Miesięczne archiwum: Marzec 2011

Szczypiorek

Chciałam na wieczór napisać, co mnie dzisiaj bardzo rozśmieszyło, rozczuliło i ponownie dało do myślenia. Robiłam sobie rano, jak każdego dnia, kanapki do pracy. Z serkiem topionym i szczypiorkiem, którym ostatnio z pasją się zajadam, chociaż wcześniej nigdy szczypiorku surowego nie jadłam… Czynność podpatrzył Feliks- ,,Mama chlebek lobi”- stwierdził rezolutnie i już jego śmiała łepetyna pojawiła się między moim sporym bebeszkiem i meblami kuchennymi. ,,A co to?”- pulchna łapka podkłada się pod krojący nóż. ,,Szczypiorek”- odpowiada mama z ulgą, bo udało jej się nie zrobić kanapki z małymi paluszkami. Maluch nadal się kręci, sugerując swoim spojrzeniem, że odpowiedź nie do końca go usatysfakcjonowała. ,,Chcesz kanapkę z serkiem i ze szczypiorkiem, taką, jak mama lubi?” – pytam, kombinując, jak się to pozbyć natręta, tym bardziej, że obok Marcin też walczy z jakimiś śniadaniowymi produktami i miejsca zrobiło się na prawdę niewiele. ,,TAK” – słyszę i ponownie odczuwam ulgę. Łapię za kawałek chlebka, smaruję, sypię szczypiorkiem. Feliks bierze zadowolony i kieruje się w stronę pokoju.
Tym czasem pakuję kanapki, jogurt, gruszkę, musli oraz babeczkę z lukrem made by moja mama do torby i idę poszukać telefonu, gdyż nieubłaganie zbliża się godzina zero. Patrzę, a mój synek grzecznie siedzi przy swoim stoliczku do jedzenia. Powstrzymałam łzy wzruszenia- jak to człowiek od najwcześniejszych swoich chwil walczy za wszelką cenę o normalność. Rodzice jedzą byle co i gdzie popadnie, często na leżąco, stołu jako takiego do jedzenia nawet nie posiadamy, a dziecko z zamiarem zjedzenia chlebka odsunie sobie krzesełko i usiądzie przy stoliku, bo tak ma być, chociaż właściwie nikt od niego tego nie wymaga. Chwila refleksji. Tylko chwila, bo mój wzrok wylądował na wydłubanym skrupulatnie szczypiorku, złożonym na drewnianym blaciku. ,,O! Znów nie doceniłam mojego syna!”- myślę sobie. I wtedy syn mnie zauważył. Z wyrzutem, ale i z uśmiechem, który prawdopodobnie miał oznaczać, że wybacza mi gafę, wskazał ostro paluszkiem na zieloną ozdobę stołu i krzyknął: ,,Co to jest???!!!”, wyraźnie jak nigdy. Ale mi się głupio zrobiło. Jak mogłam tak bezczelnie oszukać dziecko, proponując mu jako frykas te wstrętne witaminy i sole mineralne? Jak mogłam zdradzić się z brakiem którejś klepki i w żywe oczy kłamać, że to lubię? To właśnie zdawało się mówić spojrzenie Feliksika, który po wszystkim zlizał resztki topionego serka, a poszarpaną kromkę wrzucił do brodzika pod prysznicem. Mama pozbierała pognieciony szczypiorek i wyrzuciła do śmieci. A co tam! Właśnie przeczytałam, że w rodzinie francuskich weganów jedenastomiesięczne dziecko zostało zagłodzone na śmierć…

Spacerek na wiosennym przymrozku

Umówiliśmy się z Kasią i Piotrem, od lutego rodzicami Wincentego, na wiosenną przechadzkę po parku nieopodal naszego domu. Przez okno waliło słońce, a mając we wspomnieniach nieco cieplejsze ostatnie dni, myślałam, że jest na prawdę wiosennie, nawet podejrzewałam, że kwietniowo! Okazało się, że jest może z 0 stopni, słońce świeci, ale cała reszta pogody pozostawiała wiele do życzenia. Zmarzliśmy jak cholera, bo bez czapek i rękawiczek (Feliks w polarowym kapturku), za to w adidaskach i spodniach za kolano (Feliks w dodatkowych rajstopkach). Wicuś nie wyglądał na przemarzniętego, spał sobie słodko w swoim ślicznym jaskrawozielonym wózeczku pod kocami i w kombinezonku z uszami misia. Nie mogłam uwierzyć, że dzieci są aż takie małe… A przecież mój też ważył niecałe 3400, gdy przyszedł na świat. Dziwne, w ogóle tego nie pamiętam…
