Miesięczne archiwum: Maj 2010

Mniam mniam!

Koniec z soczkami i flipsami, witamy natomiast jedzenie w trybie dochodzącym, wyrywanie łyżeczki, wyjadanie płynnej kaszki palcami, delektowanie się suszoną żurawinką oraz ogólne eksperymentowanie kulinarne! Moja mama pewnego dnia, po dłuższym u niej pobycie (jednonocnym… po Ukrainie już nigdy na dłużej go nie zostawię nawet pod opieką świętego Krzysztofa!) zaalarmowała: ,,ON COŚ NIE CHCE JEŚĆ”. Jezus Maria, jak to możliwe, to chyba nie ON, Cyganka podmieniła! Ale patrzę: ślepka te same, radosne mruczenie ,,mammmmma” to samo, drepcze w jednym kapciu też zupełnie jak moje dziecko. A jednak rzeczywiście jeść nie chciało. Po trzydniowych wczasach z mamą u babci, wróciliśmy do domu. Okazało się, że przez weekend Feliks zupełnie zmienił zwyczaje. Spadek apetytu to chyba wina podjadania między posiłkami i kalorycznych soczków, którym powiedziałam ,,wstęp wzbroniony”, a to sprawiło, że dziecko z powrotem zaczęło jeść całe michy o normalnych porach. Tylko styl jedzenia uległ zmianie. Przede wszystkim: koniec z siedzeniem na dupsku! Owszem, usiedzi toto może przez 4 łyżki na kanapie (nagle dostał alergii na swój jedzeniowy tron dla maluchów), ale po tym czasie już coś go tam innego wabi… A to trampki taty w przedpokoju, a to wycieczka do kuchni, a to znowu rzucenie piłką. Gdy zaspokoi ciekawość i nagłą potrzebę zmiany miejsca, grzecznie wraca i słodkim ,,MNIAM MNIAM” oznajmia, iż czas na kęsik. Karmienie dziecka w ten sposób wydłużyło się trzykrotnie, ale przynajmniej nikt się nie denerwuje, ani mama, ani dziecko. Gdy pierwszy głód zostaje zagryziony lub zażuty, Feliks usiłuje pokazać, że umie już sam jeść i czyni to na wszelkie możliwe sposoby. Na razie jednak zgodziłam się jedynie na to, że pozwalam mu oblizywać łyżkę, na którą sama uprzednio nałożyłam jakąś gęstą potrawę (z rzadszymi to nie przejdzie!). To jednak małemu nie wystarcza i chce sam sobie nakładać, ewentualnie szukać u samego źródła i wygrzebać (jeśli zdąży przed moją stanowczą reakcją, jaką jest odsunięcie michy) rączką to i owo. Doceniam te niewątpliwe przejawy samodzielności mojego syna, a jakże. Ale nie wiem, czy jestem gotowa na ich skutki, chyba jeszcze nie – szkoda mi czasu na wyścielanie pokoju folią…

