Ludek idzie do pracy

Moje dziecko, po wizycie w zakładzie, gdzie pracuje Marcinek, bawiło się w piaskownicy. Miało swoje graciki typu wiaderka i łopatki oraz jednego ludka duplo. Nie absorbowało mnie szczególnie mocno, więc mogłam spokojnie oddawać się wiosennemu letargowi. Aż usłyszałam: ,,Ludek idzie do pacy, ma nadziędzia i buty”, co dokładnie oddało zawodową sytuację ojca, z którą dzisiaj Feliś się zetknął. Ludek dreptał sobie po piasku, przytrzymywany przez parę ślicznych opalonych brudnych pulchnych łapek. Zachwyca mnie obserwacja zabaw mojego syna. Człowiek nie zdaje sobie na co dzień sprawy, jakie to niewiarygodne szczęście mieć zdrowe i bystre dziecko. Feliks zwykle nie poprzestaje na bezrefleksyjnym ładowaniu piachu bądź sypaniu go gdzie popadnie – kombinuje. Jego żywot to właściwie jedno wielkie kombinowanie, a śledzenie tego procesu myślowego, jaki się w małej główce dokonuje by potem przejść w czyn, jest doprawdy fascynujące. Na przykład takie robienie babek z rączki. Nigdy wcześniej nie widziałam, by jakieś dziecko bawiło się w ten sposób. Feluś odkrył piaskownicową moc własnych łapek kilka dni temu, gdy już wykorzystał do zrobienia babki wszystko, co się dało i co się nie dało, łącznie z patykiem, kapslem, sitkiem i kamieniem. Nasypał piasku do otwartej dłoni (najważniejsze: bez popisywania się, gdzieś na uboczu, wcale nie zależało mu na współudziale czy aplauzie mamy) i szybko ją odwrócił, odciskając kształt paluszków na uklepanym piasku. ,,O, udało się!”- krzyknął uradowany i dopiero wtedy, gdy uznał, że doświadczenie się powiodło, podszedł do mamy, by pokazać swe nowe odkrycie- z rączki można zrobić babkę. W dodatku jaką fajną- wklęsłą. ,,Mama umie robić z rąki?”- pyta na wszelki wypadek z nadzieją w oczkach. ,,No zobaczymy”- odpowiada mama, która aż się rwie, by udowodnić małemu inżynierowi, że wcale nie jest taka nudna i oporna na wiedzę oraz nowe umiejętności, jak by się wydawało ze względu na fakt, że przecież jest już dorosła.
Najbardziej na świecie nie chciałabym, żeby Feliks był w przyszłości niepewny swojej wartości. Jest to moja obsesja od dnia, kiedy spojrzał na mnie w szpitalu oświetlony tym magicznym słoneczkiem o 5 rano. Dziwne, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wciąż mi mówią, że to konkretna osobowość, jeszcze mały, ale wielki człowiek urodzony pod megaszczęśliwą gwiazdą. A dziwne nie dlatego, że ja tak myślę, bo już słyszę te oburzone okrzyki, że każda wpatrzona w swojego berbecia mamuśka w ten deseń histeryzuje, a potem wychowuje potwora – dziwne, bo dzidziuś, który teraz sobie pływa w moim brzuchu wydaje mi się całkowicie normalny, bez żadnej ideologii, po prostu moje dziecko, które trzeba kochać i o nie dbać, gdy już się urodzi. Więc chyba nie jest tak, że z samej zasady gloryfikuje się swoje potomstwo. Ale w stosunku do Felcia czuję coś szczególnego- niewyobrażalny szacunek, poczucie wyróżnienia i ogromnej odpowiedzialności za kształtowanie jego charakteru, poczynań. Stąd niektóre moje metody wychowawcze są kontrowersyjne, ale ja po prostu nie mogę traktować go jak lekko upośledzone, wiercące się i wciąż potencjalnie robiące sobie ała, srające na prawo i lewo, rozwrzeszczane bobo. Wierzę, że można podchodzić do DZIECKA inaczej- jak? Z tą niepoważną aż wiarą, że rozumie. Od pierwszego dnia życia. Czuję, że to byłaby dla niego duża krzywda, gdybym postępowała i myślała inaczej.
Wczoraj zarejestrowałam się jako bezrobotna, żeby mieć chociaż to głupie ubezpieczenie. Pani mruczy: ,,Wykształcenie wyższe?”- ,,Tak.” – ,,Dziecko jest ubezpieczone?” – ,,Nie.” – ,,Mąż pracuje?”- ,,Nie.” Pani patrzy na mnie z niedowierzaniem. Proszę się nie martwić – myślę sobie – może po to właśnie były mi te studia, żeby pojechać na Bałkany i tam zrobić to moje cudne nieubezpieczone dziecko. Widzi pani – pogrążam się w swoich wspomnieniach, a urzędniczka szaleńczo wstukuje coś do służbowego komputera – a ten niepracujący mąż to moja szóstka w lotka, czy to dziwne, że z takim podejściem udało nam się stworzyć do kompletu jeszcze jedno nieubezpieczone życie? – podpisuję jakieś kartki – Czy najlepszym ubezpieczeniem nie jest posag w postaci miłości rodziców, tej dla dzieci i tej dla siebie nawzajem? – na twarzy obsługującej mnie pani pojawiło się coś na kształt dodającego otuchy uśmiechu, oczywiście w ledwo zauważalnym urzędniczym wydaniu- ale to chyba niemożliwe, żeby czytała w moich myślach?

Jedna myśl nt. „Ludek idzie do pracy

  1. mamanapuszczy--1

    Piękny i mądry wpis. Refleksja znajoma. Pełen aplauz. Nie umniejszając, a wręcz podkreślając pojętność postaci głównej, Baby z rączki nauczyła go w|w.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>