Miesięczne archiwum: Styczeń 2011

Co tak pięknie pachnie?

Zadałam to pytanie, wchodząc do kuchni, w której Marcinek akurat robił obiad. Po sekundzie uzmysłowiłam sobie: ,,Czuję zapach!!”. Odruchowo zapytałam, nie myśląc o tym, że już ponad 1,5 tygodnia nie czułam absolutnie żadnego zapachu, ani aromatu, ani smrodu. Feliks musiał przychodzić i meldować z rozbrajającą szczerością: ,,kupa”, gdy już pielucha zaczynała mu ciążyć… Ani potraw, ani kosmetyków, ani ziemi w czasie odwilży. A tu proszę- nagle, po prostu poczułam lazanię. Znak, że już bezdyskusyjnie zdrowieję. Owszem, wciąż nie wyobrażam sobie dnia bez przynajmniej 1 dawki środka przeciwbólowego (boli mnie cała lewa strona mojej zmaltretowanej twarzoczaszki), ale chodzę, śmieję się i … ziewam. A wcześniej ziewanie rozdzierało mi mózg na części!!
Piękny weekend za nami. Słońce świeciło, mogliśmy pójść sobie całą rodzinką na dwórek, na plac zabaw, porobić zdjęcia. Dzisiaj, gdy wracaliśmy z nadmorskiego parku, Feliks, wylatany i wymrożony na zjeżdżalniach, a w wózeczku opatulony kocykiem… zasnął! Boże, ja nie pamiętam, kiedy to spało na spacerze. W ogóle, kiedy to było we wózku, bo raczej z przyczyn logistyczno- technicznych nie używamy go na razie. A tu proszę- tak się musiał synuś dobrze czuć, że po prostu uciął sobie drzemkę. Zdążyliśmy dzięki temu jeszcze bez problemów zrobić zakupy, normalnie to sklepy raczej omijamy, gdy pod opieką mamy nasze słoneczko. I to nie dlatego, że szantażuje i histeryzuje, byśmy mu coś kupili- o nie, jemu takie zachowania są całkowicie obce. Feliś po prostu nienawidzi zakupów. Nudzi się, meczy go nerwowa atmosfera przy kasach i półkach sklepowych. Być może wyczuwa napięcie rodziców, bo my również – szczególnie ja- nie przepadamy za zakupowym klimatem. Jeszcze pół biedy, gdy za piątaka można wziąć takie specjalne auto wyposażone w koszyk na zakupy, w którym maluch siedzi i robi ijo ijo przez CB radio. Ale dziś nie mieliśmy nawet gotówki na takie atrakcje, więc ucieszyliśmy się, że rybka przespała newralgiczny moment. Ucieszyliśmy się jeszcze bardziej, gdy po przyjściu do domku i położeniu rybki do łóżeczka, zasnęła ona snem kamiennym na kolejne 2 godziny z hakiem. Byłam w szoku, bo takie coś to w ogóle nigdy się nie zdarzyło, żeby po śnie spacerkowym, nasze małe przedłużyło go sobie jeszcze w domku. A dziś- niespodzianka! W dodatku taka, dzięki której sami pospaliśmy…
W domu od jakiegoś czasu nie zakładamy już synkowi pampersów. Lata w gołej dupie, gdy jest cieplej albo w tetrówce i spodenkach, gdy wyczuwamy chłodek. Wczoraj nie było sukcesu, kilka par majtek zasikanych (i nie tylko, bo jeszcze nie wiedzieć skąd przyplątało się chłopcu jakieś krótkie rozwolnienie), podłoga umyta kilkakrotnie. Dzisiaj maluch przez kilka godzin nie chciał zrobić siusiu, wstrzymywał na siłę, bo obraził się na nocnik. Gdy zobaczyłam, że popuszcza i przebiera nogami siedząc w kartonie razem z klockami, wzięłam go i mimo silnych protestów, posadziłam na nocnik. Wrzask, ale zabroniłam wstawać, póki się nie zsika, bo bałam się o jego pęcherz- wstrzymywanie nie jest chyba ok. No i w końcu- hurra! Należne pochwały skarbuś odebrał z ogromną dumą. Tak wielką, że za 15 min, gdy znów mu się zachciało, leciał z 2 metry z popuszczającym pindlem, by tylko zdążyć… Uff, udało się, 3 ostatnie kropelki wpadły do nocnika. oj, brawo, brawo, jaki mądry duży chłopiec. Nie minęło znowu z 10 min i Feliksik złapał się za tę megaodpowiedzialną część (a raczej cząstkę, jak na razie…) i oznajmił: ,,siusiu”. Mama na to: ,,No to już na nocnik”. Feliś poszedł, usiadł, zrobił i zawołał ponownie: ,,siusiu”, co miało znaczyć, że robota skończona. Rodzice rozpłynęli się w zachwycie, wylali siusiu, umyli nocnik i wytarli to, co do niego nie dało rady trafić. No cóż, początki są trudne, ale jesteśmy- jak zawsze- dobrej myśli!

