Miesięczne archiwum: Wrzesień 2010

No w końcu :)

Dziś oddałam dziecko do żłobka na ponad 3 godziny, miałam już bowiem dosyć robienia na pół gwizdka tego, co powinno być robione porządnie!!! Poszłam do domu, kupiłam po drodze chleb, poprawiłam i przepisałam opowiadanie na konkurs, zjadłam obiad i zdrzemnęłam się. Malucha po pracy odebrał Marcin. Okazało się, że: a) gdy tata się pojawił w placówce, dziecko bawiło się w najlepsze b) na widok taty mało nie dostało zawału ze szczęścia, ale nie manifestowało swojego przywiązania rykiem, raczej ufną radością c) w domu na widok mamy zaczęło piszczeć i poleciało kwiląc ,,tati, tati” w objęcia ojca. Czuję się, jakbym przebiegła maraton. W końcu się udało. W końcu mały cycuch, od którego nie mogłam uciec nawet na 5 minut, pokazuje, że dorasta psychicznie do mentalnego odcięcia pępowiny. Kocham moje dziecko, ale nie należę do matek, które byłyby zazdrosne o każdy przejaw jego uczuć. Może ze mną coś nie tak, ale rozpiera mnie duma, gdy widzę, jak mały lgnie do dziadzi czy taty albo gdy słyszę, że NARESZCIE nie wył wśród dzieci tylko się czymś zajął. Autentycznie się cieszę, bo bez stresu i wyrzutów sumienia pójdę na ten staż, a potem do pracy. Po godzinach będę miała siłę zająć się dziecinką. Jestem szczęśliwa.
Druga sprawa: Marcinek. Humor mu się znacznie poprawił, gdy przekonał się, jak dziecko potrafi kochać rodzica- niekoniecznie mamę. Feliks kocha tatę i nareszcie ma okazje by to okazywać, a tata szaleje ze szczęścia. Nasza rodzinka ma teraz dużo powodów do radości. Mały też się przyzwyczai do rytmu takiego właśnie… Już nie będę bredzić, że dziecko pasuje do matki. Dziecko pasuje tam, gdzie się dobrze czuje. Raz do mamy, potem do taty, raz do cioci, raz do dzieci, raz do psa. Nie należy dorabiać ideologii i snuć wywody, jakie to dziecko jest wyjątkowe i trudne w obsłudze dla innych osób niż matka. A co to za opinia, że niektóre dzieci po prostu się nie nadają do żłobka czy przedszkola? Jak widzicie, rosną mi skrzydła, oznaką tego jest krytykowanie innych systemów wychowawczych, niż mój własny… Przepraszam, ale tak się cieszę, że coś wypaliło. No, w końcu!!!

Staż

4 października bieżącego roku rozpoczynam staż w Instytucie Kaszubskim na stanowisku ,,pracownik obsługi biurowej”. Byłam nawet na badaniu lekarskim, wzrok i ciśnienie w normie. Super! Moja praca będzie polegała na przepisywaniu tekstów pisanych ręcznie na komputer oraz zostawaniu dłużej w czwartki. W pozostałe dni tygodnia biuro podziwiać będę od godz. 10.00 do 16.00. Oczywiście staż ten jest dla mnie wspaniałą okazją do zdobycia doświadczenia zawodowego. Gdy tylko go zakończę, wszystkie pomorskie korporacje, instytucje kulturalne, redakcje i wydawnictwa zaczną dobijać się do mych drzwi, a ich personal assistanci (itd.) na kolanach będą błagać mnie o to, bym raczyła dla nich pracować. Dzięki temu będę mogła stawiać warunki: przynajmniej 5000 zł na rękę, klimatyzowane biuro z widokiem na morze urządzone w stylu retro, pakiet socjalny oraz szkoleniowy w formie zaproponowanej przeze mnie, a także służbowy samochód (z kierowcą, bo nie mam prawka), komórka i laptop. A, zapomniałabym. Fajnie byłoby, gdyby był przyzakładowy żłobek. Jeśli nie będzie, to przecież będę w pracy tęsknić za dzieckiem i będę mniej wydajna, mniej optymistycznie nastawiona do firmy itd.
Nie będzie przyzakładowego żłobka. Będę tęsknić za dzieckiem, a ono będzie płakało. Moja więź z istotą, którą kocham ponad wszystko, nie będzie już taka… taka… taka prawdziwie prawdziwa i niezniszczalna. Ciocia i babcia będą karmić i przewijać moje dziecko, będą się z nim bawić i witać je, gdy przebudzi się po dziennej drzemce. Zróbcie żłobek, proszę, pozwólcie mi widywać synka w trakcie pracy, żebym mogła go nakarmić albo podać smoczek, gdy wypadnie poza łóżeczko. Już nawet nie chcę tego służbowego laptopa. Już nawet nie chcę tej pracy…