Ciepło, cieplej…

Korzystamy z radością z tego, że wiosna się zadomawia. A może to już (wreszcie) początki lata. Biegamy (no, może to za dużo powiedziane…) bez czapki, nosimy sandałki, opalamy buzie, ujeżdżamy rowerek. A popołudniowe drzemki okupione są napadami płaczu, no bo jak to tak, pogoda bombowa, a ja mam spać? Nigdy! Chyba,że jestem bardzo zmęczony, ale antyspaniowa ideologia pozostaje no i mamy konflikt. Na przykład teraz- Feliks leży bez sił w łóżeczku, smoczek w buzi, pokój przewietrzony, napił się porządnie i co? I jęki. Oczka się zamykają, nóżki nie mają już ochoty wierzgać, a rączki wyrzucać poduszki z łóżeczka… A mimo to jakoś spać się nie da. Korci słoneczko. No, bo spacerki to odbywamy teraz pierwszorzędne. Wczoraj byliśmy w Parku Oliwskim – cudownie zadbanym, pełnym nietypowych roślin, sadzawek i tajemniczych ścieżek ogromnym miejskim ogrodzie. Feliks jako jedyne dziecko dostał od swojej wyrodnej matki pozwolenie na chodzenie po trawie, z czego korzystał ochoczo. Inne dzieci musiały obejść się ze smakiem, a raczej obejść trawę, która według opinii ich rodzicielek, była mokra (osobiście nic takiego nie stwierdziłam, Felunio też nie). Następnym przywilejem mojego syna był żywopłot, potem olbrzymie drzewo. Wszystko oglądane, macane, mało by brakowało, a smakowane- na szczęście mój maluch już wie, co to znaczy ,,nie do buźki” i potrafi wykorzystać tę wiedzę, choć przyznam, że nie zawsze tak, jak powinien. Wieczorem natomiast udaliśmy się do restauracji meksykańskiej wraz z rodzinką od Helenki. Feliś nie chciał tortilli z masełkiem i miodem, bo brzydził się nieznanej konsystencji. Raczkował sobie między stolikami i bawił się pudełkiem od zapałek (oczywiście usłyszawszy wprzódy ,,nie do buźki”). Tak to jest. Wiosna, lato, ciepło, cieplutko. Niedługo plaża, wymarzona podczas zimowych śnieżnych popołudni.

Deszcz

Mam chwilę, mogę pisać. Właściwie to nie mam tej chwili. Powinnam robić coś mądrego, a nie siedzieć przy kompie. Ale tak się złożyło, że Feliś wyczerpał się na spacerku i dogorywa w łóżeczku, a ja dopijam w drugim pokoju kawę. Słyszę to ponure ,,mamamamaam” i na książce bym się nie skupiła. Na pracy zaliczeniowej z organizacji turystyki (tak, takie rzeczy mamy mieć w głowie na V roku filologii!) tym bardziej. Myślę sobie o dzisiejszym spacerku, na którym złapało nas oberwanie chmury. Ja w seksownej bluzinie i getrach, maluch we wózku, ale bez folii, bo oboje jej nie znosimy. Ja moknę cała bez wyjątku, Felunio z wyjątkiem buzi, jednej stópki (jakoś jej się udało wydostać na deszcz niepostrzeżenie!)i kaptura wszystko ma raczej suche, bo siedzi pod budą i dodatkową wózkową plandeką na nóżki. I jest zachwycony! Im bardziej deszcz daje popis, tym głośniej mój syn się śmieje i macha łapkami jak najdalej wyciągając je poza budę. Zaczyna mi być zimno, ale jestem wzruszona. Wszyscy biegną się schować. Ja też wlazłam pod jakieś zadaszenie, ale szybko zrezygnowałam z tego pomysłu, słysząc niezadowolenie Felcia, który nie chciał przeczekać deszczyku, bo deszczyk jest fajny, bo jeszcze nigdy nie widział go i nie czuł z bliska, bo jeszcze nigdy nie zmoknął i nie słyszał tego, jakby nie było, przyjemnego szumu. Dopiero, jak będzie duży, dowie się, że deszcz jest be, bo się moknie, choruje i trzeba się nudzić w domu albo uciekać jak najszybciej. NIE!! Bo dziś postanowiłam,że nie wpoję mu niechęci do deszczu. Przecież co jakiś czas będzie padał, czy będziemy tego chcieli, czy nie. Więc może lepiej od razu nastawić go na to,że deszczyk jest czymś… hmmm… pozytywnym?Wszakże pod wieloma względami tak właśnie jest. Można patrzeć, jak spienia kałuże i jak kwiatki z drzew opadają pod wpływem ciężkich kropel. Na łonie natury można próbować bosego biegania po błocie albo latem kąpieli w jeziorze, jeśli deszcz nie obniża znacząco temperatury. A potem w domku mama przebierze i da coś ciepłego do picia. Deszczyk jest fajny- reakcja mojego słoneczka dziś ostatecznie mnie do tego przekonała.