Miesięczne archiwum: Październik 2010

Mama pracująco- kochająca

Umiejętność wyżalania się na blogu uważam za przydatną. Trzeba się tak użalać, by ludzie chcieli pocieszać. Jednocześnie nie można popaść z zbyt patetyczny ton, warto udawać, że opisywane problemy traktuje się z lekkim, literackim przymrużeniem oka. Należy pamiętać o poprawnej formie, ortografii, stylu. To w końcu ma ktoś czytać, tego kogoś trzeba szanować. Dotychczas rozpisywałam się o dokonaniach mojego syna, zaświadczałam także o uczuciach, które mi- matce- towarzyszą, podczas gdy Feliks nie chce spać, drze się, wyrzuca jabłka przez okno, epatuje miłością do obcych piesków, czy lgnie do mojego obiadu. Od niedawna skupiam się głównie na swoich perypetiach związanych z poszukiwaniem pracy. Jest to temat, który mnie aktualnie mocno zajmuje, chociaż oczywiście nie najmocniej. Wciąż moje zainteresowania krążą uparcie wokół zachowań syna. Z tą różnicą, że jedyne, co mogę począć, to wypytać dokładnie o to panie w żłobku lub mojego Męża.
Męża- z dużej litery, bo tak jak On nie stara się chyba nikt na świecie. Dostrzegłam mojego partnera życiowego w zupełnie nowej, nieznanej mi dotychczas z oczywistych względów roli- roli ojca dziecka, którego matka postanowiła opuszczać domostwo w celach zarobkowych. Jestem przeszczęśliwa, bo taki Mąż to wygrana na loterii. Bez szemrania zaprowadzi malca do żłobka, odbierze go, pójdzie na plac zabaw, wykąpie, ugotuje i położy spać. Mało tego!!!!!! Marcin należy do tych nielicznych mężczyzn, którzy -UWAGA, TO PRAWDA – wiedzą, jak dziecko ubrać w zależności od pogody! Niewiarygodne, prawda? Ostatnio Feliks wymiotował w żłobku – podejrzewamy, że zaszkodziły mu banany – kto się urwał prędzej z pracy, by ulżyć mu (oraz paniom…) w cierpieniu? TATA. Tak, to on ma z pracy o wiele bliżej po Felcia, niż ja, ale chodzi o sam fakt- Marcin musiał zadzwonić do szefa (który nota bene potrafi zaleźć za skórę), zwolnić się, usprawiedliwić, pójść, zabrać, zadbać. Ideał.
Takie o, dygresje na temat taty Feliksa, a więc mojego kochanego Męża. Co do mnie, wciąż czuję lekkie rozdarcie. Chciałabym wychowywać dziecko, chciałabym być znowu w ciąży, chciałabym, chciała… Tylko kasiory brak. Na szczęście jestem coraz bardziej zadowolona ze żłobka – maluch już nie ryczy, gdy tam idzie, śpi tam super i je, bawi się świetnie, daje sobie radę wśród dzieci. Jego nową pasją jest oglądanie filmików na jutubie z dziećmi w roli głównej. Ja się uspokajam. Mam mimo wszystko coraz mniej wyrzutów sumienia, bo widzę i wiem, że moje dziecko jest szczęśliwe. A to jest ważniejsze niż moje ambicje i lekka zazdrość o uczucia mojego milusia. Ważniejsze niż urojenia, które budują stereotypy społeczne na temat żłobków. Mój żłobkowicz robi się coraz bardziej pewny siebie, odważny, cywilizowany. Niestety jest też troszkę tam fizycznie zaniedbywany – dowodem są lekkie odparzenia na dupsku po całym dniu w żłobku. W duszy mamy czai się gniew- ,,Co za idiotki!!jak mogły!!??”, w końcu podświadomie wciąż uważam że moje i tylko moje dziecko to ósmy cud świata, któremu należy się traktowanie specjalne…