Żłobki, katary, nocne mary…

Dawno nie pisałam. Wybaczcie, odcięli nam internet z powodu zbyt późno zapłaconego rachunku. Cóż, skleroza i lenistwo to takie przypadłości, które nie bolą – dlatego tak łatwo je bagatelizować. A przez ten czas na prawdę się wydarzyło. Przede wszystkim – szukam pracy. Dosyć na poważnie, na razie zarejestrowałam się jako bezrobotna, dostałam skierowanie na staż. czyli niewolnictwo kontrolowane i sankcjonowane prawnie. Przez 3 miesiące być może będę siedzieć w biurze, 6 godz. dziennie (to i tak dobrze, poprzedni staż, który nie wypalił, miał być na 8 godz. dziennie…) i dostawać za to ok. 500 zł stypendium. Ale za to zdobędę doświadczenie! Obycie! Kontakty! Ehhh… W każdej chwili, o ile zdobędę pracę w oparciu o umowę, będę mogła zrezygnować, ale na to się na razie nie zanosi, bo wysłałam chyba już z 200 CV.
Zapisaliśmy Feliksa do żłobka. Znaleźliśmy przytulny, niewielki, nie bardzo daleki od domu i racjonalnie drogi, czyli dość tani, w porównaniu do innych prywatnych. Na państwowy nie ma szans przez najbliższy rok. Feliksowi wszystko jedno, był już tam kilka razy w ramach ,,aklimatyzacji” i cały czas (najdłużej został ok. 2 godz.) ryczał w niebogłosy. Panie (nazywane tam ciociami) martwią się, że Felusia nie interesują ani zabawki, ani inne dzieci, ani one same, ani bajki w TV, a gdy tylko drzwi się otwierają, dostaje histerii, bo to nie mama. Mama, czyli ja, ma już trochę dość, bo wszyscy, z którymi gadałam, tzn. pracownice żłobka, koleżanki, sąsiadki oraz inne kobiety na forach internetowych, są przekonani (w sumie przekonane), że dziecko histeryzuje tylko na początku. Moje histeryzuje strasznie cały czas. Chyba złożę reklamację.
Dziś na szczęście, mój mąż miał wolne. Ja z gorączką i bez życia leżałam cały dzień w łóżku. Teraz, na wieczór, nieco mi się poprawiło. Moje zasmarkane słoneczko już śpi, następne żłobkowanie czeka go w czwartek albo dopiero w poniedziałek, bo jeszcze trochę sapie, a jak się niechybnie rozbeczy, będzie sapało jeszcze bardziej. Nosa nie da sobie wytrzeć. Ani podciągnąć spodni. Ostatnio podobno zjadł nawet pół jogurtu i już się ucieszyłam, że zaufał cioci, że jest progres. Ale wczoraj było gorzej niż na początku, Feliś darł się bite 1,5 godz. Cóż, ja jestem twarda, co mi pozostało?