Miesięczne archiwum: Grudzień 2010

Sylwester!!

Żegnamy roczek 2010. W ciągu tych 12 miesięcy moje dziecko nauczyło się chodzić i mówić, jeść, witać się i żegnać, poszło do żłobka i polubiło ludzi innych niż mama. Zafascynowały go maszyny typu traktor i koparka, nosi rozmiar 92-98 (wkraczał w śpioszeczkach 74), buty i bluzy z kapturem. Udaje bociana, żabkę i karetkę. Co do mnie to… stałam się panią magister, poszłam na staż, do pracy, zapisałam się na egzamin z prawka i ogarnęłam się w znacznym stopniu. Jestem szczęśliwa, nie cierpię na chroniczne zmęczenie. Mamy plany. Jest super.

Dziś będziemy hucznie witać Nowy Rok, już 2011. Jedziemy w 16 osób (w tym 3 maluchów: Feliś, Staś i Helenka) do Czarnej Wody,niewielkiego miasteczka na Kociewiu. Tam wynajmujemy cały 6- pokojowy domek i bawimy się przyzwoicie, bo za ścianą będą spały nasze małe szczęścia. Dzieci to radość. Nie ma większego i głębszego sensu egzystencji niż rozmnażanie się. Wszystkie genderowe wariatki mogą mnie zjeść- nie dbam. Pisałam o literaturze feministycznej magisterkę, temat płci kultury jest mi znany i bliski. Uważam, że nasza kultura poprzez różnice w traktowaniu przez społeczeństwo (często tego nieświadome) ma w sobie dużo ułomności. A mimo to obstaję przy swojej tezie- dzieci to cel istnienia dorosłych. To dzieciom należy się kulturowa admiracja, skoro starzy nie potrafią dojść do żadnego konsensusu i tylko latają z jednej manifestacji na drugą, żądając zabronienia aborcji, dostępu do aborcji, praw dla gejów, praw dla hetero, praw dla psów i karpi, większych pensji, mniejszych pensji dla kogoś innego, dłuższych autostrad, krótszych autostrad (to ci, którzy mają zaszczyt mieszkać na trasie budowy…), zamknięcia zakładu, otwarcia, inwestycji, w celu poparcia dla poparcia kogoś tam itd, itp. Życzę wszystkim rodzicom z okazji Nowego Roku, żeby ich dzieci potrafiły zająć się na dłużej jedzeniem jogurtu, tak jak moje, dzięki czemu mogę pisać bloga. Życzę wszystkim nie-rodzicom, żeby zdążyli zwiedzić kawał świata i byli szczęśliwymi, spełnionymi ludźmi, zanim wezmą się za robienie dzieci. A dzieciom życzę duuuużo mamy i taty. No to pa! Do zobaczenia w roku 2011.

Sanki

Sanki to temat ideologiczny. Biologiczny, psychologiczny i egzystencjonalny. Nie wystarczy absolutnie powiedzieć, że dziecko jeździ na saneczkach zimą, gdy sytuacja wygląda następująco- codzienne wyprawy i powroty z półtorarocznym malcem to nie odskocznia a mus. Żłobek mamy półtora dzielnicy od siebie. Aktualnie pogoda w Gdańsku wygląda tak, że śniegu jest dość dużo. Samochody łamią podwozia na zmrożonych bryłach, którymi usiane są parkingi i osiedlowe ,,drogi”, odśnieżarka gładzi lodowe góry, z czego one sobie nic nie robią, a mróz powoduje,że zamarza momentalnie oddech, każde wypowiedziane słowo. Jest na prawdę ciężko. Jakiś czas temu, gdy zapłakana z wysiłku (niesienie brzdąca w kombinezonie łącznie prawie kilometr, nieporęczne toto w tych fałdach z polaru i skaju, a wierzga się i piszczy kiedy tylko może, czyli w sumie ciągle; walka o wejście do tramwaju i wolne siedzenie dla matki z dzieckiem, ale o tym jeszcze napomknę) przewalałam internet w poszukiwaniu sanek w Gdańsku, dotarła do mnie smutna prawda- w całym Trójmieście sanki są wyprzedane, mnie pozostaje zamawiać i czekać, a w międzyczasie zdechnąć albo szukać innych źródeł. No i znalazłam… Moja mama kupiła sanki w żelaznym sklepie u siebie na wsi i nawet nie kazała oddawać kasy. Sanki zmieniły jakość naszego życia. Wkrótce ciocia Kasia (narzeczona mojego brata) zapytała, o czym pod choinką marzy nasz syn. A że podczas poszukiwań sanek, natrafiłam na towar typu śpiworek na sanki dla dziecka, sama zdecydowałam, o zcym toto marzy. No i okazało się, że marzyło, bo śpiworkiem jest zachwycone. Teraz jedynym problemem są nierówności w zaspach. Marcin bierze sanki na ręce i przenosi, czasem kilkanaście metrów, co daje obraz tego, jak wygląda centrum miasta w Unii Europejskiej zimą. Ale ja nie daję sobie z tym rady. Skutkiem tej mojej niepełnosprawności, mającej genezę w mej wadze (52) i wzroście (1,63) jest fakt, iż maluch często wypada z sanek, ma przymusowe gwałtowne hamowanie lub wędrówkę okrężną drogą. Każdy powrót ze żłobka z Feliksem o tej porze roku i w tych warunkach skłania mnie do przemyśleń nad losem świata. Nad wyższością społeczeństw pierwotnych wobec naszej zachodnioeuropejskiej kultury. Nie masz samochodu, a masz dziecko- patrzą na ciebie z politowaniem, z niechęcią, czasem ze współczuciem. Masz samochód- grzęźniesz w śniegu i klniesz, na czym świat stoi, a twoje przypięte do fotelika dziecko płacze z zimna, ze zmęczenia, z bezsilności- bo udziela mu się nastrój sfrustrowanego rodzica i NIC nie może zrobić. NIC.

