Miesięczne archiwum: Czerwiec 2010

Szelki…

Nie tak dawno musiałam obrać za cel spacerku mój wydział – umówiona byłam z promotorką… Do obrony coraz mniej czasu! Ale ja nie o tym. Gdy na korytarzu łyżeczkowałam jogurt ze zbożami, przekazując zawartość do otwartej paszczy Feliksa, podeszła do mnie jakaś chyba ważna osoba. Kobieta w tzw. średnim wieku. Już posiwiała, ale gesty, mimika, sposób konstruowania wypowiedzi – na maksymalnie 30 lat! Ale miała więcej, nawet wewnętrzna młodość nie dała sobie z tym rady. Była bardzo miła, a jej inteligencja należała do tych przenikających, stwarzających wyzwanie. No i to wszystko naraz mnie zaatakowało, gdy po prostu chciałam nakarmić dziecko! Pani podeszła i zaczęła wypowiedź: ,,Jak to dobrze,że dzieci…. (byłam pewna, że powie ,,rodzą się”, już nawet przygotowałam sobie odpowiedź)… rosną”. Chwila konsternacji i moje błyskotliwe: ,,małe też są fajne”. Pani postanowiła dać wykład na temat dziecięcego dorastania. Mówiła w taki sposób, że nie sposób było nie słuchać, zachwycało mnie to, jak ona mówi- po prostu. Tak bardzo,że dopiero po chwili zrozumiałam,że to rzeczy, z którymi się nie zgadzam. Mówiła do Felcia: ,,Jaki ty będziesz fajny, jak urośniesz, będziesz mógł się porozumieć ze światem, powiedzieć mamie, o co ci chodzi…”- ITD. Zdołałam pisnąć, że ciężko mu teraz w to uwierzyć, a ona ciągnęła dalej mniej więcej w ten deseń. W końcu rzekła coś, co mnie zastanowiło: ,,Mój to już ma 6 lat…”. Myślę sobie- no tak, może mieć z 50 lat, teraz późne macierzyństwo jest coraz częstsze, ale ona zaczęła coś o INNYCH BABCIACH, więc w końcu już sama nie wiem. No,ale o co chodzi: o szelki. Pani wystartowała z reklamowaniem mi szelek ze smyczą dla dzieci! Szelek, które wg mnie powinny być zakazane. Moje poglądy streszczę w następujący sposób: ciekawe, kiedy jakaś firma produkująca hity tego typu wpadnie na pomysł wypuszczenia na rynek kagańca. Oczywiście nie nazywałoby się to kaganiec, ale jakaś osłonka na buzię dla dzieci, które lubią np. konsumować pety z chodnika. Osłonka byłaby dostępna w różnych wersjach kolorystycznych, silikonowa i całkowicie wygodna dla dziecka – tak, jak szelki. Jako, że Feliks już zasnął, napiszę szybko, o co mi chodzi, bo też chcę się zdrzemnąć. Ktoś, kto uważa, że dziecko w wieku prawie 14 miesięcy nie potrafi się komunikować i powiedzieć mamie, o co mu chodzi, MUSI zachwalać szelki i smycz dla dzieci. Bo jedno pociąga za sobą drugie. Tak to jest, że karierę na uczelni łatwiej zrobić, jeśli wierzy się,że ponad roczne dziecko nie nadaje się do tego, żeby z nim pogadać.
Dla wyjaśnienia: szanuję ludzi nauki. Sama kończę studia, wiem, jaka to praca napisać coś mądrego na 20 stron, a co dopiero na 800 – tego nawet nie ogarniam, dlatego słodkie 2 literki DR nigdy nie poprzedzą mojego nazwiska. Ale mistrzem będzie dla mnie ten, kto mimo oderwania od realiów codziennego zwykłego życia, pozostanie człowiekiem, znam i takich. Moja promotorka to dla mnie ideał. Prawdziwa humanistka, niesamowity mózg – a przy okazji nie namawia mnie do wyprowadzania dziecka na spacer na smyczy.

ZOO

Tym razem piszę aby zrelacjonować wycieczkę, bez narzekania na kondycję społeczeństwa oraz utyskiwań wychowawczych. Otóż wczoraj wybraliśmy się na rodzinną wyprawę do ZOO w Gdańsku (nie mamy daleko, 20 minut pieszo do autobusu, który dociera pod bramę ZOO w 4 minuty!). Skład grupy: 2 mamy, jedna babcia, jeden tata i dwoje dzieci. Dzieci oczywiście miały najmniej zrozumienia i pasji w sobie, w przeciwieństwie do żądnych przekazywania piękna świata rodziców. Ale to dzieci – mój Felinder i córunia kuzynki, 9,5 miesięczna Edytka nadawały tempo i rytm zwiedzaniu. Okazało się, że słoń, który miał wzbudzić najwięcej emocji, przez Edytkę nie został wcale zauważony, a przez Felcia skwitowany jedynie beznamiętnym ,,hoł hoł!”, co miało prawdopodobnie oznaczać, że psa to on już widział, a że ten jest nieco większy to co? Nie będziemy z tego powodu robić afery.
Przerwa na kawę i gofra dała nam powera do dalszego uświadamiania naszych pociech, że świat zwierząt to nie tylko te sierściuchy pod blokiem. Ku mojemu zaskoczeniu, Feliks zwrócił uwagę na drapiącego żółwia w terrarium – myślałam, że jego psychika jeszcze nie dojrzała na tyle, by potrafił podziwiać coś tak flegmatycznego i pozbawionego futra, jak gad- a jednak! Jednak największy zachwyt wzbudziły w moim synku papużki nierozłączki, buszujące w przestronnej wolierze w ilości dziesiątek sztuk, różnobarwne, ruchliwe i piszczące. Stłumiły się przy tacce z owocami i ziarnkami, dziobiąc zapamiętale pyszne ptasie kąski – i znowu Feliks pokazał, że go nie doceniałam, z rozkoszą wymlaskał bowiem ,,mniam mniam” w odpowiedzi na ten miły widok! Po ok. dwóch godzinach maluchy zasnęły w wózkach niemal jednocześnie. Feliks nieco bardziej zaciekle się bronił przed snem, siadając co chwilę, choć mama nakłaniała, by jednak się ładnie połóżkał. Przy okazji nauczył się nowej sztuczki – gdy komunikowałam chłopcu, że jest zmęczony, on z rechotem zwalał się do pozycji leżącej bez żadnej asekuracji. Po czym oczywiście znowu siadał. Po jakimś czasie jednak poddał się i lulał sobie słodko, podczas gdy my podziwialiśmy sowy śnieżne, bawoły i jaki.
Pobyt w ZOO trwał prawie 4 godziny. Dotleniliśmy się porządnie, spotkaliśmy inne dzieci i zobaczyliśmy zwierzęta! Trzeba będzie to jeszcze nieraz powtórzyć, może w końcu bajtle zrozumieją, że żyrafa i słoń to atrakcja?

