Zoo – angielska reaktywacja

Jeszcze 2 dni zostały nam pobytu u Krystyny! Jakże cudownie spędzamy ten czas. Codziennie jakieś edukacyjne wycieczki, bajeczna pogoda, niezliczone atrakcje. Krystyna wozi nas, karmi i oprowadza. Wypoczywamy psychicznie, chociaż każdy wieczór to nierówna walka z powalającym zmęczeniem fizycznym!
Dzisiaj siostra Marcinka zabrała nas oraz niespełna siedmioletniego synka swojego partnera do zoo. Feliksik, gdy zaczęliśmy się ubierać do wyjścia, zaoponował, jak zwykle: ,,Ciekę nieeee! w domku bawić tak!”, co oznaczało, że nie uśmiecha mu się znowu gdzieś jechać, połowę wypadu przespać, a połowę przemęczyć w wózku albo w samochodzie w zapiętych pasach. Na to mama uspokajającym tonem, że przecież jedziemy zobaczyć zwierzątka. Częściowa akceptacja. Dobra, no to można iść do auta. Ale zaraz, zaraz! Jest picie? Jakaś książeczka? Chłopczyk na swoim miejscu (Feliks jest zafascynowany starszym kolegą Lucą)? No dobra, to jedziemy.
W połowie drogi Luca zaczął wymiotować – choroba lokomocyjna. Sytuacja opanowana dzięki licznym chusteczkom oraz plastikowym torbom, wziętym na wypadek awarii i u młodszego uczestnika, bo to raczej po nim się spodziewaliśmy niedyspozycji. Nie minęło 10 minut i Feliksik zaczął łapać się za buzię: ,,Apsik nie!”- stęknął żałośnie. Już ja go znam. Rzyganie na odległość to dla niego to samo, co niewinne apsik. Zaalarmowałam przody. Marcin: ,,Nie ma już siatek”. Pytam rybkę: ,,Boli brzuszek?” Rybka: ,,Nie”, ja: ,,Jak się czujesz?”, słyszę: ,,Dobze”, w tym momencie Marcinek znajduje ostatnią torebkę. Ja jednak uspokojona zapewnieniami synusia, staram się alarm obrócić w żart. W tym czasie Feliks rzyga. Jesteśmy już praktycznie pod zoo.
W zoo wsiadamy do specjalnej ciężarówki i ruszamy na prawdziwe safari. Oglądamy zebry, żyrafy, antylopy i bażanty. Wszystko, owszem, nieoddzielone żadnymi kratami, za to najbliżej 500 m od nas. Wymieniamy uwagi, że to super warunki dla zwierząt, jak na wolności! A w duchu klniemy, bo nic nie widać, też mi safari. Nic dziwnego, że poczułam nagle słodki bezwład na kolanach. Feliks zasnął w ryczącej i skaczącej ciężarówce, chociaż przysięgam, że jeszcze minutę temu usiłowałam mu pokazać jakieś gnu na horyzoncie i nawet wstał na nóżki, żeby mi sprawić przyjemność. Trudno, śpi, to śpi. Czas jednak wysiadać, a tu nie ma wózka, bo trzeba było go zostawić przed safari. Ekstra. Siedzę i mówię hardo, że nigdzie nie idę, bo nie będę budzić dziecka. Marcin: ,,Ja go wezmę”, ja: ,,Ale jak?”. A on go wziął i tak śpiące 15 kg nosił wśród akwariów z legwanami. Wierzcie mi, trochę to trwało. Żal mi było męża, ale jak mus to mus. W końcu rybciuś się ocknął, akurat nieopodal wybiegu ze strusiami. ,,Oooo, łabędzie!”- ucieszył się chłopiec. Na to uczciwi rodzice: ,,Kochanie, to nie jest łabędź, to jest struś.” Feliksik oburzony: ,,To jest łabędź!”. I przy tej wersji zostaliśmy.