Dziecko na sankach, którego matka udaje konia, bo to wesołe, może np. nie piszczeć i to bardzo pomaga. Może mruknąć w swoim zasmarkaniu ,,tak”, gdy mama u kresu sił pyta : ,,lubisz swój śpiworek?”, aby go nieco przerzucić na inne tory, kiedy widzi, że zaczyna się najgorsze- znudzenie. Mój mały nie marznie w swoim śpiworku, gdy go wyjmuję, jest cieplutki, mięciutki i suchy, bo śpiworek solidny, nieprzemakalny, gruuuby i ładny. Dziecko na sankach cieszy się, gdy lata w kosmos (raczej z tatą, a z mamą tylko w ekstremalnych przypadkach) i to sprawia, że przestaje się myśleć o palącej potrzebie zrobienia prawa jazdy i kupna samochodu. A propos, na 10.01 mam wyznaczony pierwszy termin egzaminu, nie liczę na cud, ale przynajmniej coś robię w TYM kierunku.

Każdy powrót ze żłobka to dla mnie okazja do dokonywania obserwacji psychologicznych. Powala mnie, jak stereotypowe jest myślenie ludzkie. Niegdyś narzekałam, że współpasażerowie nie rzucają mi się na pomoc, gdy pakuję się z wózkiem. Ale zmieniam zdanie w 100 %ach- kobieta z wózkiem traktowana jest jak królowa w porównaniu z tym, co musi przejść (a i dosłownie…) kobieta z sankami. Sanki na ogół kojarzą się z tym fajnym zimowym sportem, z przyjemnością. Rzadko kiedy są one utożsamiane z obowiązkiem, chociaż to oczywiste, że zimą zastępują (bo muszą) zniesławiony we wszelkiej maści feministyczno- macierzyńskich felietonach wózek. Zatem, gdy pakuję się do zapchanego tramwaju,nawet nie liczę, że ktoś mi pomoże, chociaż jest mi nawet trudniej niż z wózkiem- pod jedną pachą mam dziecko, pod drugą sanki, nie starcza mi już kondycji błędnika na utrzymywanie równowagi, nie widzę zupełnie co jest przede mną. Ustąpić miejsca? A po co? Nie szkodzi, podchodzę do siedzenia i tonem nie znoszącym sprzeciwu ,,proszę” o zwolnienie miejsca. Po drodze tramwaj trochę gubi pasażerów, więc wychodzenie nie jest już aż taką katorgą. W każdym razie, o ile pomoc przy wózku często ktoś tam jednak deklaruje, o tyle przy sankach nie- zdarzyła mi się jeden raz taka miła niespodzianka, byłam w takim szoku, że odmówiłam. Następnym razem się ogarnę w porę, jeśli się oczywiście następny raz zdarzy.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie opisała tego, co miłe. Siedzimy z Felisiem w tramwaju (nie ma opcji, żebyśmy nie siedzieli- sorry,ale nie ma opcji) i patrzymy przez okienko. Co jakiś czas Feliks chce a)pochodzić sobie po tramwaju b) usiąść gdzieś indziej c) siedzieć ,,siam”, a więc spycha mamę d) robić coś jeszcze innego, co zagraża bezpieczeństwu lub jest niemożliwe. Mówię mu: ,,Posłuchaj, bo mama ci coś powie (magiczny zwrot- nie zdarzyło się, by Feliks nie zareagował na to natychmiastowym uspokojeniem się). Posłuchaj, mama mówi- tramwaj jedzie i ma za mało krzesełek. Zobacz. Nie wszyscy siedzą, a bardzo by chcieli. Musimy się cieszyć, że siedzimy, a nie wstawać”. Efekt- siedzi na dupie. ,,Posłuchaj, mama mówi. Po tramwaju można chodzić tylko, gdy jest nasz przystanek i będziemy wychodzić. Inaczej można zrobić ała, bo się przewrócimy i wypadniemy z tramwaju.”. Efekt: siedzi, a gdy widzi jakiegoś delikwenta wędrującego po pojeździe, krzyczy ze współczuciem lub oburzeniem: ,,ała, ała!”, na co słyszy: ,,Posłuchaj, Feliks, bo mama ci coś powie.Pan szuka krzesełka. My mamy i nie musimy chodzić”. Mina mojego dziecka zdradza wówczas autentyczne zadowolenie z faktu, że się udało- siedzimy. Odwraca się w naszą stronę starszy pan i mówi: ,,Podziwiam panią. Rodzicom tak często brakuje cierpliwości. Na prawdę panią podziwiam”. I czuję pod puchową kurtką, jak ze skostniałych ramion wyrastają mi skrzydła.

