Miesięczne archiwum: Luty 2011

Ale za to będzie ciepło:)

Zaczyna być wesoło, Marcinek dostał dzisiaj wypowiedzenie z pracy, a ja oblałam egzamin na prawo jazdy. Pierwszy, więc nie ma tragedii, tym bardziej, iż wyjechałam z placu na miasto i przesiadłam się z egzaminatorem dopiero po prawie 20 minutach! Od początku coś burczał pod nosem, ale przeholowałam dopiero na jakimś głupim skrzyżowaniu. Co mnie jednak rzeczywiście nieco dekoncentrowało, to ten lód wiejący od człowieka, który siedział obok mnie! Wszyscy mnie ostrzegali przed nieludzką aurą, jaką egzaminatorzy mają obowiązek roztaczać wokół siebie podczas egzaminu, tak by maksymalnie zestresować nieszczęsnego egzaminowanego i sprawdzić jego odporność na niesprzyjające warunki, ale nie sądziłam, że to prawda! Niestraszne mi rękawy, znaki i mosty, natomiast osoba o zerowym poczuciu humoru, antypatyczna do granic i jeszcze tak odpychająco profesjonalna w tym wszystkim, totalnie nieczuła na urok osobisty, uśmiech i miłe ,,dzień dobry”, wyprowadziła mnie nieco z równowagi. Ale już wiem, jak to wygląda i następny raz będzie łatwiejszy, bo będę na to gotowa. Ha!
Gorzej z Marcinkiem, bo ta sytuacja nawet mnie, urodzoną optymistkę, nieco przerasta na dzisiaj. Jutro będzie na pewno lepiej. Mój mąż zacznie szukać pracy i ją znajdzie, prędzej czy później. Ale sam sposób, w jaki szef go potraktował, mimo, że wie, jak wygląda nasza rodzinna sielanka – sprawia, że narasta we mnie gniew!!! Mam ochotę donieść na niego do skarbówki albo gdziekolwiek, bo wiem, że mieliby co sprawdzać, chętnie podpiszę się nawet imieniem i nazwiskiem, ale obawiam się, że Marcin nie byłby zachwycony. Ma swój honor, ja jestem w takich momentach bardziej emocjonalna, bo muszę od razu coś zrobić, zemścić się, powiedzieć każdemu, jaki to cham stanął na naszej usianej różami dróżce. Marcinek mieli wszystko w sobie i niechętnie się zwierza z porażek. Ja natomiast nie uważam tego za porażkę tylko efekt natrafienia na człowieka o zaburzonym przepływie dobrej i złej energii. A raczej na takiego, który tej dobrej za dużo nie ma. Cóż, nie pozostaje nic innego jak wspierać się nawzajem, bo oboje nie czujemy się komfortowo- Marcin z oczywistych względów, a ja – no cóż- nawet jak staram się o tym nie myśleć, obawiam się o byt naszych maleństw, mimo, że racjonalnie rzecz ujmując, wiem, że wszystko się ułoży, choćby skały srały. Amen na ten temat.
Pointa tego wpisu jest taka, że muszę się na chwilę położyć, bo zachciało mi się rzygać. Przepraszam za słownictwo, ale jest ono podyktowane moim wzburzeniem oraz pewnymi elementami stanu fizycznego, np. ciążą. Która na domiar nieprzyjemnego, już trzeci dzień daje się we znaki, poganiając mnie do łazienki i powodując częste omdlenia. A co fajne- już widać zalążek brzuszka. Dziwne, bo Feliks ,,pokazał się” dopiero jakieś 5 miesięcy przed porodem, ale czytałam, iż z reguły każda kolejna ciąża jest widoczna wcześniej. Tak więc, kochani, mogę pozować do natchnionych zdjęć w koszuli męża i z ręcznikiem na głowie, a wy podziwiajcie je na fejsie i trzymajcie za nas kciuki:) Ja też za Was trzymam, bo każdy (!!!) zawsze jest w takim momencie życia, że warto trzymać za niego kciuki oraz jest czego mu gratulować. A teraz- na kanapę!

