Miesięczne archiwum: Listopad 2010

Zawieja

Minusowe temperatury, ślizgawica i zawieja taka,że Feliksika udało mi się w ostatniej chwili złapać, gdy robił bam, porywany przez wicher! Gdy się brnie pod wiatr, tysiące lodowatych igieł wbija się w twarz. Wirujący śnieg oślepia i paraliżuje i tak zgrabiałe palce. Super- a to dopiero listopad. Ciekawe, co będzie w styczniu. Masakra! Chcę lata…

Dziś nabawiłam się wrzodów żołądka i zawału serca, skarbówka mnie wzywa, naliczają mi kary i stresują tak, że nie mogę się ruszyć. Doszło do fatalnej w skutkach pomyłki w pewnym domu kultury- pracuje tam nasz przyjaciel, kiedyś podałam mu po coś tam swoje dane, wiem, że miałam komuś pomóc, dokładnie nie pamiętam o co chodziło. Teraz okazuje się, że zataiłam dochody za rok 2009 (dochodów żadnych nie miałam, a szkoda) i oni robią dochodzenia. Mogę pozwać ten dom kultury- mogę, ale po co mi to? Ewidentnie wtedy wina byłaby po stronie Radka (to ten przyjaciel), a ja nie chcę go zamykać we więzieniu!!!On zresztą też się spiął, gdy przedstawiam mu problem- i obiecał każdą możliwą pomoc. Chciałabym w ramach rekompensaty zażyczyć sobie taksówkę ze żłobka na chatę do końca mrozów. Aż tyle chyba jednak ta kara nie wyniesie…

Co tam jeszcze nowego- a, miało być to i owo na temat zajęć piłkarskich dla maluszków. Super sprawa! Felunio po raz kolejny mnie pozytywnie zaskoczył. Na początku interesowały go tylko piłki, ale dał się przekonać, że zabawy wymyślane przez ciocię są bardzo fajne! Na prawdę się starał, żeby mu wszystko wychodziło, a na końcu w ramach nagrody dostał naklejkę na koszulkę z napisem ,,Udało się!” i dumnie obnosił się z nią, epatując miną, jak u małego pawika! To było doprawdy rozkoszne, myślę, że też bardzo rozwijające. Owszem, w podobne rzeczy można bawic się w domu, ale nie zawsze wychodzi, wiadomo, że w domu nie ma takiej motywacji, także dla dziecka. Tu były inne maluchy, ciocia i przed nimi trzeba było się popisać! Przed rodzicami? Też coś, przecież i tak chwalą i kochają za każde słowo, każdy uśmiech, każde klaśnięcie w łapki, przed rodzicami starać się aż tak nie trzeba. No i nie dają naklejek.

Może uda mi się zmienić pracę. Ta, którą mam, podoba mi się, bo daje mi satysfakcję i nie jest monotonna, każda rozmowa to coś nowego. Ale wolałabym coś bliżej domu i bardziej stałego- system prowizyjny jest fajny, jeśli już się uda wdrożyć w temat i te wyniki są. U mnie wyniki są coraz lepsze, ale myślę, że jeszcze długo nie będę zarabiać tam kokosów, a podstawa jest jednym słowem nędzna. Gdybym za to, co robię, otrzymywała atrakcyjniejsze wynagrodzenie, trzymałabym się tego do emerytury! A tak to nie mam oporów, by próbować czegoś innego. Nie wiem, czy lepszego, muszę tam trafić. Chodzi konkretnie o centrum edukacyjne dla dzieci i młodzieży, takie miejsce wesołej nauki, gdzie można przeprowadzać eksperymenty, organizować edukacyjne urodziny i mądrzeć już w wieku 4 lat. To jedno z tych miejsc, do których wysłałam CV jeszcze zanim się zniechęciłam, tzn. nie odpowiadając na ogłoszenie, ale po prostu, bo profil działalności firmy był moim zdaniem ok. To było… Ehh! Chyba jeszcze w sierpniu, no może we wrześniu. Tak czy owak, ponad 2 miesiące temu. Dostałam od nich dzisiaj maila, że zaistniała możliwość rozszerzenia zespołu i są zainteresowani rozmową w sprawie pracy- ze mną. To jest jakaś opcja. Poprosiłam o wyznaczenie terminu na jakiś weekendowy dzień i wyobraźcie sobie, że się zgodzono!!! Nie ukrywam, że wiążę z tą sprawą dość duże nadzieje, ale zobaczymy. Ale zaraz, zaraz, powiem wam, na czym wg mnie polega wyższość pracy w tym centrum edukacji nad tą aktualną (przypominam- jestem specjalistą ds.klienta w portalu ślubnym…). Wymienię te ,,wyższości” w punktach: 1)praca w ruchu, nie cały czas przy komputerze 2)kontakt z różnymi ludźmi, bezpośredni, przede wszystkim- z dziećmi 3)przystanek autobusu jest bliżej naszego domu niż przystanek kolejki miejskiej… 4)może godzin do pracowania będzie ogółem mniej, a to oznacza więcej czasu spędzonych z synusiem 5)stawka zapewne godzinowa, zatem łatwiej przewidzieć ile na rękę dostanę, nie będzie takiego ciśnienia- chyba. Bo tak na prawdę sobie tutaj wypisuję, a jeszcze na rozmowie nie byłam i warunków nie usłyszałam. Kończę już te wypociny. Na pewno dam znać, jak coś się okaże!