Zaszczepić się

Napisała dziś do mnie koleżanka ze studiów, która niedawno urodziła Uleńkę. Koleżanka owa była w kropce i postanowiła się mnie poradzić (jako nieco bardziej doświadczonej mamy- wszak mój chłop w tym roku skończy już 2 lata!) w kwestii szczepionek. Czy kupować, czy brać te refundowane? ,,A co z pneumokokami i rotawirusami?”- zakończyła maila młoda mama. Trudno się dziwić, obecnie decyzja nie może być dobra. Wszędzie delikatnie sugerują, że jeśli nie wykupisz szczepionek, bezwstydny rodzicu, to znaczy, że dziecka nie kochasz, bo narażasz je na ból przy milionie wkłuć i okropne powikłania, a skoro żal ci tych paru stów, to tchnie patologią! Na co chcesz wydawać, jeśli nie na komfort i zdrowie własnego dziecka? Pamiętam ten dylemat, gdy mały był mały. I złowrogie spojrzenia, a czasem i słowa ludzi, którym ośmieliliśmy się powiedzieć prosto w oczy: ,,NIE BIERZEMY PŁATNYCH SZCZEPIONEK”. Dlaczego? Dobre pytanie. Dlaczego? Teraz o tym myślę. Cofam się wstecz do dnia, w którym odwiedziła nas pani doktor obejrzeć nowe dziecko na dzielni. Feliks miał tydzień, a już biły się o niego koncerny, drukując kalendarze ze świnkami na huśtawce i plakaty z hospitalizowanymi bobasami pod kroplówką- ,,Nie pozwól by twoje dziecko spotkał taki los!”. Coś jest takiego we mnie, że gdy widzę jakąkolwiek reklamę, najpierw nastawiam się na NIE wobec promowanego produktu i muszę przemyśleć, przeanalizować wszelkie za i przeciw, pogadać z bliskimi albo kompetentnymi osobami. Jeśli chodzi o szczepionki, to wspólnie z Marcinkiem na wstępie zadecydowaliśmy tak, a nie inaczej. Żaden potentat farmaceutyczny nie będzie żerował na moich uczuciach do dziecka. Nikt mi nie wmówi, że skoro nie ulegam świni na huśtawce, to go nie kocham. Co odpisałam koleżance? Że nie lubię dawać rad, ale chętnie podzielę się swoim doświadczeniem- wiadomo, dziecko szczepionek nie lubi, ale nie sądzę, by nagle miało je pokochać tylko dlatego, że rodzice dali za jedną z nich 200 zł. Że tylko raz, gdy nasz synuś miał 16 miesięcy, zaniepokoiła nas jego reakcja, bo wymiotował po szczepionce pół nocy. Wcześniej, gdy był malusi jak Ulcia, wszystko znosił potulnie i bez sensacji. A zaszczepiony jest tak, jak byłby i po tych… jak one się nazywają… skojarzonych(?).
Pneumokoki i rotawirusy- nie neguję ich istnienia, aczkolwiek nie wyczuwałam ani przez chwilę zagrożenia z ich strony. Karmiłam dziecko piersią i dbałam o nie. Przez półtora roku swojego życia było z mamą niemal cały czas, nie zajmowały się nim osoby z zewnątrz, obce, o niewiadomych warunkach lokalowych. Wiedziałam, co je. W przypadku Felcia to wystarczyło, bo rzeczywiście- przez długi czas był okazem zdrowia. Trochę się pogorszyło, gdy poszedł do żłobka, ale mam na myśli katarki, kaszelki, zaropiałe oczki,a nie tragedie, o których trąbią w reklamach szczepionek. Stąd uważam, że należy się zaszczepić przede wszystkim przeciwko manipulowaniu firm nastawionych na zysk- przecież to nie z troski o nasze bobasy wydają one miliony złotych na reklamę (a są wszędzie, nawet w książeczkach zdrowia dziecka)- musi się im to zwracać i to wielokrotnie.
Historia z gerberkami, o których już tu pisałam i na pewno większość młodych rodziców słyszała o tym skandalu z mediów, jest bardzo podobna. Wszystko super i proste- kochasz dziecko? Kupuj mu słoiczki bo tylko tak zapewnisz mu lepszy start w przyszłość, zdrowie, powodzenie, intelekt i urodę. Jeśli nie kupujesz- oj, oj, już światowy koncern od robienia kasy kiwa paluszkiem na niesforną mamę stojącą w fartuszku przy garnuszku z marchewką z rynku! Co do mnie, uważam, że nie ma większej zależności między miłością a sposobem karmienia dziecka (no chyba że podaje się mu alkohol i narkotyki…) natomiast odwoływanie się do uczuć w reklamach powinno być karalne. Dlatego wszystkim rodzicom życzę niezależności w myśleniu. Zaszczepić się! Nie ma innego wyjścia.

