Miesięczne archiwum: Sierpień 2010

Sierpień, wrzesień, a potem…

No i tak. To, na co tak histerycznie czekaliśmy, skończyło się w mgnieniu oka. Z jednej trony BEZ SENSUUU!!! Ale z drugiej- o ile bardziej cieszy mnie macierzyństwo, gdy temperatura wynosi mniej niż 20 stopni. Powiedzmy, że 25 to maksymalne maksimum. 37 st. to pogoda odbierająca cały miód bycia matką, żoną i kochanką. W czasie tego lata wydarzyło się sporo. Byliśmy w wielu miejscach, obskoczyliśmy aż dwa wesela. Feliksik autentycznie urósł. Wiosną, gdy jeszcze tak nie paliło, zakładałam mu długie spodenki, które spakowałam na ostatni wyjazd (pięciodniowy pobyt w drewnianym domku na Kaszubach) tak na WSZELKI WYPADEK- w chwili, gdy wyjeżdżaliśmy, było jeszcze ciepło, więc jechaliśmy w tzw. gołych nogach. Już następnego dnia okazało się, że pogoda płata figle. Było zimno, jak cholera. A spodenki okazały się przykrótkie! W trzy miesiące Feliksikowi skoczył jeden cały rozmiar. Za tydzień idziemy na szczepienie, zobaczymy, jak tam z wagą, ale powiem tak: czuć tego klopsa na rękach aż za bardzo. Dziwne, bo wygląda szczuplutko, ma troszkę sadełka na dupsku, reszta chucherkowata, prawie jak ja przed ciążą…
Aktualnie Feliks jest u babci i dziadzi. Zabrali mi go na jedną noc, bo jutro mój wielki dzień- idę się rejestrować jako bezrobotna. Nie chodzi o to, że poddałam się w walce o pracę. Nie. Ja tej walki w ogóle nie chcę podejmować. Nie chcę pracować, chcę wychowywać moje dziecko, chcę uczyć je mimiki ludzkiej, a nie reakcji komputera, chcę pokazać mu ważną prawdę- człowiek może być zły albo wesoły, czasem się smuci, a czasem boli go głowa. Gdy drugi człowiek jest smutny, zadaniem pierwszego jest go pocieszyć, gdy ten drugi jest mały, to ten duży karmi go, przewija i śpiewa mu durne piosenki- a wszystko to robi z miłością, bo mały to dziecko, a duży to jego mama. Opiekunka nie jest w stanie tego nauczyć, bo mamą nie jest, nigdy tak dziecka nie pokocha – ona głaszcze i daje tarte jabłuszko, bo przyjdzie potem jej pracodawca i jej za to zapłaci. Nie zależy jej, żeby dziecko było szczęśliwe tylko żeby nie miało na co skarżyć rodzicom, gdy już nauczy się mówić. W żłobku jest to samo z tą różnicą, że maluch ma więcej towarzyszy niedoli i przynajmniej widzi, czuje,że nie on jeden został bez mamy i taty. Podobno przysługuje mi zasiłek, bo jestem absolwentką, podobno dobre kilkaset. Takie kilkaset pozwoli mi narazie nie pracować, chociaż nie pozwoli mi na inne szaleństwa. Nieważne, Feliks pół roku dłużej będzie zagłębiał tajniki wiedzy na temat normalnych międzyludzkich relacji.

