Spacerek na wiosennym przymrozku

Umówiliśmy się z Kasią i Piotrem, od lutego rodzicami Wincentego, na wiosenną przechadzkę po parku nieopodal naszego domu. Przez okno waliło słońce, a mając we wspomnieniach nieco cieplejsze ostatnie dni, myślałam, że jest na prawdę wiosennie, nawet podejrzewałam, że kwietniowo! Okazało się, że jest może z 0 stopni, słońce świeci, ale cała reszta pogody pozostawiała wiele do życzenia. Zmarzliśmy jak cholera, bo bez czapek i rękawiczek (Feliks w polarowym kapturku), za to w adidaskach i spodniach za kolano (Feliks w dodatkowych rajstopkach). Wicuś nie wyglądał na przemarzniętego, spał sobie słodko w swoim ślicznym jaskrawozielonym wózeczku pod kocami i w kombinezonku z uszami misia. Nie mogłam uwierzyć, że dzieci są aż takie małe… A przecież mój też ważył niecałe 3400, gdy przyszedł na świat. Dziwne, w ogóle tego nie pamiętam…
Świeżo upieczeni rodzice szybko się zmyli, maluch jeszcze przed pierwszym szczepieniem i obawiają się o jego zdrówko. Nawet nie podejrzewają, jak mają fajnie (jeszcze), że nie oponował, że godzi się z pokorą na wszystko- i spacer, i powrót są ok, byle nie było zimno i głodno. Przypomniałam sobie nasze pierwsze miesiące. Fakt, było lato, ale opór podobnie zerowy. A teraz? Ubrana w cieniutką katanę i rybaczki do podkolanówek musiałam, chcąc nie chcąc, obskoczyć wszystkie parkowe place zabaw. A musicie wiedzieć, że w naszym nadmorskim parku rekreacyjnym jest ich na prawdę sporo. W każdym inne atrakcje- a to drabina, a to opony, a to mostek, zjeżdżalnie albo chłopiec na stylowym rowerku. Szczękając zębami musiałam oczywiście wchodzić na te wszystkie instalacje, bo przecież niespełna dwuletniemu dziecku w momencie rozbrykania nie należy ufać, tym bardziej, gdy znajduje się 2 metry nad ziemią. I tak się dziwiłam swojej sprawności fizycznej, bo oprócz akrobacji na wąskich deskach musiałam wykazywać się też siłą (Feliksa lube zajęcie- udawanie, że się spada z wysokości wprost w objęcia mamy, zwłaszcza, gdy nie jest na to przygotowana) oraz refleksem. Nic to. W końcu nie wytrzymałam i postanowiłam wracać, a do domu jeszcze ponad pół godziny drogi. Capnęłam synka a ten oczywiście w ryk. Próbowałam mu wytłumaczyć, skąd taka decyzja (była to już jego pora spania, a na dziś jeszcze jesteśmy zaproszeni na obiad do mojego brata i jego narzeczonej Kasi), ale nie dało rady. Wyjątkowo dysponowałam wózkiem- wczoraj Marcina siostra dała nam swój po Maksiu, bo oni już nie używają, a nam może jeszcze się przydać – i nie musiałam ciągnąć rybki za łapkę po piasku ani nieść na opka, bo to by mnie chyba zabiło. W wózku- prawie 40 min. rzewnego płaczu. Nie poznawałam własnego dziecka. Nic nie pomagało, żadne gadanie, śpiewanie, pytanie, sprawdzanie. Chciał z powrotem na drabiny i basta. Uspokoił się dopiero, gdy 500 m przed naszym blokiem powiedziałam: ,,zobacz, zaraz będzie nasz domek!”. Feliks rozejrzał się uważnie, ale ,,naszego domku” jeszcze nie widział, więc udzielił mi słusznej reprymendy: ,,To nasz domek nie!”