Miesięczne archiwum: Maj 2011

Znalezisko

Wielki dzień- mój syn znalazł dziś na placu zabaw światełko odblaskowe do roweru. Po krótkich oględzinach i uzyskaniu od mamy odpowiedzi na pytanie ,,co to jest?” uznał, że znalezisko zasługuje na większą atencję, ale… potem. Wylądowało zatem w kieszonce. Mój mały Feluś przeszedł dziś poważną inicjację, oto zaczyna się tak typowo chłopięco- brojarskie ładowanie wszystkiego do kieszeni. Jego tacie nie przeszło to do dzisiaj, zatem byłam podwójnie rozczulona. Ach, ci mężczyźni! Wydaje się, że można sobie bez nich świetnie poradzić, tymczasem pojawiają się w życiu zbuntowanej, zafascynowanej gender studies studentki dwaj tacy, dla których gotowa byłaby skoczyć w ogień, a fakt, że pakują sobie do obejrzenia na później jakieś pierdoły do kieszeni, sprawia, że z trudem powstrzymuje płacz wzruszenia w miejscu publicznym. Jestem na nich przeokropnie wrażliwa- dobrze, że będę miała córeczkę, bo siły się nieco rozłożą…
Marcinek dostał pracę (legalną, nareszcie!), wykupił dodatkowe ubezpieczenie, fundnął sobie drugą koszulę (no to ma już dwie- super!- a w tej pracy akurat tylko eleganckie ciuchy wchodzą w grę), Lilka się rozpycha, Feliksik trochę nerwowo reaguje na zmianę pogody, ale teraz już od ponad 2,5 godz. śpi, więc nie muszę z nim walczyć, zrobiłam pizzę i szykuję się psychicznie do tego, że czeka mnie dzisiaj ostatnia noc w tym mieszkaniu.Jutro na 4 dni jadę z Felciem do moich rodziców, Marcinek będzie tutaj wszystko doprowadzał do porządku. Zamówiłam dla synka sofkę do spania z nadrukowanym strażakiem, opowiedziałam maluchowi, że będzie miał nowe łóżeczko i długo potem się tym podniecał. On kompletnie nie czai, że to już nie będzie nasz domek, ale liczę na jego zdolności ubikwistyczne- w swoim krótkim życiu spał już w tylu miejscach, miał już do czynienia z tak ogromną ilością łóżeczek, przestrzeni, krzesełek i ludzi, że raczej nie powinno być większego problemu. A my- no cóż- trochę nam dziwnie, a na pewno mnie. Tutaj jednak przeżyliśmy wiele cudownych chwil. Wprowadziliśmy się, gdy byłam w 8 miesiącu ciąży, ledwie się poruszałam, ale starałam jak najaktywniej uczestniczyć w przeprowadzce. Odwiedzaliśmy z Marcinkiem markety budowlane, wybieraliśmy kolory, urządzaliśmy, biorąc pod uwagę naszą miłość do wszelkich jaskrawości, do bibelotów z całego świata, pamiątek, zdjęć. W tym obszarze Gdańska mamy mnóstwo przyjaciół i znajomych, niemal codziennie ktoś nas odwiedzał albo zapraszał do siebie, umawialiśmy się na spacery, ogniska, jakieś wypady. Będzie mi tego bardzo brakowało, ale nie rozpaczam, myślę, że czas po prostu rozpocząć pewien nowy etap w życiu. Przeprowadzamy się, a ja znowu jestem w ciąży, znowu oszalejemy ze szczęścia, gdy w końcu przywitamy się z naszą kruszynką, a ona nie będzie wiedziała, że kiedykolwiek było coś innego. Będzie miała swoje łóżeczko i bujaczek, swój wózeczek, zabawki, fotelik do szuflowania zup i kaszek, ponadto kochających rodziców i starszego brata, a te akurat elementy na pewno nigdy nie ulegną zmianie.
