dziedziedzie”, czy ,,amam”. No dobra, ,,mama” też, oczywiście, tylko nie wiem, na ile świadomie napełnia me serce histerią szczęścia, a na ile po prostu mu tak wychodzi, bo to jednak najłatwiejsze dla dzidzi. No, ,,dzidzia” też mu się zdarzy raz na jakiś czas… Mnie to bardzo cieszy, bo osobiście znam dzieci (z rodziny, więc nie piszę tego złośliwie, gdyż bardzo lubię te dzieci), które powtarzać, i to w sposób zniekształcony niekiedy, sylaby zaczęły mając skończone półtora roczku. Mając ponad dwa latka potrafiły dać wyraz swej fascynacji motoryzacją za pomocą oślinionego ,,brum brum”. Oczywiście istniały też przypadki (o takich tylko czytałam), kiedy półroczny geniusz, gdy mama zaniosła go chorego do lekarza, zakomunikował, iż męczy go zapalenie ucha środkowego. E tam! Odpowiadanie na ,,dzień dobry” rozradowanym krzykiem ,,DZIEDZIEDZIE!!!!!!” jest dużo słodsze…