Mycie ząbków i inne dramaty

Widzę,że poczytność mojego bloga szybko wzrosła, pojawiły się też komentarze, dyskutujemy sobie na fejsie… I o to chodzi. Żeby jednak nie popaść w zbyt ideologiczny ton, opiszę teraz proces uczenia Felunia ważnej umiejętności, a mianowicie mycia ząbków. Pierwsze wyskoczyły, gdy moje słoneczko raczyło się cycem, a że się naczytałam obficie, że mleko mamy i jego cudowne właściwości m. in. są w stanie zapobiegać próchnicy, dałam sobie na luz. Przestałam karmić syna, gdy miał pół roku, lecz nim kupiłam pierwszą szczoteczkę, musiały jeszcze 3 miesiące minąć. Szczoteczka kupiona. Czy używana… Początkowo codziennie, prawie po każdym posiłku i zgodnie z przeznaczeniem. Jednakże w młodym człowieku wciąż narastał bunt, nie podobało mu się bowiem,że ktoś ingeruje w tak intymną sferę, jak jego jama gębowa.Gdy człowiek zyskał na mobilności i sile, zdecydował, że koniec tych numerów. Najpierw mama, zadeklarowana pacyfistka, postanowiła przekonać dziecko, że mycie ząbków jest cool. Sama je myła ochoczo w obecności dziecka, podobnie czynił także tata. Nie pomagało. Na jakiś czas szczoteczka stała się tematem tabu. Owszem, bywało, że zafascynowany wyposażeniem łazienki brzdąc właśnie ją wybrał na narzędzie zabawy. Jednak czynności po dokonaniu tego wyboru niewiele miały wspólnego z higieną.

Niecałe 2 miesiące temu Feliks, jako że dorobił się pokaźnego kompletu perełek,otrzymał od mamy zobowiązujący podarek- niebiesko-pomarańczową szczoteczkę z uchwytem w kształcie smoka. O dziwo, spodobała mu się i nawet nie zapomniał, jak się okazało, do czego takie cudo służy. Powiedzmy, że rytuał mycia ząbków został przywrócony, jego forma pozostawiała jednak ciągle wiele do życzenia. Musiało zatem dojść do rozmowy między odpowiedzialnymi rodzicami. Mama: Chyba już czas kupić mu pastę,niech się uczy. Tata: Tak, ale taką bez smaku, żeby nie chciał jej jeść, widziałem takie w aptece. W głowie mamy od razu zapaliła się lampka oszczędnej gospodyni: To idź do tej twojej koleżanki, co pracuje w aptece, niech ci taniej sprzeda. Tata: Dobra.

Aspekt pasty został przesłonięty przez inne Bardzo Ważne Rzeczy. W międzyczasie tata zaczął już maluchowi, na zachętę, nakładać na szczoteczkę dorosłą pastę, co spotykało się z dużym uznaniem. Feliksik odnalazł w sobie nową pasję-zmuszanie członków dalszej i bliższej rodziny do mycia ząbków o różnych porach dnia. Jednak serce matki krwawiło treściami wyczytanymi w gazetach- jak to, pasta z fluorem na mleczaki? Nie godzi się! I cierpiała w milczeniu, sama uczestnicząc w haniebnym procederze, aż do dnia, gdy tata w drogerii koło domu, bez żadnych znajomości, kupił pastę, całkiem nieapteczną,za to przeznaczoną dla dzieci już od pierwszych ząbeczków i oznajmił, że to jest specjalna, bez smaku. Mama wesoła, prezentuje dziecku pastę, dziecko zachwycone: Papcha!Papcha! I garnie się do szorowania szkliwka. Mama (taty wtedy akurat w domu nie było)nakłada ten super żel na szczoteczkę, a tu… różowa, pachnąca substancja. Oczywiście słodko-owocowa. Dziecko oszalało ze szczęścia. Szczoteczka okazała się świetna w roli łyżki. Mama: już starczy, mama ci już nałożyła, myj ładnie ząbki. Dziecko: Papcha, papcha – i wpycha mi szczotkę do oka z nadzieją, że mu jeszcze landrynkowej mazi dam. Mama: Już koniec, trzeba wypłukać. Dziecko z podkuwą na metr i wilgotnymi oczami, błagalnym głosikiem zdradzającym ostatnią nadzieję: Mama, papcha, papcha… Z mycia ząbków ponownie wyszło gó….o.

Gdy tata wrócił z pracy,mama podała mu pastę Felcia i spytała: Nie jadłbyś tego, jak byś był dzieckiem? Odpowiedź taty nie nadaje się do upubliczniania, podobnie jak określenia, jakimi obdarzona została wówczas sprzedawczyni z drogerii. Na szczęście maluch już spał, śniąc o paście marzeń. Tata: Trzeba to wyrzucić (użył innego słowa), bo się dziecko nigdy nie nauczy myć normalnie zębów. Mama: No jak to, idź i zwróć, masz paragon? Tata: Nie, ale pewnie mnie pamięta i to, że mnie okłamała, bo się specjalnie upewniałem, czy to jest pasta bez smaku. Mama: No to idź i jej to powiedz. Tata: Jo,jeszcze po pracy będę chodził pastę reklamować. Tu nastąpiło parsknięcie śmiechem. Stanęło na tym, że to trzeba wyrzucić (zdanie taty) oraz na tym, że się tego nie wyrzuci, bo się kupiło to trzeba zużyć, nawet my możemy tym myć, żeby szybciej zeszło (zdanie mamy).

Dziś, gdy wieczorem wróciłam z zakupów, dziecko było już czyściutkie i zasypiające. W łazience spostrzegłam niechybne ślady mycia ząbków (szczoteczka w zlewie, przewrócony kubek). Pasta nie została wyrzucona. Czy jednak przyczyni się do nauki, trudno orzec.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>