A więc tak to już jest. Dziś najprawdopodobniej Feluś ostatni raz zjechał ze swojej ukochanej zakręconej zjeżdżalni, bo takich nigdzie nie ma, jak tylko w (już nie) naszym nadmorskim parku. Jednak zaczynamy nowy rozdział i mimo wszystko idziemy raźno do przodu. Do zobaczenia na grillu w ogródku przed domem :)

Puste szafki

Przeprowadzamy się, już większość naszych gratów pojechało do Rumi, reszta popakowana, do końca maja wynosimy się stąd, potem jeszcze jakieś sprzątanie, prace konserwatorskie, ale to już mnie w mniejszym stopniu dotyczy. Feliksik zachowuje się jakby nic się nie działo. Jakby brak mebli i mnogość chaotycznie poustawianych worków i kartonów była czymś zupełnie oczywistym. Nie zdziwiło go także to, że swoje komódki i kanapę widział ostatnio w totalnie zawalonym domku babci Małgosi, której tam nie było- bardziej interesowały go schodki do ogródka oraz hit- dziecięca koneweczka, którą mógł sobie do woli podlewać dmuchawce. Dziwię się, że po nim to wszystko spływa, ale z drugiej strony cieszę się, że chociaż on dodatkowo nie musi się denerwować. Zgrzeczniał nawet trochę ostatnio, znacznie poprawił mu się apetyt, i to na obiady a nie słodycze, co już w ogóle me serce raduje niepomiernie. Od wielu dni w domku ani na dwórku nie posikał się w majtki, nawet podczas dziennej drzemki, chociaż oczywiście noce spędza jeszcze w pampersach. Byłabym wdzięczna, gdyby mi ktoś dał pomysł, jak sprawić, by wytrzymał od wieczora do rana, ale ciśnienia nie ma. Mogę powiedzieć, że oprócz wstawania około 6 rano, Feliś nie czyni nic co by nas jakoś szczególnie wytrącało z równowagi. Zdarzy mu się oczywiście ukraść szynkę z taty kanapki albo zbić jakiś słoik czy zemdleć w tramwaju, ale wszystko w granicach przetrwania – naszego oczywiście, a właściwie mojego, bo odkąd nie pracuję, miód macierzyństwa sączę przez większość doby, za towarzystwo (oczywiście mało rozumiejące, bo towarzystwo opija się jedynie koktajlami dzieciństwa) mając jedynie dwuletniego cwaniaka oraz rybkę w otchłani mojego brzuszka i moich galopujących myśli.
Byłam wczoraj na spotkaniu z moim bratem – w interesach. Będę pisała scenariusz do gry komputerowej, długa historia, mój brat ma firmę, która realizuje takie właśnie szalone zlecenia. I świetnie na tym wychodzi, więc zaczynam dopuszczać do siebie cień myśli, że może jeszcze kiedyś zarobię jakieś pieniądze. O pójściu do pracy póki co nie marzę. Dotarło do mnie, że z pracy w portalu zrezygnowałam w ostatnim sensownym momencie- kiedy jeszcze względnie się czułam, tzn. bez zadyszki mogłam dojść na kolejkę, przesiedzieć 8 godz. w biurze i żywa wrócić do domu. Teraz uderza mnie to, z jaką łatwością się męczę, niemniej jednak stałam się mistrzynią w oszczędzaniu sił- zawsze muszę mieć bowiem jakieś w zanadrzu, na wypadek zrobienia bam przez pędzącego Felcia albo nieoczekiwanej konieczności zakupienia chleba, mleka, pietruszki, sera i jogurtu naraz w momencie nieobecności Marcina. Z dnia na dzień czuję jednak Lilkę coraz bardziej i to nie tylko w tym sensie, że muszę latać do kibla co 10 minut, bo siedzi mi na pęcherzu- będę miała córcię!!! Panna Lilianna już niebawem uzupełni naszą rodzinę o swoje niezbędne jestestwo.