Świeżo upieczeni rodzice szybko się zmyli, maluch jeszcze przed pierwszym szczepieniem i obawiają się o jego zdrówko. Nawet nie podejrzewają, jak mają fajnie (jeszcze), że nie oponował, że godzi się z pokorą na wszystko- i spacer, i powrót są ok, byle nie było zimno i głodno. Przypomniałam sobie nasze pierwsze miesiące. Fakt, było lato, ale opór podobnie zerowy. A teraz? Ubrana w cieniutką katanę i rybaczki do podkolanówek musiałam, chcąc nie chcąc, obskoczyć wszystkie parkowe place zabaw. A musicie wiedzieć, że w naszym nadmorskim parku rekreacyjnym jest ich na prawdę sporo. W każdym inne atrakcje- a to drabina, a to opony, a to mostek, zjeżdżalnie albo chłopiec na stylowym rowerku. Szczękając zębami musiałam oczywiście wchodzić na te wszystkie instalacje, bo przecież niespełna dwuletniemu dziecku w momencie rozbrykania nie należy ufać, tym bardziej, gdy znajduje się 2 metry nad ziemią. I tak się dziwiłam swojej sprawności fizycznej, bo oprócz akrobacji na wąskich deskach musiałam wykazywać się też siłą (Feliksa lube zajęcie- udawanie, że się spada z wysokości wprost w objęcia mamy, zwłaszcza, gdy nie jest na to przygotowana) oraz refleksem. Nic to. W końcu nie wytrzymałam i postanowiłam wracać, a do domu jeszcze ponad pół godziny drogi. Capnęłam synka a ten oczywiście w ryk. Próbowałam mu wytłumaczyć, skąd taka decyzja (była to już jego pora spania, a na dziś jeszcze jesteśmy zaproszeni na obiad do mojego brata i jego narzeczonej Kasi), ale nie dało rady. Wyjątkowo dysponowałam wózkiem- wczoraj Marcina siostra dała nam swój po Maksiu, bo oni już nie używają, a nam może jeszcze się przydać – i nie musiałam ciągnąć rybki za łapkę po piasku ani nieść na opka, bo to by mnie chyba zabiło. W wózku- prawie 40 min. rzewnego płaczu. Nie poznawałam własnego dziecka. Nic nie pomagało, żadne gadanie, śpiewanie, pytanie, sprawdzanie. Chciał z powrotem na drabiny i basta. Uspokoił się dopiero, gdy 500 m przed naszym blokiem powiedziałam: ,,zobacz, zaraz będzie nasz domek!”. Feliks rozejrzał się uważnie, ale ,,naszego domku” jeszcze nie widział, więc udzielił mi słusznej reprymendy: ,,To nasz domek nie!”. Nastąpiła wówczas ok. dziesięciokrotna wymiana zdań typu: ,,No jeszcze nie jest nasz domek, ale zaraz będzie” – ,,To nasz domek nie!” itd. W końcu przed naszym domkiem, mówię przeszczęśliwa, że oto cel naszej podróży, na co słyszę: ,,To nasz domek nie” i odpowiadam: ,,Nie nasz domek? A czyj?” I riposta: ,,Pani”. Feliksik śmiał się z tego wyjątkowo udanego żartu, bo doskonale wiedział, że to właśnie jest NASZ DOMEK. Teraz śpi. Był już bardzo wymęczony i pewnie stąd ten płacz. Jak mniemam, z obiadu u rodziny nic nie wyjdzie, bo grzybek nie raczy się obudzić na czas. Ehh, uroki życia mamy. A tata dziś pracuje na jakiejś paradzie, ma nieść głowę któregoś ze sławnych Gdańszczan. Więc może się na obiad załapie, czego mu z serca życzę.