Edik

Nie chce mi się w ogóle pisać, bo jestem wykończona po całym tygodniu dość wytężonej pracy. Uznajcie mnie za wariatkę, ale staram się póki co udowodnić, że się nadaję i powinnam dostawać premie. Tak, tak, po 2 tygodniach,a w sumie to chyba po 3, zresztą- bez znaczenia, tu nie chodzi o chore ambicje tylko o to, że nie stać mnie na piłkarskie zajęcia dla dziecka. A propos, jutro idziemy na próbne bezpłatne, jak nie zapomnę i znajdę chwilę, to nie omieszkam napisać.

Nie chce mi się pisać, ale mieliśmy przez 2 dni couchsurferów z Kaliningradu- rodzinkę z synkiem z maja 2009. Brzmi znajomo, prawda? Synek miał na imię Edik i był rozkoszny. Słodki i śliczny. Poza tym tulił się do mamy, nie broił, nie awanturował się. Ideał? Oceńcie. Edik (takie rosyjskie zdrobnienie Edvarda) przynajmniej raz na pół godziny dobierał się mamie do cyca. Podobno budzi się w tym celu nawet kilkanaście razy w ciągu nocy. Nie mówi za dużo, raczej wydaje dźwięki. Jedzenie łyżką, jak również jakiekolwiek inne przejawy zdolności do samoobsługi- w sferze marzeń. Tak patrzałam na tego ultraspokojnego, wręcz niepokojąco momentami grzecznego chłopczyka i zastanawiałam się, który z dwójki maluchów w tym domu na chwilę obecną może mieć jakieś zaburzenia. Ten sam wiek, podobne wymiary, a jeśli chodzi o osobowość- dosłownie 2 różne światy.

Ulubiona zabawa Edika: grać grającą zabawką non stop. Muzyczka się kończy, trzeba włączyć. Na okrągło. Feliks do takich grajek ma stosunek, który określić można jako umiarkowaną tolerancję, raczej traktuje je z ograniczonym zainteresowaniem. Jego 3 ukochane zajęcia to oglądanie książeczek, zabawy z piłkami oraz nieodzownie jeżdżenia brum brumkiem. Na dalszych miejscach wymieniamy huśtawki, sztućce, kosmetyki, wszystko w zależności od nastroju i ciśnienia. Edik skradał się cichutko, można było w ogóle nie zauważyć, że się przemieszcza, niczym nie wadził, nie brał czego mu nie wolno, a jednocześnie jest to pogodny chłopiec, płakał chyba tylko raz, gdy bardzo zmęczony wrócił ze spaceru nad morze. Feliksika nie da się przeoczyć, bierze wszystko, oznajmia to głośno, domaga się, by mu dawać też inne rzeczy, tupie, kręci się, śmieje, lata, udaje bociana, robi specjalnie bam, żartuje sobie z rodziców (np. na naszych oczach chowa zabawkę i mówi, że jej nie ma, gdy jej zaczynamy niby szukać, demaskuje swój żart i się z naszej głupoty naśmiewa…),chce oglądać baję, chce (lub nie chce) iść do dzieci, no po prostu jego charakter sprawia, że nie ma mowy o tym, by go jeszcze nie traktować jako pełnoprawnego, decyzyjnego członka rodziny. Edik realizował się raczej wciąż w roli dzidzi. Rozkosznej, ale jednak dzidzi.

Nasz chłopiec także jest dzidzią, np. teraz. Śpi ze smoczkiem w buzi przytulony do pluszowego misia. Powtórzę się- chwilo trwaj!…

Mycie ząbków i inne dramaty

Widzę,że poczytność mojego bloga szybko wzrosła, pojawiły się też komentarze, dyskutujemy sobie na fejsie… I o to chodzi. Żeby jednak nie popaść w zbyt ideologiczny ton, opiszę teraz proces uczenia Felunia ważnej umiejętności, a mianowicie mycia ząbków. Pierwsze wyskoczyły, gdy moje słoneczko raczyło się cycem, a że się naczytałam obficie, że mleko mamy i jego cudowne właściwości m. in. są w stanie zapobiegać próchnicy, dałam sobie na luz. Przestałam karmić syna, gdy miał pół roku, lecz nim kupiłam pierwszą szczoteczkę, musiały jeszcze 3 miesiące minąć. Szczoteczka kupiona. Czy używana… Początkowo codziennie, prawie po każdym posiłku i zgodnie z przeznaczeniem. Jednakże w młodym człowieku wciąż narastał bunt, nie podobało mu się bowiem,że ktoś ingeruje w tak intymną sferę, jak jego jama gębowa.Gdy człowiek zyskał na mobilności i sile, zdecydował, że koniec tych numerów. Najpierw mama, zadeklarowana pacyfistka, postanowiła przekonać dziecko, że mycie ząbków jest cool. Sama je myła ochoczo w obecności dziecka, podobnie czynił także tata. Nie pomagało. Na jakiś czas szczoteczka stała się tematem tabu. Owszem, bywało, że zafascynowany wyposażeniem łazienki brzdąc właśnie ją wybrał na narzędzie zabawy. Jednak czynności po dokonaniu tego wyboru niewiele miały wspólnego z higieną.