. Nastąpiła wówczas ok. dziesięciokrotna wymiana zdań typu: ,,No jeszcze nie jest nasz domek, ale zaraz będzie” – ,,To nasz domek nie!” itd. W końcu przed naszym domkiem, mówię przeszczęśliwa, że oto cel naszej podróży, na co słyszę: ,,To nasz domek nie” i odpowiadam: ,,Nie nasz domek? A czyj?” I riposta: ,,Pani”. Feliksik śmiał się z tego wyjątkowo udanego żartu, bo doskonale wiedział, że to właśnie jest NASZ DOMEK. Teraz śpi. Był już bardzo wymęczony i pewnie stąd ten płacz. Jak mniemam, z obiadu u rodziny nic nie wyjdzie, bo grzybek nie raczy się obudzić na czas. Ehh, uroki życia mamy. A tata dziś pracuje na jakiejś paradzie, ma nieść głowę któregoś ze sławnych Gdańszczan. Więc może się na obiad załapie, czego mu z serca życzę.
Jestem w ciąży i coraz bardziej boję się dnia pierwszego spaceru z noworodkiem i dwuipółlatkiem. Też już najcieplej nie będzie, a mojego terrorysty zapewne nie usatysfakcjonuje półgodzinny powolny spacerek wzdłuż drzew i z powrotem. Więc place zabaw. Latem je ubóstwiam – mały się bawi, a ja opalam. Ale przełom września i października? Masakra. Z dzieckiem karmionym piersią? Jeszcze większa. Feliś był karmiony na ławkach, na trawie i na plaży, nosiłam wydekoltowane koszulki i problemu nie było, spacery mogły trwać nawet kilka godzin. Nie umiem być mamą jesienią! Ani zimą! Nie umiem być mamą dwójki małych dzieci. Jestem przerażona ciepłym ubieraniem Felcia (trwa to trochę, wierzcie), a potem jeszcze nieruchawego noworodka, który z pewnością zesra się natychmiast po wbiciu w kombinezon (Feliś tak miał) i trzeba go będzie przebierać od nowa. W tym czasie pierworodny zgrzeje się, zwymiotuje i pobeczy. A po wszystkim trzeba będzie jeszcze zejść z 3 piętra. Takie to mam przemyślenia po spacerku, na którym z rozczuleniem oglądałam małego brunecika Wincentego. Jaki to spokojny, sielankowy, wzruszający widok – dzidziuś śpiący ze smoczkiem w maleńkiej buźce. Istotka stworzona do kochania. A sytuacja- tylko do pozazdroszczenia – młodzi, dumni małżonkowie zapraszają tych z nieco dłuższym rodzicielskim stażem, by podziwiali ich kruszynę. Z tego podziwu w domu mało nie popłakałam się ze strachu przed tym, co mnie czeka. Mimo wszystko jednak- Kasiu, dziękuję Ci za wyciągnięcie nas na spacerek. Wasz synek to sama słodycz :)

4 myśli nt. „Spacerek na wiosennym przymrozku

  1. kasia

    Cała przyjemność po naszej stronie! :) Nie martw się, Maryś, człowiek się do wszystkiego dostosowuje, a człowiek tak inteligentny jak Ty z pewnością sobie poradzi, nie mam najmniejszych wątpliwości :) Mogę Cię pocieszyć, że moja mama była w podobnej sytuacji – tzn. Maciej miał 1,5 roczku, kiedy ja się urodziłam i ja też przecież jestem z października, a do tego były tetrowe pieluszki! Do dziś mama opowiada, jak tata prał i wieszał 40 pieluch na raz – podobno niezły widok ;) Opowiada też, że Maciej pomagał jak umiał się mną zajmować, więc wizja będzie raczej taka, że jak się mała Rybcia zesra, to Feliś sam sobie zdejmie czapeczkę i rozepnie kombinezon, żeby się nie zgrzać i jeszcze poda Ci krem i pieluszkę do przewinięcia, zobaczysz :***

    Odpowiedz
  2. mamanapuszczy--1

    Przecież wiesz, że jeśli przypadkiem, na piasku na plaży , ujrzysz tylko jedną parę stóp, to będzie znaczyło, że Ktoś Cię niesie na barana…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>