Rozmowy W TOKU

Ruszyło się to i owo, ktoś w końcu dostrzegł, że na skrzynce mailowej sterczy moje rozpaczliwe wołanie o pomoc w postaci CV. Temat wiadomości zawsze w tym samym stylu, np. ,,praca- idealna kandydatka” albo ,,praca!!!!!!!!”, świadczyć ma to o nadziejach, jakie sobie robię, czyli że ktoś mnie w końcu do serca przytuli i zatrudni. Oczywiście na sensownych zasadach. Dziś byłam np. na rozmowie, co do której mam jedną pewność: marzę o tym, by okazało się, że wypadłam kiepsko. Manager, który ze mną rozmawiał, wyglądał na klasycznego buca: błyszczący śliski garniaczek, chuda dupcia, solarium aż waliło po gałach, a figlarnie postawione na żel kłaki uderzały nienaturalną czernią… No i ta mina: ,,Jestem zajebisty”. Zrobiło mi się licho, chciałam się wycofać mrucząc, że popełniłam pomyłkę, ale stwierdziłam, że będę dzielna. Okazało się, że mogłam spokojnie zwiać, bo pan manager nie wiedział nawet, iż jest z kimkolwiek umówiony… No tak, dzwoniła do mnie jego sekretarka, to skąd niby miał wiedzieć?! Póki co zapisał coś tam na moim CV – nie wiem co, ale pewnie coś w rodzaju ,,za niska”, ,,niezła dupa” albo ,,ma obrączkę- nie dzwonić”. W każdym razie nie wiem, czy w ostateczności zostanę tym doradcą klienta biznesowego, czy nie, bo na kontakt mogę liczyć dopiero po 1 listopada. Nie szkodzi. Już w środę idę na kolejną rozmowę – do jakiejś agencji reklamowej, na stanowisko pracownika biurowego, czyli jak mniemam, telefonicznego naciągacza, którego zadaniem jest namawiać przedsiębiorców, by dali sobie założyć hipersuperjaskrawą stronę www.
Ludzie, słucham mojej ukochanej, piosenki Jamala, z czasów studenckich, z czasów, gdy Marcinek dał się pocałować po raz pierwszy, he he… Nie wierzę, że kiedyś byłam bezdzietna! Ale ja nie o tym….
Ja o rozmowach kwalifikacyjnych. W ubiegły piątek odbyłam budującą rozmowę na temat współpracy z teatrem dla dzieci – i chyba coś z tego będzie. Środa już zaznaczona w kalendarzu. W sobotę pędzę aż do Gdyni, gdyż o moją krwawicę upomniała się także cukiernia! Wysyłałam te CV w takie miejsca, że aż sama się dziwię. Cukiernia, w sumie nie aż tak tragicznie. Ciekawe, czy dałoby się coś tam przemycić na chatę. Trzeba patrzeć przyszłościowo, więc myślę także o tym. Jeśli mogłabym wybierać, jeśli ktoś spytałby mnie, co chcę robić i mi wtedy taką pracę zaproponował, chciałabym pracować w bibliotece lub księgarni, agencja reklamowa (o ile miałabym jakąkolwiek moc decyzyjną, a nie tylko klikała bezmyślnie w kompa i w telefon) też nie byłaby zła. Ale szczerze to powiem tak: przede wszystkim chciałabym pracować blisko domu- niestety nie mogę za bardzo wybierać, na razie to ja jestem wybierana- albo i nie.

Chłodne czółko

W końcu, po dwóch trudnych dobach, całuję mojego synka w czółko na dobranoc i czuję przyjemną, letnią, suchą skórkę. Jeszcze wczoraj była ona czerwona, lepka, rozpalona, a maluch pojękiwał przez sen, rzucając się po całym łóżeczku. ,,Co cię boli, rybeczko, no co?”- odpowiedź jest martwiąca, palce aż do łapki pogrążone w buźce, smoczek stuka nerwowo o ząbki, ich właściciel, wzięty na ręce, drętwieje i zanosi się płaczem. Nie wiadomo, czy mu zimno, czy gorąco- wszak, gdy temperatura rośnie, człowiek trzęsie się z zimna i na odwrót – gdy gorączka opada, pocimy się okropnie. Skąd wiedzieć, czy obolałe dziecko akurat marznie, czy się pali, skoro cały czas jest tak samo nagrzane? Mama się boi, wzywa pogotowie, tam mówią, że do samej gorączki nie przyjadą. Dzwoni do lekarza wyjazdowego, to krzyczy na nią, że dobę dziecko się męczy i dlaczego dopiero teraz coś robię. Po połączeniu z pediatrą, słyszę, że mam jeszcze dzień poczekać. Paranoja, czekam.
Czekać na co? Na co ma czekać matka, której pierwsze i jedyne maleństwo rzuca się w gorączce, nie dającej się zbić, płacze i wyraźnie cierpi? Naczytał się człowiek o sepsach i zatruciach, to w każdym kichnięciu widzi apokalipsę. A tu mija dzień i dziecko radosne, owszem- słabe, ale zjada chętnie śniadanie i chce jeździć na swoim brumbrumie. Jedni mówią: idź z nim do lekarza, inni: nie trzeba od razu latać po przychodniach, w internecie same masakry opisują, jesteśmy sami w domu i nie mamy zbyt dużego wyboru. Więc czekamy. I gorączka mija, czółko jest chłodne, hura!
Już trzeci tydzień chodzę do ,,pracy”. Przy okazji codziennie wysyłam przynajmniej 5 aplikacji. Już mi wszystko jedno. Atakuję biura, sklepy i hotele. Weekendy lub dni powszednie. Postanowiłam podnieść też swoją wartość na rynku pracy, zrobić prawo jazdy i jakieś szkolenia. Na razie zapisałam się na jazdy dodatkowe (kurs już dawno zrobiłam, ale prawka jak nie miałam, tak nie mam…) i na szkolenie: ,,Profesjonalna asystentka”. Potem zobaczymy, co jeszcze da się zrobić. Niestety już trochę mam dość tego wszystkiego, brakuje mi Felunia, gdy jestem cały dzień poza domem, ponadto pojawia się jakaś frustracja- nikt mnie nie chce zatrudnić, dlaczego? Przecież mam tyle zapału, jakieś tam doświadczenie, jestem inteligentna i wykształcona, a NIKT MNIE NIE CHCE!!! Co za żal, na prawdę, ludzie, jeśli chodzi o humor, to doświadczam równi pochyłej…