Za rączkę

Dziś znacznie lepiej. Byłam padnięta, ale zdecydowałam, że pozwolę malcowi trochę polatać, pozbierać kapsle i pomierzyć się z krawężnikami. Plaster sera w dłoń i dalej. Postanowiłam też zmienić nieco taktykę. Najpierw urządziłam mu pogadankę (dosłownie- pogadałam se), kiedy jeszcze tkwił we wózku, o tym, dlaczego ucieczki i brak reakcji na wołanie to zachowania niewłaściwe. Potem go wypuściłam. Od razu pognał za blok. Mimo ogólnego zdechnięcia, gdy nie wracał na wołanie, poszłam po niego. Wzięłam za rączkę (protest) i zaprowadziłam TAM, GDZIE WOLNO. Udzieliłam ostrzeżenia. Uwolnione dziecko natychmiast spyliło i tyle je widziałam. Wzięłam głęboki oddech, poszłam po niego, złapałam, ujęłam za rączkę (ostry protest) i powiedziałam, że za karę idziemy do domu – tak też się stało. Dziecko nie było zachwycone, ale też jakoś szczególnie nie histeryzowało. Obyło się bez klapsa, jestem z siebie dumna.
Przed naszą klatką znów musiałam go wyjąć z wózka, gdyż podjazdu nie mamy, a wózek + Feliks+ zakupy to dla mnie już za duży ciężar. Zanim postawił swoje małe pytki w sandałkach na chodniku, powiedziałam, że nie ma uciekać za daleko. Ledwo poczuł grunt pod nóżkami, ruszył. Musiałam zająć się chwilowo wózkiem, więc spojrzałam tylko na kierunek, który Feliksik obrał, żeby go potem jak najszybciej capnąć. Gdy już szłam go capnąć, okazało się, że nie uciekł. Schował się dla żartu za najbliższym krzaczkiem. Gdy mnie zobaczył, roześmiany pognał w me objęcia i poszliśmy do domu.

Nie do śmiechu

Ratunku. Jestem zdruzgotana. Całkiem świadomie dałam dziecku klapsa. Na oczach balkonowiczów z falowca. Zadzwoni ktoś w końcu po policję przez te nasze anarchistyczne spacerki… Ale niech mi ktoś powie szczerze, jaki jest sposób na dziecko, które bunt dwulatka przechodzi w wieku 15-tu miesięcy- jeszcze niektórych rzeczy nie rozumie, natomiast świetnie rozumie wyrażenie ,,nie wolno” i robi wszystko, by pokazać, co o tym wyrażeniu sądzi. Feliks dotychczas umiarkowanie stosował się do poleceń. 2-3 dni temu przestał robić sobie cokolwiek z poleceń i zakazów, chyba, że jest to ,,ukochaj pieska” (pluszaka), ,,chodź, dostaniesz picie” albo ,,zrób halo halo”. Brzmi zabawnie i rozkosznie, zapewniam, że jestem na skraju… Na skraju pewności, że opracowany przeze mnie system wychowania jest ok. Myślałam, że wszystko gra, bo gdy maluch zbliżał się do ulicy, kazałam mu wracać, a on wracał. Teraz na wołanie reaguje zwiększeniem prędkości – bynajmniej nie po to, by pomknąć w me objęcia. Celowo wybiera ścieżki prowadzące ku ulicy lub do parkingu. Odkrył też, że świetną zabawą jest chowanie się mamie – nie za pojedynczym drzewkiem, czy zjeżdżalnią, jak jeszcze niedawno, ale w gęstych krzaczorach, w których swoje labirynty powydeptywały bezdomne koty – na pewno nie dzieci, bo żadne normalne nie spieszy się do pokłucia przez rozplenione żywopłoty, oprócz mojego. Gdy uda mi się go siłą wyciągnąć, wierzga i wrzeszczy, stara się mnie bić i kopać. Po sekundzie już jest uroczy, grzeczny i kochany. Łapie mnie za rękę i prosi, żebym go pohuśtała – ,,mama, buju buju”.
Po wspomnianym klapsie (za ucieczkę z premedytacją na ulicę, jakby co) mój stan psychiczny pozostawiał wiele do życzenia. Postanowiłam, że gdy znowu będzie niedobry, od razu pójdziemy za karę do domu. Szybko się, wierzcie, nadarzyła okazja, by te plany ziścić. Niegrzeczne dziecko wzięłam na ręcę i powiedziałam srogo :,,idziemy do domu, skoro tak się zachowujesz!”. Co zrobił Feliks? Roześmiał się.
Nie chcę dawać klapsów dziecku, zresztą po co, one nie skutkują, podobnie jak inne kary i reprymendy. Co mam z nim zrobić? Żeby nie uciekał, żeby był w przyszłości pewny siebie i szczęśliwy, żeby nie podnosił na nikogo ręki, żeby zgrzeczniał trochę???