Miesięczne archiwum: Kwiecień 2011

Ludek idzie do pracy

Moje dziecko, po wizycie w zakładzie, gdzie pracuje Marcinek, bawiło się w piaskownicy. Miało swoje graciki typu wiaderka i łopatki oraz jednego ludka duplo. Nie absorbowało mnie szczególnie mocno, więc mogłam spokojnie oddawać się wiosennemu letargowi. Aż usłyszałam: ,,Ludek idzie do pacy, ma nadziędzia i buty”, co dokładnie oddało zawodową sytuację ojca, z którą dzisiaj Feliś się zetknął. Ludek dreptał sobie po piasku, przytrzymywany przez parę ślicznych opalonych brudnych pulchnych łapek. Zachwyca mnie obserwacja zabaw mojego syna. Człowiek nie zdaje sobie na co dzień sprawy, jakie to niewiarygodne szczęście mieć zdrowe i bystre dziecko. Feliks zwykle nie poprzestaje na bezrefleksyjnym ładowaniu piachu bądź sypaniu go gdzie popadnie – kombinuje. Jego żywot to właściwie jedno wielkie kombinowanie, a śledzenie tego procesu myślowego, jaki się w małej główce dokonuje by potem przejść w czyn, jest doprawdy fascynujące. Na przykład takie robienie babek z rączki. Nigdy wcześniej nie widziałam, by jakieś dziecko bawiło się w ten sposób. Feluś odkrył piaskownicową moc własnych łapek kilka dni temu, gdy już wykorzystał do zrobienia babki wszystko, co się dało i co się nie dało, łącznie z patykiem, kapslem, sitkiem i kamieniem. Nasypał piasku do otwartej dłoni (najważniejsze: bez popisywania się, gdzieś na uboczu, wcale nie zależało mu na współudziale czy aplauzie mamy) i szybko ją odwrócił, odciskając kształt paluszków na uklepanym piasku. ,,O, udało się!”- krzyknął uradowany i dopiero wtedy, gdy uznał, że doświadczenie się powiodło, podszedł do mamy, by pokazać swe nowe odkrycie- z rączki można zrobić babkę. W dodatku jaką fajną- wklęsłą. ,,Mama umie robić z rąki?”- pyta na wszelki wypadek z nadzieją w oczkach. ,,No zobaczymy”- odpowiada mama, która aż się rwie, by udowodnić małemu inżynierowi, że wcale nie jest taka nudna i oporna na wiedzę oraz nowe umiejętności, jak by się wydawało ze względu na fakt, że przecież jest już dorosła.
Najbardziej na świecie nie chciałabym, żeby Feliks był w przyszłości niepewny swojej wartości. Jest to moja obsesja od dnia, kiedy spojrzał na mnie w szpitalu oświetlony tym magicznym słoneczkiem o 5 rano. Dziwne, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wciąż mi mówią, że to konkretna osobowość, jeszcze mały, ale wielki człowiek urodzony pod megaszczęśliwą gwiazdą. A dziwne nie dlatego, że ja tak myślę, bo już słyszę te oburzone okrzyki, że każda wpatrzona w swojego berbecia mamuśka w ten deseń histeryzuje, a potem wychowuje potwora – dziwne, bo dzidziuś, który teraz sobie pływa w moim brzuchu wydaje mi się całkowicie normalny, bez żadnej ideologii, po prostu moje dziecko, które trzeba kochać i o nie dbać, gdy już się urodzi. Więc chyba nie jest tak, że z samej zasady gloryfikuje się swoje potomstwo. Ale w stosunku do Felcia czuję coś szczególnego- niewyobrażalny szacunek, poczucie wyróżnienia i ogromnej odpowiedzialności za kształtowanie jego charakteru, poczynań. Stąd niektóre moje metody wychowawcze są kontrowersyjne, ale ja po prostu nie mogę traktować go jak lekko upośledzone, wiercące się i wciąż potencjalnie robiące sobie ała, srające na prawo i lewo, rozwrzeszczane bobo. Wierzę, że można podchodzić do DZIECKA inaczej- jak? Z tą niepoważną aż wiarą, że rozumie. Od pierwszego dnia życia. Czuję, że to byłaby dla niego duża krzywda, gdybym postępowała i myślała inaczej.