Kolejny wielki mały cud na horyzoncie

Moja przyjaciółka Kasia, która tak aktywnie komentuje moje blogowe wyznania, urodziła dziś rano synka Wincentego. Mróz jak cholera, mi zamarzły frędzle w chuście, noski buraczane, a przez to WSZYSTKO jakoś od razu i cieplej się zrobiło, i wiosny bliżej. Co prawda nie znam zbyt wielu szczegółów w kwestii nowego Cudu na świecie, wiem, że przyszedł na świat poprzez cesarskie cięcie, więc serce pęka mi ze współczucia biednej Kasi, ale jak zobaczyłam JEGO zdjęcie na fejsie (dumny tata podzielił się natychmiast jak wrócił do domu), od razu mu wybaczyłam ten afront względem własnej mamy. Cóż, zostało trzymać kciuki za całą rodzinkę, a szczególnie za obolałą mamusię, bo to ona teraz biedna odpowiada za funkcjonowanie gromadki, a na pewno sił za dużo nie ma. Oby wróciły!
Wczoraj mieliśmy gości. Młode małżeństwo, któremu na ślubie świadkował mój Marcinek oraz wspólny kolega chłopaków. Co, którzy mogli, testowali samorobny cydr mojego męża, ja należałam do tej bardzo nielicznej, bo przy szczegółowych obliczeniach dwuosobowej grupy, która niestety nie mogła. Zażerałam się ultrazdrowymi lays’ami o smaku paprykowym. Wszedł temat dziecioróbstwa, chociaż na razie tylko my mamy się czym popisać. Agnieszka pyta, jak w mojej pracy, w związku z tym, że stan odmienny. Ja, że spoko, wszyscy mi sprzyjają, dostanę nawet zasiłek macierzyński, chociaż mam tylko umowę zlecenie. Aga- a co po zasiłku? Ja- postaram się coś pisać, bo do pracy nie pójdę, nim dziecko nie skończy roku. I tutaj okazało się, że moje podejście niekoniecznie spotyka się z całkowitym zrozumieniem. ,,DLACZEGO?”- uwielbiam to słowo. Niesie w sobie tyle ciekawości, otwartości na nowe, nieznane, dziwne, obce, a jednocześnie dla mnie z reguły stanowi żelazną bramę nastroszoną kolcami, zamkniętą na cztery zamki pod prądem. A przecież w tym kontekście nie mogę powiedzieć po prostu: ,,Nie wiem- tak sobie.”.Nie godzi się. Sprawa jest głęboka, zasługuje na wyjaśnienia. Dlaczego nie chcę po bożemu po prostu ,,zrobić czegoś z dzieckiem” i jak każdy normalny człowiek iść do pracy i zarabiać pieniądze, wszak dziecko generuje koszty? Pomyślałam chwilę, nim otworzyłam buzię. Trzeba to zrobić delikatnie, bezboleśnie, Agnieszka nie ma dzieci, ale nie mogę jej zrobić z tego powodu nieopatrznie jakiegoś wyrzutu. Zaczynam ostrożnie: ,,Bo mam już jedno dziecko i wiem, co by to znaczyło, gdybym je zostawiła, kiedy jeszcze nie umiało się komunikować, jego tryb życia był nieregularny a żywieniowe upodobania dziwaczne”. Chciałam uniknąć banalnego stwierdzenia, że taka decyzja wynika z miłości do dziecka. Co by to znaczyło dla mam, które MUSZĄ zostawić 22-tygodniowego oseska, bez mała, i ruszyć do biura, sklepu, szkoły, fabryki? Że nie kochają dziecka?! Nigdy nie odważyłabym się na takie stwierdzenie. Takim mamom z całego serca współczuję, doskonale wiem, że są w życiu takie sytuacje, gdy trzeba zacisnąć zęby. Ja dziękuję Bogu, że tych zębów aż tak zaciskać nie muszę. I prawdopodobnie będę mogła pozwolić sobie na to, by być blisko istotki, która MNIE potrzebuje najbardziej na świecie, nie będę musiała jej tego odmawiać przez ten przesadnie decydujący rok w jej życiu i narażać jej i siebie na przeżywanie dramatu. Bo jak byśmy nie oceniali, nie litowali się i nie krytykowali – rozstanie tak małego dziecka z mamą na tyle czasu dziennie to dramat. Fajnie, jak jest tata albo babcia, bo to są osoby, które kochają autentycznie i bezinteresownie, a nie za 8 zł na godz. Ale z oczywistych względów, jeśli kilkumiesięczny berbeć ląduje w żłobku albo pod skrzydłami niani, to znaczy, że żadna z tych bliskich osób nie ma możliwości z nim być. I tak niestety jest najczęściej.
Feliks poszedł do żłobka mając rok i pięć miesięcy, jeśli pamiętacie moje rozżalone wpisy, było nam strasznie ciężko. Ale wiedziałam że jeśli będzie głodny, to powie. Jeśli będzie chciał pić, to sobie weźmie. Teraz jest w stanie zakomunikować wszystko, tak się rozgadało to moje moje. Po szpitalnych perypetiach zaczyna znowu przekonywać się do nocniczka. Lubi dzieci, szczególnie sympatią darzy kolegę Julka, do innych także mówi po imieniu, nad czym rozpływały się dziś w zachwytach żłobkowe ciocie. Ucywilizował się. O jakiej cywilizacji można mówić, mając na myśli serdelkę w zmechaconych śpioszkach? Która nie pójdzie w kąt, gdy się obrazi, nie powie :,,spać”, gdy zbiera się na drzemkę, nie poczęstuje się herbatnikiem, gdy ma na to ochotę? Która jest tak przerażająco zależna… Jednak optuję, by w tych ciężkich momentach podległości, z dzieckiem był ktoś, kto je bezwarunkowo kocha, szanuje, akceptuje – tak, by miało siłę postawić się trudniejszej rzeczywistości, kiedy nóżki, język, łapki i inne elementy istnienia będą pod większą kontrolą.