Niedawno, wychodząc z Rossmanna, wzięłam jak zwykle tę ichnią darmową gazetkę, nie z promocjami, a taką do poczytania- są tam zawsze liczne porady z różnych dziedzin życia, jakieś wywiady, przepisy, do przejrzenia nad piaskownicą (o ile akurat synuś nie wpadnie na pomysł zasypywania mamie gazety piaskiem, bo to przecież rewelacyjna zabawa) w sam raz. Pierwszy raz w życiu coś mnie tak wciągnęło w gazecie, w dodatku darmowej- cały dłuuuugi artykuł, jak wychowywać dzieci, gdy ma się jednocześnie dziewczynkę i chłopca, w kontekście zachodzących zmian społecznych, równouprawnienie i te sprawy. Okazało się, że nie miałam pojęcia o wielu rzeczach. Np. nie przyszło mi do głowy, że należy w konflikcie synka z córcią zawsze brać stronę tej drugiej, by czuła kobiecą solidarność i wsparcie. Myślałam, że lepiej zostawiać wszystkie kłótnie i to olewać, ale artykuł otworzył mi oczy: przecież córcia nie dość, że będzie młodsza, to z racji swojej płci i jej miejsca w naszej kulturze (wciąż! mimo wszystko) i tak stoi na przegranej pozycji. Uświadomiłam sobie, że Lilianny jeszcze nie ma, a ja już bezwiednie faworyzuję Feliksa, jak to czyni większość matek na świecie- nawet same o tym nie wiedząc lepiej traktują synów, jeśli mają także córki. To tylko przykłady, znalazłam tam więcej przydatnych informacji, jeśli będziecie się wybierać po błyszczyk czy maszynkę do golenia, to serdecznie polecam zawinąć czytadełko. Trochę mnie przeraziło, ile pracy przede mną- głównie pracy nad sobą i zakorzenionymi w mojej głowie stereotypami. To nie tylko kwestia różowych rajstopek, trzeba będzie dotknąć sedna sprawy- co zrobić, żeby wychować kobietę pewną siebie? Bez żadnych kompleksów wobec mężczyzn, a jednocześnie zdolną do stworzenia udanego związku? Jak widzicie, zamiast spokojnie przeglądać na jutubie filmiki z bobasami, przejmuję się bolączkami całego świata. No cóż, nie potrafię inaczej, bo w moich dzieciach widzę- owszem- różowe pulchne aniołki, ale przede wszystkim żyję ze świadomością, że staną się kiedyś dorosłymi ludźmi- a wszystko, co przekażemy im z Marcinem my- rodzice, będzie rzutowało na to, jakimi są tymi dorosłymi ludźmi, jak traktować będą innych i … siebie samych. Brzmi to wszystko patetycznie, ale w tym wypadku wiąże się całkowicie z absolutnie normalnym życiem. Niestety, a może na szczęście??

Mama nie piewa o sinku!

