Miesięczne archiwum: Lipiec 2010

Laaaaato po raz kolejny

Najgorsze upały za nami. Gdy trwały, stałam się magistrem, imprezowaliśmy na wsiach, Feliks polubił jeziora i morze (nareszcie!), a także poznał smak lodów. Zostaliśmy zmuszeni do zakupu moskitiery, sandałków i dodatkowych krótkich spodenek z myślą o delikatnym zdrowiu naszego syna. Syn pokochał samoloty i dał się przekonać do picia wody poza domem (wcześniej z nieznanych komisji przyczyn nie chciał tego robić). Rodzice nauczyli się (szczególnie mama) gotować obiady, bo dziecko nie chce już jeść swoich ultrazdrowych przecieranek tylko kotleta na widelcu, ewentualnie ziemniaka w mundurku dzierżonego w dziarskiej garstce.Garstki nadal pulchne i małe, zdają się być stworzone do nieskończonego całowania. Chwila przerwy, idę wyłączyć gaz pod ryżem i jajkami…
Dzisiaj odwiedzi nas Marcina siostra oraz jej dwuipółletni synuś, Maksymilianek. Maksymilianek to chodząca radość i kochane słoneczko cioci od samego dnia jego narodzin. Jeszcze wtedy nie byłam chyba oficjalnie uznana w rodzinie za ciocię Maksa, z jego pełnoprawnym wujkiem prowadzałam się dopiero osiem miesięcy. Nikt nie przewidywał, że dotrwamy razem do chrztu – pięć miesięcy po przyjściu malca na świat, kiedy jako ,,osoba towarzysząca” ojca chrzestnego, zajadałam się szparagami przygotowanymi przez dumnego ojca, znakomitego kucharza (tych szparagów nigdy nie zapomnę, pierwszy raz widziałam i jadłam taki rarytas!), już mówiono : ,,Maksiu, pójdziesz do cioci?”. Maksiu jeszcze nie umiał odpowiedzieć. Ale ja go i tak brałam, a jakie to było cudowne uczucie, tulić niemowlaka, który wił się jak pluszowy, ciepły, suchy węgorz i wydawał pomruki, wyjątkowo duuuży kociak. Po trzech miesiącach od tego wydarzenia byłam w ciąży. I już nikt nie śmiał odmawiać mi prawa do ciociowania Maksiowi, którego – nie przesadzam – kocham i autentycznie cieszę się na myśl o spotkaniu z tym małym chłopcem.
Upały póki co za nami. Ubrałam trochę dłuższą kieckę, a moro buksy Felcia na szafce leżą w pogotowiu. Na razie czekają na koniec jego przedpołudniowej drzemki, którą wykorzystać zamierzam częściowo na sprzątanie, a częściowo na ratowanie domowego budżetu pisaniem beznadziejnych tekstów na strony www. Dziś kolej na elaboraty na tematy związane z instrukcjami BHP. Moja nieskrywana pasja. Nie mam o tym zielonego, ale co mi przeszkadza dzielić się odpowiednio zredagowaną wiedzą z innych stron www. Tak czy siak, paczka pieluch za to będzie. No to pa pa!- gdybyście tylko słyszeli, jak słodko wymawia pa pa moje dziecko…!!

Przemyślenia letnie

Witam po dłuższej przerwie. Patrzę na ilość wyświetleń, ktoś jednak to czyta. Młode mamy, jeśli myślicie podobnie albo wręcz przeciwnie, odezwijcie się w księdze gości albo za pomocą dodania komentarza, przesuwacie się jak widma po tych moich wypocinach, wiem, że jesteście, ale śladu po sobie nie zostawiacie… No, zresztą, ważne, że w ogóle ktoś zajrzy raz na jakiś czas. Ja w końcu też zajrzałam. Skończyła się zła passa, mam więcej czasu. Oddałam już magisterkę do dziekanatu, wiele nerwów i przygód mnie to kosztowało. Felisia zaniedbywałam, parę razy puściły mi hamulce, efekt: jeden mały klaps, kilka krzyknięć, a potem depresja. Przeszło mi, gdy odkryłam niebywałą zależność: im bardziej ja byłam zestresowana, tym bardziej dziecko nieznośne. Postanowiłam więc bardziej się kontrolować, racjonalizować emocje, szukać odprężenia, poświęcać uwagę maluchowi – nawet gdy było to nieco udawane, bo moje myśli uparcie krążyły wokół pojęć takich, jak obrona, dziekanat, wersja elektroniczna, poprawki, komputer, drukowanie. Teraz już jest dobrze. Niebawem wybieramy się na festiwal rzeźb z piasku, może nawet uda się przekonać Felisia do kąpieli w morzu -niedawno dał sobie zamoczyć czubki paluchów u nóżek.
Upały trochę nas męczą, ale dajemy radę. Co jakiś czas tylko Feliś zaczepia obcych ludzi żałosnym ,,mniam mniam”, wskutek czego zwracają mi uwagę, że chyba głodzę dziecko albo muszę bronić swoich argumentów w starciu z leciwą damą, twierdzącą, że niezależnie od pogody maluch powinien być w skarpetach. Chadzamy na trójmiejskie imprezy plenerowe, których jest na prawdę dużo. Feliksa zachwycają pszczoły i dziecięce koncerty szopenowskie. Objada się ciastem na organizowanych w ogrodzie urodzinkach u cioci, ogryza udko z kurczaka na obiedzie u babci, pluje i płacze, gdy usiłuję go przekonać, że warzywna zupka w jego plastikowej miseczce to najlepsza rzecz pod słońcem. Okazuje zniecierpliwienie, gdy za długo stoję w kolejce na targowisku, rzucając czapką na imponujące odległości. Mruczy z rozkoszą ,,brum brum”, gdy tata kupi mu autko za napiwek od klienta. Fascynuje go świat motoryzacji, odróżnia autobus od tramwaju i wie doskonale, iż ten drugi nie ma nic wspólnego z ,,brum brum”. Czasem jednak napotyka trudności w zakwalifikowaniu roweru – raz jest to ,,brum brum”, raz nie.
Biegamy boso, słuchamy ptaków, wiemy, jak robi wrona. Ja od dawna, a mój synek… Jeszcze rok temu trudno było go posądzić o wiedzę na jakikolwiek temat. Teraz jest kompanem, członkiem rodziny, częścią społeczeństwa i… chyba gaworzy w łóżeczku, więc koniec pisania, początek wariowania!