Na kanapie bez zmian

Wszystkim, którym udało się dotrzeć do mojego nowego bloga, skomentować to i owo oraz przez telefon lub fejsa zapewnić, że zmiana adresu nie oznacza zerwania czytelniczych relacji, na prawdę dziękuję z serca. Teraz jestem w domu, bo w pracy jakoś się nie widzę, obolałej do granic wytrzymania, zagorączkowanej i obłożonej lekami. Kolega dał dziś nowy pomysł, mówił, że jemu pomagało na zatoki- okłady z kapusty na głowie… Cóż, jeśli się nie sprawdzi, to zawsze można zrobić bigos. Wbrew moim proekologicznym poglądom, nie jestem przekonana do medycyny naturalnej. Być może dlatego, że kiepsko znoszę ból i wolę nafaszerować się chemią niż eksperymentować z ziółkami w chwilach kryzysu. Generalnie nie narzekam na zdrowie, choruję nader rzadko, ciąża i poród nie pozostawiły po sobie żadnej traumy, bo czułam się ogólnie dobrze. Jeśli mam porównywać 3 godz. bolesnych porodowych skurczy z ciągnącym się już szósty dzień obezwładniającym bólem kości czaszki, to sorry, ale powiem wprost, że poród to pikuś.Najgorsze, że nic nie pomaga. Na krótko- wspomniany już eferalgan. Ale nic poza tym. Dlatego dziś spróbuję z tą kapustą, jestem już poważnie zdeterminowana.
Nie wiem, jak będzie z moją pracą. Mam umowę zlecenie, za opuszczone dni nie przysługuje mi wypłata, ale chociaż bardzo bym chciała, nie mogę iść w takim stanie do pracy. Wszystko mi obojętnieje. Już właściwie nie myślę o możliwości rozwijania się w moim brzuchu nowego mistrza. Najważniejsze, żeby poduszki się dobrze układały na kanapie i żeby w porę zorientować się, że zbliża się kichnięcie, aby przygotować się na urwanie twarzy. Ale co ja będę narzekać!! Są większe problemy. Np. moje zakatarzone dziecko. Wczoraj nie mógł bidulek zasnąć za dnia, ciągle się budził z powodu kaszlu i ogólnego zasmarkania. A że ostatnio sypia z plastikowym białym konikiem z duplo, również jego wypadnięcie z łóżeczka uniemożliwia skuteczny wypoczynek. Leżymy z Marcinkiem w naszym ,,salonie”, czekając, aż w sypialni ucichnie, żebyśmy też mogli się zdrzemnąć. W pewnym momencie słyszymy złowróżbny dźwięk upadającego na drewnianą podłogę kawałka plastiku. Bo już wiadomo, co to oznacza: trzeba wstać, pójść, podnieść i podać. Jak zwykle, i teraz intuicja nas nie zmyliła. Po krótkiej chwili do naszych uszu dobiegł spazmatyczny szloch i hasło, na które dreszcz grozy przebiega po kręgosłupie każdego kochającego, acz wykończonego rodzica: ,,KONIKA NIE MA!!!!!!!” Tak, to nasz syn, zorientowawszy się w sytuacji, tak pięknie, choć z ogromnym ładunkiem emocjonalnym, oznajmił, że oto brakuje mu jednego z elementów potrzebnych w danej chwili do szczęścia. A mama idzie zadowolona, że dwudziesto-, zaledwie, -miesięczny smyk, tak poprawnie skomentował rzeczywistość i nawet użył wyrazu konik w dopełniaczu, bo to już przecież wyższa szkoła jazdy! No więc, jest i radość tej morderczej zimy, jest i duma, a najważniejsze, żeby konik był.