Niecałe 2 miesiące temu Feliks, jako że dorobił się pokaźnego kompletu perełek,otrzymał od mamy zobowiązujący podarek- niebiesko-pomarańczową szczoteczkę z uchwytem w kształcie smoka. O dziwo, spodobała mu się i nawet nie zapomniał, jak się okazało, do czego takie cudo służy. Powiedzmy, że rytuał mycia ząbków został przywrócony, jego forma pozostawiała jednak ciągle wiele do życzenia. Musiało zatem dojść do rozmowy między odpowiedzialnymi rodzicami. Mama: Chyba już czas kupić mu pastę,niech się uczy. Tata: Tak, ale taką bez smaku, żeby nie chciał jej jeść, widziałem takie w aptece. W głowie mamy od razu zapaliła się lampka oszczędnej gospodyni: To idź do tej twojej koleżanki, co pracuje w aptece, niech ci taniej sprzeda. Tata: Dobra.

Aspekt pasty został przesłonięty przez inne Bardzo Ważne Rzeczy. W międzyczasie tata zaczął już maluchowi, na zachętę, nakładać na szczoteczkę dorosłą pastę, co spotykało się z dużym uznaniem. Feliksik odnalazł w sobie nową pasję-zmuszanie członków dalszej i bliższej rodziny do mycia ząbków o różnych porach dnia. Jednak serce matki krwawiło treściami wyczytanymi w gazetach- jak to, pasta z fluorem na mleczaki? Nie godzi się! I cierpiała w milczeniu, sama uczestnicząc w haniebnym procederze, aż do dnia, gdy tata w drogerii koło domu, bez żadnych znajomości, kupił pastę, całkiem nieapteczną,za to przeznaczoną dla dzieci już od pierwszych ząbeczków i oznajmił, że to jest specjalna, bez smaku. Mama wesoła, prezentuje dziecku pastę, dziecko zachwycone: Papcha!Papcha! I garnie się do szorowania szkliwka. Mama (taty wtedy akurat w domu nie było)nakłada ten super żel na szczoteczkę, a tu… różowa, pachnąca substancja. Oczywiście słodko-owocowa. Dziecko oszalało ze szczęścia. Szczoteczka okazała się świetna w roli łyżki. Mama: już starczy, mama ci już nałożyła, myj ładnie ząbki. Dziecko: Papcha, papcha – i wpycha mi szczotkę do oka z nadzieją, że mu jeszcze landrynkowej mazi dam. Mama: Już koniec, trzeba wypłukać. Dziecko z podkuwą na metr i wilgotnymi oczami, błagalnym głosikiem zdradzającym ostatnią nadzieję: Mama, papcha, papcha… Z mycia ząbków ponownie wyszło gó….o.

Gdy tata wrócił z pracy,mama podała mu pastę Felcia i spytała: Nie jadłbyś tego, jak byś był dzieckiem? Odpowiedź taty nie nadaje się do upubliczniania, podobnie jak określenia, jakimi obdarzona została wówczas sprzedawczyni z drogerii. Na szczęście maluch już spał, śniąc o paście marzeń. Tata: Trzeba to wyrzucić (użył innego słowa), bo się dziecko nigdy nie nauczy myć normalnie zębów. Mama: No jak to, idź i zwróć, masz paragon? Tata: Nie, ale pewnie mnie pamięta i to, że mnie okłamała, bo się specjalnie upewniałem, czy to jest pasta bez smaku. Mama: No to idź i jej to powiedz. Tata: Jo,jeszcze po pracy będę chodził pastę reklamować. Tu nastąpiło parsknięcie śmiechem. Stanęło na tym, że to trzeba wyrzucić (zdanie taty) oraz na tym, że się tego nie wyrzuci, bo się kupiło to trzeba zużyć, nawet my możemy tym myć, żeby szybciej zeszło (zdanie mamy).

Dziś, gdy wieczorem wróciłam z zakupów, dziecko było już czyściutkie i zasypiające. W łazience spostrzegłam niechybne ślady mycia ząbków (szczoteczka w zlewie, przewrócony kubek). Pasta nie została wyrzucona. Czy jednak przyczyni się do nauki, trudno orzec.