Krecik

Dziecko u babci, więc mogę się literacko i macierzyńsko zrealizować na blogu. Właśnie wzięłam udział w expresowej ankiecie zatytułowanej ,,jak długo jest się dzieckiem?” 75 % ankietowanych odpowiedziało, że całe życie. Dziwne, jakoś tego podejścia w ogóle nie widać, ani na ulicy, ani w parku, ani w polskich domach. Przykład? Proszę bardzo. Byliśmy na rodzinnej wycieczce (tata, mama, ciocia i dziecko), m. in. w parku miejskim, pięknym jak marzenie, chyba już o nim wspominałam w poprzednich wpisach. Dorosła część wycieczki (niby liczebna większość, ale co z tego? I tak nie przełożyło się to na władzę wykonawczą) padała z nóg, bo wcześniej było ognisko, las, łażenie po górach z zepsutym wózkiem (urwane trzymadło…), kiełbaski, pilnowanie młodszej części. Natomiast niepełnoletni uczestnik okazywał swą radość, jaką dała mu swoboda (w lesie szkła, ogień i strome zbocza raczej nie sprzyjały niepodległości). No to co? Trzeba pogrzebać w kretowisku. My leżymy na kocu, dziecko 15 m dalej siedzi szczęśliwe i kopie. Czarne jak sadza, ale przynajmniej nieruchome. Przechodzi obok pani z dwójką kilkulatków i dyszy zachwycona: ,,zobaczcie, jak dzidzia puka do krecika! Jak ładnie chłopiec się bawi z krecikiem!”. Mój krecik niewiele sobie z tego zrobił, ale dzieci przystanęły z jawnym zainteresowaniem. Kobieta napaliła się jeszcze bardziej: ,,Chłopiec jest jeszcze malutki, powiedzcie chłopcu jakie tam mieszka zwierzątko!”. To wystarczyło. Dzieciaki przypadły do ziemi. I już, już rączka chłopca zbliżyła się do kreciej norki, kiedy w odruchu strachu musiała się cofnąć, jak poparzona: ,,Co ty robisz!? Przecież ręce pobrudzisz!”… Spojrzeliśmy z Marcinem i ciocią Justysią na siebie. Każdy pomyślał o tym samym, jak się potem okazało. Ale muszę przyznać, że zaświeciła mi się lampka wątpliwości: a może faktycznie nie powinnam dziecku pozwalać…? Zaraz jednak stłukłam ją jednym rzutem kamienia o nazwie logika – może i owszem, grzebanie w kretowisku nie jest najlepszym pomysłem, trzeba było walczyć z lenistwem i latać za malcem, by mu to nie przyszło do głowy, ale na Boga!- pokazywać dziecku najpierw, że coś jest fajne, a za 30 sekund besztać je, że postanowiło spróbować? To już w ogóle nie jest na moją głowę. Dlatego Feliś będzie drapał w ziemi ile zechce. A nuż na prawdę znajdzie jakieś robactwo i na chwilę się zachwyci, obrzydzi, zaciekawi, ucieszy, no nie wiem- ale poczuje cokolwiek, pomyśli. Do przeciwników takiego podejścia (którzy oczywiście fakt bycia DZIECKIEM całe życie deklarują w internetowych ankietach, w przerwie między robieniem w pracy jakiegoś projektu dotyczącego analizy rynku niemieckiego a piciem gorącego kubka) spieszę z ważną informacją: nie pozwalam dziecku nic brać do buzi, mały w słoneczne dni nosi kapelusik albo czapeczkę, zawsze mamy pieluchy, ubranko na przebranie, coś na ząb i picie ze sobą a po spacerku myjemy rączki, więc jestem normalną mamą. Jezu, i nawet je, jak również jest kładzony do łóżka o stałych porach, co za beton ze mnie! Tylko dlaczego płakać mi się chcę, gdy jestem świadkiem dialogów, jak ten: ,,Mamusiu, patrz, jaki super kijek znalazłem, akurat na procę! – Wyrzuć to w tej chwili, nie będziesz mi kijów do domu przynosił!” Dlaczego mina, bezbrzeżnie zawiedziona, tego chłopca natychmiast mi się udziela?… Może któreś całożyciowe dziecko mi kiedyś odpowie, zobaczymy.