Miesięczne archiwum: Marzec 2010

Feliś wraca od babci

Feliś 2 ostatnie noce spędził u babci. Jedną z konieczności (moje zajęcia na uczelni- ehhh…), drugą z miłości babciuni. Babciunia tak kocha wnusia, że moje sugestie na temat przywiezienia synka do domu określa przejawem egoizmu. Oczywiście co ja bym bez nich i ich wszechstronnej pomocy zrobiła, nie wiem, ale o skończeniu studiów to bym przestała nawet marzyć. My samochodu nie mamy. Trzeba zrobić prawko, kupić auto, uniezależnić się. Zachciało się robić bobasa na studiach, to teraz ponosi się konsekwencje. Bo Feliś przyjechał do mamy i wyrwany z objęć babuni, uderzył w straszny płacz. Z godzinę był potem obrażony za te rotacje. A mi serce pękało, choć nie dawałam (starałam się) tego po sobie poznać. No bo co ze mnie za matka, no bo czemu on się nie ucieszył na mój widok… Potem już było oczywiście dobrze. Feliś znów zachwycał rodziców swoim nieposkromionym śmieszkiem, byliśmy razem na spacerku, a wieczorem mama w objęciach synusia uśpiła.
Tak czy siak- źle mi. Pod koniec kwietnia jedziemy na kilka dni na Ukrainę. We wrześniu- do Bośni na ok. 10 dni. Nie potrafię z tego zrezygnować, a z drugiej strony – wiadomo, boli. Wiem, że pokutuje stereotyp, że rodzice a zwłaszcza matka) są od tego, by się dzieckiem zajmować, a nie od latania, imprezowania i zarabiania pieniędzy. Zgadzam się z tym prawie całkowicie! Ale też z tym, że szczęśliwa matka, to szczęśliwe dziecko, że kochający się rodzice uczą dziecko miłości. My kochamy, uczymy, a przy okazji… zostawiamy u babci, żeby tę miłość trochę popielęgnować. Zalatuje paradoksem…
A teraz śpi mój buldożek. Właściwie oba śpią. Większego wymęczyło sprzątanie przedświąteczne. Młodszy wstanie rano i rozpromieni się do mamy jak cudne małe słoneczko. Kocham życie, a co…!!

Wiosna! I znowu pierwsze buty :)

Wspaniale, wiosna przyszła. Feliks pierwszy raz ,,poszedł” z mamą na spacerek w swojej super parasolce odziedziczonej po starszym koledze Wojtusiu (to mój słodki chrześniak), a na nogach miał po raz pierwszy raz w życiu prawdziwe, skórzane, zapinane na rzepy (jeszcze, niestety zimowe) buciki. Wyglądał w nich jak przedszkolak, tylko trochę miniaturowy. Ale przyznać muszę, że te buty uświadomiły mi, jak ten czas leci. Banalne.. Wiem, wszyscy rodzice tak mają. Co do butów, to nie była fanaberia, bo jest jeszcze tak trochę nieciepło, a w parasolce ciężko jest nóżki zawekować porządnie w kilka warstw koca- w zwykłym wózku tak robiliśmy, zdarzał się, że trzy pary skarpet zsunęły się z nóżek w tym kokonie i dziecko w minusowej temperaturze podróżowało na boso, a mimo to po jego wyjęciu okazywało się, że stópki są gorące jak bułeczki z pieca. Ale koniec tych czasów! Feliś siedzi jak król na tronie w swojej parasolce i oto w jego życiu otwiera się nowy etap… Bo już niedługo będzie MAŁYM DZIECKIEM, a nie NIEMOWLĘCIEM. Niemowlę jest do roku, a ten magiczny dzień zbliża się ogromnymi krokami. Niby coś tam planuję, jakiś gril, ciasto dla babć i kinderparty dla znajomych bobasów. Bo niby przeglądam strony www z adidaskami, żeby miał w czym biegać, jak już zacznie, wszak roczniakom się to zdarza. Niby martwię się- czy 10 maja będzie ładna pogoda? A tak na prawdę wszechogarnia mnie metafizyka TEGO – moje dziecko skończy roczek!! Przecież aż za dobrze pamiętam koniec marca 2009 – brzuch jak balon, obawy przed TYM dniem, przeprowadzka, atak rozstępów, wszystkie ciuchy dawno za małe, a te maksymalnie maleńkie powolutku segregowane i układane w szafkach. Moje bajtlątko śpi. I wciąż jest małe, malutkie, ciepłe, różowe, okrągłe! Buty poczekają na jutrzejszy spacer:)