Wczoraj zarejestrowałam się jako bezrobotna, żeby mieć chociaż to głupie ubezpieczenie. Pani mruczy: ,,Wykształcenie wyższe?”- ,,Tak.” – ,,Dziecko jest ubezpieczone?” – ,,Nie.” – ,,Mąż pracuje?”- ,,Nie.” Pani patrzy na mnie z niedowierzaniem. Proszę się nie martwić – myślę sobie – może po to właśnie były mi te studia, żeby pojechać na Bałkany i tam zrobić to moje cudne nieubezpieczone dziecko. Widzi pani – pogrążam się w swoich wspomnieniach, a urzędniczka szaleńczo wstukuje coś do służbowego komputera – a ten niepracujący mąż to moja szóstka w lotka, czy to dziwne, że z takim podejściem udało nam się stworzyć do kompletu jeszcze jedno nieubezpieczone życie? – podpisuję jakieś kartki – Czy najlepszym ubezpieczeniem nie jest posag w postaci miłości rodziców, tej dla dzieci i tej dla siebie nawzajem? – na twarzy obsługującej mnie pani pojawiło się coś na kształt dodającego otuchy uśmiechu, oczywiście w ledwo zauważalnym urzędniczym wydaniu- ale to chyba niemożliwe, żeby czytała w moich myślach?

Czas na zaproszenia

W Wielki Piątek byłam ostatni dzień w pracy, tzn. w biurze portalu w którym pracowałam od listopada. Dziewczyny zgotowały mi sympatyczne pożegnanie, nawet zamówiły pizzę, wegetariańską, za to o średnicy 60 cm. Odejście było moją decyzją, po prostu szykuje mi się znaczne ograniczenie dyspozycyjności. Ponadto czułam się wyczerpana, a nie ma co- plany planami, praca pracą, pieniądze pieniędzmi ale kondycja spada. Coraz bliżej do powitania nowego członka rodziny, po prostu czuję, że muszę to oczekiwanie bardziej (zdrowiej) celebrować, chociaż wciąż mam tyle obaw. Bywają dni, że skaczę ze szczęścia i odliczam dni do 6 maja (sądne USG), a bywają i takie, że bardzo mocno dociera do mnie, jakże (wg naszych standardów) NIEPLANOWANE jest to dziecko. I że właściwie to mogło jeszcze trochę zaczekać. Nie zaczekało, trzeba je przyjąć, kochać i nosić, posyłać mu dobrą energię, mimo że nie jest to łatwe zadanie. Na domiar wszystkiego w maju czeka nas przeprowadzka! Z tego akurat cieszę się mocno, chociaż nasza nowa lokalizacja jest tymczasowa, na ok. 5 miesięcy. Przenosimy się do Rumi- uroczego, spokojnego miasteczka za Gdynią, stoi tam puste mieszkanie Marcinka mamy, która przebywa teraz w Anglii u Krystyny. Nie mogę się doczekać, tam jest ogródek, nie ma schodów, są ptaki, koty i zmywarka. Gdy mama wróci, będziemy dalej kombinować, chociaż coraz częściej rozważamy wyjazd za granicę… Nie jest to szczyt moich marzeń, ale gdzieś trzeba mieszkać. Tutaj, w Gdańsku, dłużej już może być ciężko, są plany sprzedaży tego mieszkania, a nam nie za bardzo podoba się ono samo, ponadto o kupnie na razie możemy sobie pomarzyć. Możemy, ale nie chcemy, bo nawet jak już coś kupować to na pewno nie w najdroższym, najbardziej rakotwórczym (udowodnione) mieście w Polsce, w dodatku na 3 piętrze. I jak tu lubić Gdańsk?