Jestem w ciąży i coraz bardziej boję się dnia pierwszego spaceru z noworodkiem i dwuipółlatkiem. Też już najcieplej nie będzie, a mojego terrorysty zapewne nie usatysfakcjonuje półgodzinny powolny spacerek wzdłuż drzew i z powrotem. Więc place zabaw. Latem je ubóstwiam – mały się bawi, a ja opalam. Ale przełom września i października? Masakra. Z dzieckiem karmionym piersią? Jeszcze większa. Feliś był karmiony na ławkach, na trawie i na plaży, nosiłam wydekoltowane koszulki i problemu nie było, spacery mogły trwać nawet kilka godzin. Nie umiem być mamą jesienią! Ani zimą! Nie umiem być mamą dwójki małych dzieci. Jestem przerażona ciepłym ubieraniem Felcia (trwa to trochę, wierzcie), a potem jeszcze nieruchawego noworodka, który z pewnością zesra się natychmiast po wbiciu w kombinezon (Feliś tak miał) i trzeba go będzie przebierać od nowa. W tym czasie pierworodny zgrzeje się, zwymiotuje i pobeczy. A po wszystkim trzeba będzie jeszcze zejść z 3 piętra. Takie to mam przemyślenia po spacerku, na którym z rozczuleniem oglądałam małego brunecika Wincentego. Jaki to spokojny, sielankowy, wzruszający widok – dzidziuś śpiący ze smoczkiem w maleńkiej buźce. Istotka stworzona do kochania. A sytuacja- tylko do pozazdroszczenia – młodzi, dumni małżonkowie zapraszają tych z nieco dłuższym rodzicielskim stażem, by podziwiali ich kruszynę. Z tego podziwu w domu mało nie popłakałam się ze strachu przed tym, co mnie czeka. Mimo wszystko jednak- Kasiu, dziękuję Ci za wyciągnięcie nas na spacerek. Wasz synek to sama słodycz :)

Wiosna

Dużo się dzieje, a u mnie ani czasu, ani siły, żeby pisać. Aktualnie Feliks po dłużej przerwie bawi u babci i dziadzi, więc w końcu mogliśmy z Marcinkiem pójść na spacer, pogadać bez hamowania się, ja zdążyłam napisać jeden płatny artykuł i jeszcze uderzam na blogu. Nie ma co, czasami taki oddech jest potrzebny. I wcale nie czuję się złą matką głosząc takie tezy. Nie czuję się złą matką także mimo tego, że w ostatnich dniach poprzewracały mi się hormony i czuję odwrót, jeśli chodzi o uczucie do mojego nienarodzonego potomstwa. Nie niepokoi mnie to, bo z Felciem było to samo właściwie przez 9 miesięcy- był ,,ciążą”, nie ,,dzieckiem” i tylko sporadycznie głaskałam brzuch i przemawiałam do niego (z zerowym przekonaniem co do sensu takich działań)- gdy akurat trafiłam na jakiś artykuł, z którego wynikało, że trzeba, bo wtedy dziecko urodzi się zdrowe i mądre. A ja nie chciałam chorego i głupiego, bo po co mi dodatkowe problemy.
Gdy opowiadam, kiedy nadeszła płomienna MIŁOŚĆ, nikt mi nie wierzy. Ludzie, a szczególnie bezdzietne koleżanki, czują się zażenowane moimi opowieściami, że gdy Feliks wyskoczył na świat, nie raczyłam na niego spojrzeć, bo zachwycił mnie mój ,,płaski” brzuch i wykrzyknęłam przez łzy wzruszenia do Marcinka: ,,Skarbie, patrz, nie jestem już w ciąży!!”, na co mąż: ,,Ale patrz, nasz synek!”. No to patrzę: różowe to, jędrne, śliskie i podobne do mojego taty. Nie interesował mnie aż tak. Chciałam iść się wykąpać i wysikać, ale położne mi zabroniły, że niby trzeba leżeć 2 godziny. Dały mi dziecko do karmienia. Szło opornie, ale nie przejęło mnie to. W ruch poszła komórka: wszystkich trzeba obdzwonić, żeby się pochwalić, że żyję. W tym czasie Marcin 2 godziny tulił i filmował synka, był nim totalnie oszołomiony.