Dalej był punkt z wózkami spacerowymi do wypożyczenia, więc ochoczo skorzystaliśmy z tej opcji, bo ciężarówka już tam nie jechała. Wózek pchany był przez Lucę, co doprowadzało Felcia do ekstazy- ,,Felek jedzie z chłopcykiem!”- powtarzał uradowany. Chłopczyk ledwo dyszał, ale tylko jego nasz syn tolerował jako szofera i nie piszczał, że chce na opka albo ,,siam”, więc ile Luca dawał radę, tyle nam pomagał. Po jakimś czasie już nawet chłopczyk nie był argumentem, by siedzieć we wózeczku i nasze tempo zostało znacznie ograniczone, gdyż maszerował z nami dwulatek. Dwulatkowi zachciało się kupę, więc co dosłownie 30 sekund wołał: ,,Siusiu Felek ce!”, co doprowadzało matkę do białej gorączki. Zrobił siusiu w toalecie, ale potem już toalety nie było. Wykorzystywał więc każdy moment nieuwagi matki, ściągał majtki i kucał na środku chodnika. Matka przerażona zabierała go na bok w jakieś krzaki. Tam popuszczał dwie krople albo nic, podciągał majty, szedł 5 metrów i znowu to samo. Coś czułam, że to jakaś grubsza sprawa, ale co z tym zrobić na alejce przy wolierach z gorylami? Feliks najlepiej wiedział. Wdrapał się na jakieś schodki i domaga się wpuszczenia do małpiego domku, bo był wykafelkowany i skojarzyło mu się to z kiblem. Matka skonfudowana. Ale nie dziecko! Ja się jeszcze zastanawiałam, co tu począć, a Felek w tym czasie przed samym wejściem do domku zdjął majty, kucnął, zrobił kupę i zawołał triumfalnie: ,,Lobilem kupę!”. Ale fajnie, że akurat nikogo tam nie było…
Ale zmierzamy dalej. Ooo, przy samym płocie leży jakieś egzotyczne bydlę z rogami. No to dawaj, uświadamiać dziecko o pięknie świata fauny! ,,Na opka i patrz na antylopkę, bo ci łeb ukręcę!”- pomyślałam, mając ciągle w pamięci tę partyzancką kupę, a mówię, jak zawsze milutko: ,,Zobacz, zwierzątko! Co to jest, skarbusiu?”. Skarbuś głową kiwa, ale nic nie mówi. Bez emocji, po kolejnym moim zapytaniu o nazwę zwierzątka, odpowiedział oschle: ,,Potfól”. Oto, dlaczego kocham dzieci. Za ich niebiańską wręcz prostolinijność i szczerość do granic wytrzymania dla dorosłych.
Potem było już spokojniej, bo coraz bliżej samochodu. Awantury tylko w wypadku mijania wybiegów dla małp, bo małpy miały tam nawet zjeżdżalnie, więc musieliśmy jakoś w miarę dyplomatycznie reagować na piski w stylu: ,,A telaz idziemy na plac zabaw!” Cóż, na szczęście widok harcujących czarnych postaci nie był dla Felunia zbyt zachęcający. Przypomniałam mu, jak ładnie się bawił na placu zabaw przeznaczonym dla dzieci (bo był w zoo takowy) i że ten jest dla małpek. Przełknął.
Koniec! Jeszcze tylko trzeba przejść przez sklepik z pamiątkami- innej drogi na parking nie było. Mama wespół z ciocią słodzą do dzieci, że mają sobie wybrać po jednym zwierzątku na pamiątkę. Luca zdecydował się szybciutko na ślicznego pluszowego tygryska. Feliks długo łaził po sklepie i w końcu znalazł, czego szukał- wziął zatem naręcze traktorków z koszyka i skierował się do wyjścia. ,,Hola, hola, jedno zwierzątko miało być! Co wybierasz myszko?”- hamuje go mama. ,,Tlaktolek”- odpowiada Feluś z jawnym politowaniem dla mej naiwności. A ja liczyłam, że będzie chciał przynajmniej łabędzia…
Przed samochodem Feliks ni stąd, ni zowąd zaśpiewał mamie piosenkę, której uczyła go już od 3 miesięcy. Tak po prostu, sam z siebie dał popis: ,,Jedzie pociąg daleka, na nikogo nie ceka!”. Zemdlałam z rozkoszy. Kazałam mu śpiewać i śpiewać. Czynił to bez zastrzeżeń i sam sobie klaskał. Kocham go, kocham… I kocham być mamą!!!!

4 myśli nt. „Zoo – angielska reaktywacja

  1. mamanapuszczy--1

    … Miałaś 0 20 lat więcej niż Felek, gdy w pewnym niebiańskim ogrodzie botanicznym ( mniejsza o szczegóły), ożywiłaś się dopiero na widok dziewanny, która na dodatek była samosiejką…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>