Tymczasem myśli moje zaprząta fakt, iż moje dziecko ma za ok.2 tygodnie urodzinki i będzie już dwulatkiem. Rozgadanym, opalonym, wesołym, charakternym dwulatkiem, który włazi na wszystkie dostrzeżone drabiny, ma poczucie humoru, śpiewa piosenki i jest coraz mniej problemowy. Gdy pomyślę, że w Rumi wystarczy rano otworzyć drzwi do ogrodu, w którym postawimy piaskownicę, a nie ubierając się, pić herbatę i doglądać hasającego na świeżym powietrzu malca, to ciepło mi się robi na sercu. Ileż to męki odejdzie ciężarnej kobiecie zmagającej się z upałem, bo przecież już niebawem będę miała konkretne kłopoty z poruszaniem się, a jeśli pogoda będzie w lipcu taka, jak rok temu, to sama sobie współczuję. Ale wróćmy do urodzinek. Tak, jak rok temu, organizujemy je w cyklu dwudniowym. Najpierw babcia, dziadzia, wujki i ciocie, a następnego dnia dzieci z rodzicami- naszymi znajomymi. Miło mi, że w tym roku ilość malców wśród przyjaciół znacznie się zwiększyła. A w drodze jeszcze Lenka, która uraduje nas swoim nadejściem w maju, więc na tę imprezkę pewnie się malinka nie załapie. Nie szkodzi, bo już za rok prawdopodobnie będzie dreptać, za nią zaś poraczkuje nasze-nasze najmłodsze. O ile los nie rzuci nas gdzieś za morze. Wciąż się łudzę, że coś się wymyśli tutaj, ale nie wykluczam innych opcji. Wychodzę z założenia, że życie jest długie i wszystko się zdąży. Pomieszkać tutaj, pomieszkać tam, spotkać miłość swojego życia, urodzić dzieci, napisać na blogu, poznać fantastycznych ludzi, skończyć studia, popracować w kilkunastu miejscach, a nawet wykonać filcowo- mulinowe zaproszenia na urodzinową imprezkę swojego synka. A teraz muszę wstać, bo idę robić szpinak po cesarsku. Po południu mam natomiast szkolenie w radiu Kaszebe (w ramach oswajania Rumi, bo tam jest ich siedziba!) No to sami widzicie, że mi się nie nudzi.

Dzień z życia mamy z brzuszkiem

Co za dzień! Tyle emocji już dawno nie doświadczyłam w ciągu jednego okresu od poranka do wieczora. Na 8.00 udałam się na umówioną wizytę u lekarza- dr Musiała. Zdecydowałam się w uzasadnionych przypadkach operować prawdziwymi nazwiskami, ponieważ tutaj to jak polecanie towaru – warto korzystać albo nie. Poprzednia p.doktor- Mincewicz- Narloch nie nadawała się na prowadzenie ciąży i to samo przeczytacie na różnych trójmiejskich forach. Zgadzam się w pełni z negatywnymi opiniami o tej pani, jakie tam krążą. Natomiast co do dr Musiała to już na pierwszej wizycie wzbudził moje zaufanie i wiem, że to jemu chcę powierzyć mój brzuszek na pozostałe 23 tygodnie. Tak. Bo jesteśmy już w 17-stym! W końcu wiem, ile moje małe już sobie liczy i kiedy orientacyjnie przyjdzie na świat- 22 września. Już za 3 tygodnie najprawdopodobniej dowiemy się, co tam potomstwo skrywa między nóżkami. Nie mogę się doczekać. Ale łatwiej mi, milej, wiosenniej, chociaż za oknem ziąb nie do zniesienia. Widziałam ten szlachetny profil, okrągłą główkę i złożone pod bródką rączki. Słyszałam serduszko. To uczucie nie do opisania. Mam je po raz pierwszy, Felcia w brzuszku jakoś nie celebrowałam- był ciążą. Do przeżywania faktu, że noszę w sobie nowe życie dorosłam dopiero teraz, kiedy już wiem, jakim cudem jest dziecko, jaki to dar dla świata i radość, ile się zmienia. Czekam na mojego drugiego szkraba. Już za nim tęsknię!
Pokomplikowała się znowu nasza sytuacja pracowniczo- żłobkowa, Marcinek w piwnicy coś cobie rzeźbi, bo nie ma kompletnie humoru gadać. Próbuję go pocieszyć, ale nie za bardzo wiem, jak. Punkt opieki, który wybraliśmy dla Felka nie działa w wakacje. Efekt- nie możemy go tam zapisać. Więc nie wiem, co zrobimy, bo z tamtego już go wypisałam, od maja musi gdzieś pójść. Najwyżej pójdzie na 2 miesiące, a potem zrezygnuję z pracy zupełnie, bo innego rozwiązania niestety nie widzę. Wiedziałam, że może być ciężko, ale aż tak? Źle to sobie wszystko rozplanowałam, czuję, że gdzieś popełniłam błąd, tylko gdzie? Marcinek wpadł w niebezpieczny ton: ,,wszystko zawsze olewałem i się teraz mści”. A może to ja powinnam tak powiedzieć? Bo pomysłu na dzień dzisiejszy na prawdę nie mam. Teraz plany popsuło nam przedszkole, gdzie zamierzaliśmy posłać synka- Marcin był tam dzisiaj omówić szczegóły i mówi, że jest średnio. Jedna malutka sala, reklamowany na stronie www ogródek nie istnieje, no i te wakacje. Wiadomo, że coś tam się wymyśli…