Później bez stresu i robienia afer przystawiałam dzidziusia do piersi i przewijałam. Smarowałam oliwką po kąpaniu, troszczyłam się, by nie zmarzł. Próbowałam się w nim dopatrzeć istoty, która zmieniła właśnie moje życie i nie udawało się. Marcin przynosił mi słodycze, pielęgniarki krzyczały, że dziecko po nich będzie miało kolki, więc przemycałam je z sali odwiedzin, by nikt nie widział. Chciałam poczęstować czekoladą koleżankę z sali, ale nie chciała. Dlaczego ona bała się tych kolek a ja nie? Dlaczego wszystko robiłam tak czule, a i tak największą radość sprawiało mi oglądanie się w dużym łazienkowym szpitalnym lustrze z tym rozpierającym poczuciem szczęścia, że nie jestem już ciężarną kobietą?!
Po 2 dniach Feliś obudził się o 5 nad ranem i powiedział, że jest głodny. Pierwsze słońce (wcześniej chmury i chmury, żadnych atrakcji za oknem!) po porodzie przepchało się w końcu i złożyło swoje majowe promienie na twarz mojego dziecka. Wtedy zeszło na niego błogosławieństwo, tak sobie myślę, to musiała być jakaś łaska, coś, co go nie opuści już do końca życia. Spojrzałam na tę nasłonecznioną okrągłą buźkę i coś mnie trafiło. Coś paraliżującego, a jednocześnie, paradoksalnie, dającego ogromną siłę, obezwładniającego i dziwnego, sama nie potrafię tego określić. ,,Boże, jaki ON piękny”- wymamrotałam do siebie. W istocie, patrzyły na mnie dwa przeogromne, nienaturalnie wielkie oczęta, wystające poza linie czaszki, jak u żaby albo jakiegoś lori. Śliczna, proporcjonalna, idealnie okrąglutka łepetynka z delikatną czuprynką, gładziutka cera, równomiernie różowa, ale już widać było, że zapowiada się raczej śniady mężczyzna, usteczka malinowe, o tak całuśnym kształcie, że zaniemówiłam, jak słodkie może być takie stworzenie. Pokochałam go. Dopiero wtedy. I nie jest to dla mnie żadne tabu, tym bardziej, że od tej chwili moja miłość nie zbladła ani o jedną setną tonu, a wręcz przeciwnie.
Wracając do spraw bardziej aktualnych, nie martwi mnie to, że na razie nie czuję powalającej miłości do dzidzi w brzuchu. Wiem, że to nadejdzie, a póki co nie będę fałszywie rozpływać się nad tymi dziesięcioma centymetrami. Są mamy, które doświadczają łaski miłości do dziecka od pierwszej myśli o tym, że może by tak zrobić dzidziusia i nawet trochę im zazdroszczę, ale nie zamierzam na siłę teraz katować się czytaniem blogów takich osób ani sama siebie przekonywać. Nie ma we mnie destrukcyjnych inklinacji, nie czuję niechęci do tego dziecka. Staram się zdrowo odżywiać, korzystam z opieki lekarskiej. W ramach tej opieki postanowiłam, że już nigdy nie pójdę do baby, której powierzyłam kilka pierwszych tygodni mojej ciąży. Jest to wulgarna krowa i następna wizyta na pewno nie będzie u niej. Dzięki jej szerokim kompetencjom nadal nie znam dokładnego terminu porodu, pani doktor nie wie bowiem, czy rodzę 8.09, czy też 4 tygodnie później. A to jednak nie aż tak mała różnica. Dlatego zdecydowałam się już u niej nie pokazywać. Ale ja o czym innym… Chodzi mi o to, że jeśli są mamy, które mają podobne rozterki, jak ja, to chciałabym je pocieszyć, że są raczej normalne i nie muszą się martwić. Mój synek nie był zbyt adorowany jako człowiek, gdy przebywał w brzuszku, mało tego, nie rozkochał mnie w sobie od pierwszego wejrzenia! A teraz sami wiecie jak jest!