Infekcje wszechobecne

No cześć. Długo mnie tu nie było, bo nie chciałam was zamęczać narzekaniem, a tak się składało, że było na co. Przede wszystkim od ponad tygodnia kolektywnie chorujemy. U malucha przybiera to oczywiście najbardziej niepokojące formy. Zaliczyliśmy już lekarza, nieobecności w pracy, ciężkie czasy w trakcie kurowania u babci (pogoda tragiczna, ja muszę chodzić do pracy, a maluch niezbyt kwalifikował się do żłobka), która też była chora, ryki, piski, problemy ze snem u całej rodziny. Wymioty, biegunki, zapalenie zatok, zaropiałe do granic przyzwoitości oczy, katar, kaszel, alergie i depresja. To ostatnie zwłaszcza u mnie. W międzyczasie byłam nawet na jednej rozmowie kwalifikacyjnej, żeby nie wypaść z wprawy, więc jak widzicie na prawdę nastrój i okoliczności nie sprzyjają radosnym macierzyńskim wywodom!

Jedno fajne: zostałam doceniona! Piszę dodatkowo płatne (i to dość satysfakcjonująco…) artykuły na ,,mój” portal ślubny!!!! Moja szefowa i jednocześnie redaktorka naczelna portalu pozwoliła mi na próbę, żebym się odczepiła, napisać jakiś artykulik, co od razu tego samego dnia uczyniłam. Efekt? Szefowa rozpłynęła się w pochwałach, mam pisać, pisać, pisać! Mogę sama nawet tematy wymyślać, chociaż gotowe też czasami dostanę. Podreperuję budżet no i będę robić to, co umiem, co kocham, w czym się realizuję! Pisanie na dowolny temat to właściwie jedyna czynność, która jest w 100 %-ach MOJA. Pisałam już o weselu na Mazurach i w górach, dzisiaj machnęłam najnowsze trendy w sukniach ślubnych. Myślę,że Rozalia (jestem z szefową po imieniu, jednak prawdziwego nie podam…) jest gotowa zrezygnować nawet z usług firmy, która jej pisała dotychczas, zamierzam udowodnić, że tak będzie lepiej, bo ja piszę lepiej. Tu akurat nie mam kompleksów i nie będę udawać, że jest inaczej.

Wczoraj byłam z Marcinkiem na imprezie urodzinowej naszej przyjaciółki. Fajnie się tak spotkać, jednak ze względu na pogodę (mróz niemiłosierny) oraz ogólny nieżyt (nosa i wszystkiego innego) ciężko było mi czerpać pełnymi garściami z dobrodziejstw wynikających z przebywania w doborowym towarzystwie. Marcinek był trochę naburmuszony, bo wyznaczyłam mu dość radykalny limit, jeśli chodzi o piwo i go nie przekroczył, bo schowałam portfel. Boże, jak to brzmi. Niezłe czasy nadeszły, nie ma co. Kiedyś łoiliśmy razem i bez limitu, teraz mnie przypadła ta superwdzięczna rola WYZNACZAJĄCEJ i dodatku egzekwującej- masakra… No ale niestety, w domu spało dziecko pod opieką innej przyjaciółki (opiewanej już cioci Justyny), dziecko, którym na drugi dzień trzeba się było zająć. Ponadto święta za pasem, kasy nie ma, a jeszcze nawet wszystkie prezenty nie są kupione. Nie wspominam nawet o niezapłaconych rachunkach za 3 telefony, których to realizację każde piwo kupione w knajpie odwleka na Bóg wie kiedy. Tylko czemu ja się tym martwię, skoro to wspólne rzeczy? Ehhh…. Nie mam pretensji, bo jestem w stanie to utrzymać w ryzach, powinnam być z siebie dumna. Niby jestem, bo jakoś to się kręci w dużej mierze dzięki mnie, niemniej jednak wczoraj było mi na prawdę głupio, że muszę się uciekać do takich sposobów. Beznadzieja?

Feliks nie mógł dziś usnąć po południu. 3 godziny płaczu, szantażu, jedzenia zimnego, starego obiadu, picia, wylewania, piszczenia i wołania. Jestem wykończona. W końcu zasnął jakieś pół godz.temu, ale co to będzie wieczorem? Obudzi się o 18, a o 19 go położę i będzie to samo? Może już w ogóle go nie kłaść za dnia, jeśli to dla niego taka trauma? Nie mam pojęcia, co z nim robić, fakt faktem, że odkąd nie dziumdzia smoczka sen w ciągu dnia jest w tym domu raczej nerwowym tematem. Nie zawsze, bo np. wczoraj usnął bez większych (!) ceregieli, a i w żłobku podobno najczęściej jest ok. No i już nie wiem, kończę, bo muszę zrobić aniołka. Życie…!