Po pracy pojechałam do szpitala, bo moja bliska koleżanka Ala urodziła wczoraj Polę. Poleńka jest śliczna- jest tak cudna, że aż mi dech w piersiach zaparło z wrażenia. Jak zwykle w takich sytuacjach, spodziewałam się czerwonej, spuchniętej, całej w krostkach mordki i bezzębnej paszczy rozdziawionej w płaczu, ewentualnie śpiącego kokonika o zaciśniętych powiekach i zmierzwionej rzadkiej czuprynie. A tu gładziutka, jasnoróżowa skórka, kształtny nosek, usteczka malinowe strojące różne słodkie minki, proporcjonalna główka… Zachwyciłam się i przypomniałam sobie, jak niedawno w tej samej sali odwiedzin to ja relacjonowałam coś żywiołowo w przepoconej piżamie! A tu proszę: przyszłam podziwiać Polę, która jeszcze WTEDY nawet w planach nie była. Ala mówi, że bolało, Radek (jej mąż), że trudno było opanować emocje, ale udało się. Poród. Świat był świadkiem miliardów miliardów porodów, codziennie rodzi się ileś tam- ileś ludzi, a wciąż temat ten wywołuje szybsze bicie serca. We mnie też wywołał, a jakże. Mimo, że jeden mam już za sobą, to poczułam lekkie ukłucie- strachu? Raczej napięcia, tej świadomości, że może się posikam, może porzygam, a może zemdleję z bólu. Przecież nie jest powiedziane, że skoro rodząc Felcia, nie odczuwałam żadnych symptomów zbliżającej się śmierci, to i teraz spłynie to po mnie jak woda po kaczce. Jednak poród wymaga hospitalizacji, nie bez powodu. Ale nie boję się. Zresztą wiem, że w 9 miesiącu będę już tak bardzo miała dosyć, że na porodówkę polecę jak na skrzydłach ze szczęścia, że to już. Jutro chciałabym zabrać tam synka. Zobaczyłby dzidzię. Chciałabym go trochę oswoić z tym hard-core’ owym widokiem…
Po wizycie w szpitalu, zgodnie z rozkazem mojego męża, poszłam do centrum handlowego kupić sobie ciążowe spodnie. Kupiłam czarne rybaczki, leżą ekstra, wciąż wyglądam w miarę szczupło, chociaż waga zatrzymała się dzisiaj w gabinecie lekarskim wskazując 58,2… Czyli mam już ponad 7 kg na plusie w stosunku do stanu początkowego. Dziecko waży 150 g, więc gdzie ta reszta? A tak, zapomniałam, większa objętość krwi i wody w organizmie, łożysko, wszystko dla jak najlepszego rozwoju nowego życia. Ehh, ta nasza niezrównanie mądra kobieca fizjologia… Tylko czemu ona musi się tak kłócić z męskim poczuciem estetyki?:)
Z ,,uciech” ciążowych: napada mnie zgaga. Przez 15 pierwszych tygodni musiałam okropnie uważać co i ile jem. Dolegała mi jakaś dziwna odmiana nadkwaśności, sama nie wiem, no w każdym razie chyba tylko owoce względnie mi nie dokuczały. Przeszło niedawno. I dzisiaj czuję, że znowu będę musiała baczyć, co wrzucam do żołądka. Tylko co to da? Z Felkiem zgaga męczyła mnie nieraz i całą noc, nawet jeśli ze strachu przed tą koszmarną dolegliwością od obiadu nic nie jadłam. Więc i teraz nie spodziewam się cudu. Piszę to, żeby pocieszyć inne ciężarne, że nie są same w swoich cierpieniach, a te co już urodziły- niech Bogu dziękują. A te co nie urodziły i nie nie urodzą w najbliższym czasie niech sobie kupią coś ładnego i cieszą się, że ta rzecz nie ma fantazyjnych upięć w okolicy pępka, szerokich elastycznych pasów na brzuch ani specjalnych ściągaczy pod brzuchem, sprawiających, że odstająca piłka wygląda na jeszcze bardziej okrągłą i wypukłą.
Będąc w centrum handlowym, zaszłam do koleżanki pracującej w sklepie z ekskluzywną odzieżą dziecięcą. Dawno się nie widziałyśmy, bo mnie nie stać na łażenie po sklepach, więc ucieszyłyśmy się na swój widok. Wioletta woła od progu: ,,Drugi dzidziuś będzie?!”, ja na to, że owszem, a w duchu myślę sobie: ,,Jak fajnie, że już widać. W sumie taki brzuszek to jest miła rzecz”. A co tam porody i zgagi. Przecież już niedługo poznam płeć mojego drugiego dziecka.