Feliksik na temat dzidzi

Po pierwsze: wszystko szybko się zmienia, dlatego ostatnio znowu często piszę. Może za często, ale korzystam z tego, że mam humor i zapał do pisania. Dzisiaj postanowiłam delikatnie naprowadzić myśli naszego synka na temat dzidzi, która ma pojawić się w naszym domu na początku października. Tak, bo na USG znowu pokazała, że rośnie i ma się dobrze, serduszko bije w rytmie cza-cza całkiem solidnie, a i mama czuje się bardzo ciążowo. No więc postanowiłam zapytać:
– Feliksik, a chciałbyś mieć dzidzię w domku?
– Tak- odparł z przekonaniem nasz synek.
– A dasz dzidzi jakieś swoje zabawki?
– Nie.
– A ubranka?
– Nie.
– A łóżeczko?
– Nie.
– A co dasz dzidzi?
– Mmmmm- chwila zastanowienia- Brumbrum!
Wyczuwam fałsz, bo to przecież jego największy skarb, niemożliwe, żeby nie było żadnego haczyka w tym wyznaniu!
– I dzidzia będzie z tobą jeździć?
– Nie – uff, ulga, moje dziecko jednak rozumie pytania.
– A mama będzie się bawić z dzidzią?
– Nie.
– A tata?
– Nie.
– A z tobą?
– Tak.
Cóż, jedno jest pewne, Feliksik raczej rozumie, co się do niego mówi. Drugie też- niekoniecznie cieszy się z konkurenta do uczuć rodziców. Jest jeszcze za malutki, żeby mu tłumaczyć, jak to na prawdę jest. A jest tak, że nigdy nie będzie miał konkurencji. Podobnie jak to młodsze, które pływa w brzuszku. Każde będzie jedyne i wyjątkowe, kochane aż do kresu sił a nawet i bardziej. Na razie liczą się zabawki, ale to oczywiste, że rodzeństwo to najpiękniejszy prezent, jaki można ofiarować ukochanemu dziecku.
Marcinek jest z trójki i ja także, zatem żadne z nas nie wyobraża sobie innej opcji. Owszem, chcieliśmy troszkę większej przestrzeni czasowej między pierwszą rybką a drugą, ale skoro ma być tak, to niech będzie i świetnie. Zapowiadam świadomie, że w planach jest i trzecia. A na razie czule pożeramy wzrokiem wymiętolony świstek, na którym dumnie prezentuje się dwucentymetrowe (chyba nawet nie) życie. A to metrowe życie śpi mięciutko w swoim łóżeczku i jest ciepłe, słodkie, cudne. Idę w jego ślady, bo powieki mi ciążą!

PS. Tata nauczył dziś synka odpowiadać z dumą na pytanie ,,Jak się nazywasz?” Nasze dziecko przedstawia się zapalczywie: ,,Lelek Błok!”