Kocham moje dziecko za godną podziwu wolę walki w każdych warunkach, chciałabym mieć tyle uporu i niezłomności w sobie, co ono. Dziś trochę przesunął nam się termin powrotu z pierwszego spacerku, bo byliśmy u lekarza złożyć reklamację na paskudny, odkatarowy kaszel, który w czasie aktywności smyka czyha w ukryciu, a podczas snu napada z ogromną siłą, sprawiając, że matka po nocach robi sobie melisę, bo dostaje nerwicy. Kaszel jak to kaszel, musiało wystarczyć dobre słowo pani doktor i świadomość, że kiedyś minie. W każdym razie po powrocie, ok. godz. 15, czyli 2 godz. później niż zazwyczaj, zaczęłam starania o ułożenie synka (i siebie przy okazji) do snu. Od niedawna synek robi wszystko, żeby nie spać, dotyczy to zarówno drzemek dziennych, jak i wieczorów. Umie już pokazowo wyleźć z łóżeczka, domaga się 20 razy nocnika, lata, ucieka, pięknie się sam bawi w drugim pokoju (dlaczego nie wtedy, gdy ja chcę rano poczytać gazetę i wypić herbatę?!), włącza sobie sam komputer, śpiewa, tańczy i wchodzi mi (dosłownie) na głowę, gdy ja udaję, że mam to wszystko gdzieś, kładę się na kanapie i zamykam oczy. Czasami uda mi się nawet usnąć, no chyba, że tak jak dzisiaj otrzymuję w twarz cios ostrą wykałaczką. W takich chwilach, doprowadzona do ostateczności, wydaję wyrok bez odwołania:,,Felek, do mamy na opka! Lulkamy!” Wtedy skazaniec już wie, że to nie przelewki. Próbuje złapać się ostatniej deski ratunku: ,,Nie! Felek będzie z mamą pać na poduszku!”- ha ha, on myśli, że ja w to uwierzę! Że wmówi mi nagłą chęć grzecznego położenia się na podusi, przykrycia kołderką i przytulenia do mamy, skoro od prawie godziny jego zachowanie sugeruje zupełnie inne plany! Ale jak zawsze daję mu szansę. Kładziemy się. Po 30 sekundach Felek już wisi na parapecie: ,,Tatusiu, gdzie jeteś?” woła patrząc przez okno. A co on myśli, że ojciec by robił mu za adwokata, gdy matka nieustępliwa i sroga?! Tatuś jednak w pracy i ani mu w głowie wracać do synka będącego w tak strasznych opałach! A opały są, oj są, bo skoro Feliksik złamał umowę i znowu nie śpi mimo obietnic, czeka go wykonanie wyroku- lulkanie w ramionach mamy. Już on wie, co to znaczy- zaśnie w 5 minut i sromotnie przegra tę batalię, która toczy się już od godziny. ,,Nie lulkamy u mamy na opka!”- stęka smętnie, ale już bez większej nadziei w głosie. Na czworakach próbuje uciekać. Nic z tego. Już ręce kata zbliżają się i chwytają ciepłe, półgołe ciałko. Zawijają skrzętnie w kołderkę i sadzają na kolanach oprawcy. Wola ocalenia przed hańbą jest ogromna- ciałko wije się i pręży, mała buzia dyszy z niesłychanym zawzięciem, łapki usiłują pozbyć się narzędzia przemocy- kołdry. Uścisk jest jednak silny, a okrutna mama wyciąga kolejną broń przeciwko tak zdecydowanemu buntowi: ,,Pośpiewam ci troszkę do snu, rybeczko”. ,,Nieee!”- daje się słyszeć przeciągłe i dumne. Ale już w powietrzu drgają delikatne dźwięki: ,,A ty, mój synku, mój pojedynczy, ty nigdy nie przestaniesz zastanawiać mnie…”. Prężenie ustaje, ale przecież nie można się poddać zupełnie bez żadnej rekompensaty: ,,Mama nie piewa o sinku…”- mówi twardo chłopiec, ale jego oczy już są wyraźnie mniejsze. ,,A o czym byś chciał pioseneczkę?”- pyta kat, bo przecież też jest człowiekiem, a poza tym funkcjonuje prawo ostatniego życzenia – ,,O pociągu”. No więc ,,Jedzie pociąg z daleka, ani chwili nie czeka”- rozbrzmiewa senne, jednostajne jak długa podróż TLK. Mija kilka minut i już tulę w ramionach nie żwawego broja, a malutką dzidzię, której wybacza się wszystko. Potem jeszcze, gdy sapie i kaszle, zakraplam okrągły nosek i już mogę patrzeć, jak moja rozgwiazdka oddaje się zasłużonemu odpoczynkowi. Sama też od razu się kładę. Bynajmniej nie trzeba mnie zmuszać!