O obiadku, który trwał 4 godziny…

… i zakończył się spektakularnym porzyganiem! Mieliśmy w końcu pretekst, żeby porządnie umyć podłogę. A tak poza tym, to był piękny dzień. Nigdy nie sądziłam, że można być tak szczęśliwym mając ostre zapalenie zatok, będąc na męczącej kuracji antybiotykowej i nie wiedząc, czy jest się w ciąży, czy nie! A jednak- można. Wszystko dlatego, że w końcu, po długiej przerwie mogłam cały dzień spędzić z dwiema osóbkami, które ukochałam ponad wszystko na świecie. Owszem, do godz. mniej więcej 14 oboje z Marcinkiem byliśmy ledwo żywi- te cholerne zatoki mają to do siebie, że najbardziej bolą rano, a w naszym stadium ranek przedłuża się do popołudnia. Ale potem było już w porządku, szczególnie, że w końcu się odważyłam wziąć coś przeciwbólowego- najpierw zguglowałam oczywiście ,,eferalgan w ciąży”, aby ostatecznie utwierdzić się w przekonaniu, że potencjalnego dziecka nim nie zabiję.
O 14.00 obiad. Zrobiła nam go moja mama i wczoraj przywiozła w plastikowym pudełku. Cynaderki w sosie. I kolejne zdziwienie, bo ostatnio apetyt nie był moją najmocniejszą stroną, a jednak cynaderki zniknęły z mego talerza w ekspresowym tempie. Feliks odmówił przyjęcia posiłku, ale w tym domu, choć nie wiem, czy to wychowawcze, dziecko ma prawo odmawiać. Także decydować. W tym przypadku zadecydowało, że obiadek ma zostać na jego stoliku, a ono będzie sobie podjadać kiedy będzie chciało. Rodzice obolali i zasmarkani, więc im wszystko jedno. Efekt- maluch podjeżdżał na swoim brumbrumku do stolika, łapał za widelec, kęs do buzi i dalej jechał, np. do picia. Normalnie McDrive!
Tak to trwało i trwało aż w końcu ok. 16.15 zmusiłam chłopaków do pójścia na dwórek. Nie żeby to moje marzenie było, o nie. Ale chyba bym nie usnęła z wyrzutów sumienia, że zakatarzone alergicznie dziecko przez cały dzień siedziało z zatęchłym mieszkaniu. Zatęchłym, bo wszystkie w sezonie grzewczym można w ten sposób określić. Nie ważne, ile by się nawilżało i sprzątało, i tak jest sucho, duszno i ogólnie licho. Więc na dwór trzeba chodzić, nawet mimo stanu zdrowia nie znoszącego chłodu. Trudno, jak nie ma gorączki, nie ma i zwolnienia od dwórka. Chociaż na 40 minut i tak było także dzisiaj. Poszliśmy na pobliski plac zabaw i nie sądzę, by ktoś tego żałował. Mały rozbrykał się na zjeżdżalniach (a było już całkiem ciemno!), na górce, z której sobie zbiegał w najmniej oczekiwanych momentach, w ogromnej betonowej rurze, w której tak super robi się kuku. Przypomniało mi się nasze bajeczne lato, kiedy codziennie spędzaliśmy na ,,buja buja” co najmniej 2 godziny, kiedy byliśmy razem cały czas i chyba tego tak nie doceniałam, jak teraz. Wtedy bywało, że z komórką w ręku (kiedyś chyba mówiło się ,,z zegarkiem”?) odliczałam, kiedy broja położyć, bo chciałam zająć się jakimiś swoimi bardzo ważnymi sprawami. Bywało, że zamiast bawić się z synkiem, siedziałam na fejsie czy na naszej klasie, chociaż synek wcale nie spał. Dzisiaj chłonę każdą chwilkę, bo wiem, że jeszcze jeden taki dzień i znowu nie będziemy w komplecie. Maluch na 2 dni pojedzie do babci, potem przez 3 będzie uczęszczał na 9 godz. dziennie do żłobka, a my z Marcinkiem- każde do innej pracy. Gdy około 18 po południu, a właściwie pod wieczór, spotkamy się wszyscy w domku, zostanie nam godzina, żeby pobyć ze sobą, pobawić się, pogadać- i nasze najmniejsze idzie do łóżeczka. Są to chwile także piękne, ale inaczej- mamy z Marcinkiem trochę czasu tylko dla siebie. Brakuje mi jednak tych bezcennych momentów, kiedy jesteśmy w trójkę, jemy obiad, wygłupiamy się, oglądamy książeczki, brykamy na placu zabaw, nawet, gdy doskwiera ból zatok i koszmarny katar.

4 myśli nt. „O obiadku, który trwał 4 godziny…

  1. Dorota

    Marysiu trzymam kciuki żebyście szybko wrócili do zdrowia.. no i żeby dwie kreski zmieniły się w małą fasolkę i później małego człowieczka :)) . Wydaje mi się Feliks byłby zachwycony mając „dzidzie”, którą mógłby kochać i uczyć jak tu szybko zwiać mamie na placu zabaw, a Wy – jestem tego pewna – znowu sprawdzilibyście się w powierzonej Wam roli :) Dajcie nam znać jak już będzie wszystko wiadomo, trzeba będzie świętować.

    Odpowiedz
  2. Marysia Autor wpisu

    Dziękuję za miłe słowa:) Co do opiekuńczych tendencji Feliksa, to nie mam pewności:D Jak będzie co świętować, na pewno się dowiecie:):) :* Być może oprócz człowieczka będziemy też opijać (ja oczywiście kubusiem albo innym dr wittem) wywalenie mnie z roboty ;/ Na razie zdycham i zero poprawy:( Więc i humor lichy, i przewidywania na przyszłość ;>

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>