Miesięczne archiwum: Czerwiec 2011

Weekend pozytywny

Wróciliśmy dzisiaj z festiwalu ,,Letnie falowanie”, który odbywał się przez dwa dni na jednym z kaszubskich zadupi, tj. w urokliwej wiosce o nazwie Wiele, nad samym jeziorem, w bezpośrednim sąsiedztwie zielonego lasu, gdzie nawet komarów nie było. Wybraliśmy się tam w czwórkę: nasza przyjaciółka Ola, Feliks, Lilianna w odmętach maminego brzuszka, no i ja. Było cudownie. Spaliśmy w wynajętym pokoju, bo trochę obawiałam się namiotowego debiutu z Felciem- bez butli gazowej, bez kaszeczki porannej, bez lodówki i bieżącej wody- to chyba jednak jeszcze za szybko na takie hardkory. Poza tym zawsze chciałam na pierwszy nocleg w namiocie z synkiem wybrać się z Marcinem, a nie wiem, kiedy to nastąpi ze względu na jego dwie, w porywach trzy prace, które jakoś ciężko pogodzić z życiem rodzinnym. Ale nie będę marudzić. Wracam do festiwalu. Dotarliśmy tam po dość długiej, acz niewyczerpującej (Feluś niemal całą drogę spał) podróży samochodem, rozlokowaliśmy się w przytulnym pokoiku, następnie udaliśmy się na obiadokolację do pobliskiego baru (Felek: naleśnik z oliwkami i tuńczykiem, frytki, soczek i lody- ciocia Ola nie próżnowała jeśli chodzi o bratanie się z dzieckiem hołdując zasadzie ,,przez żołądek do serca…), potem jeszcze rybka zaliczyła w domku wieczorynkę i poszliśmy na imprezę. Pierwszy dzień był nieco mniej rozrywkowy, brakowało muzycznego walnięcia na głównej scenie, a pogoda raczej nie dopisywała- było, oględnie mówiąc, zimno. Felek wydaje się jednak absolutnie odporny na jakiekolwiek niedogodności atmosferyczne- śmieje się do rozpuku, moknąc na ulewie, a ,,wieje tlosecke” to jego komentarz na wichurę urywającą głowy. Gdy  gonię go, próbując ubrać w dodatkowy sweterek, bo sama marznę jak piesek rasy chiński grzywacz prowadzony w styczniu przez pijanego właściciela na spacer bez kombinezonu (najbardziej żałosny widok, z jakim się w życiu spotkałam- musiałam to przytoczyć), Feluś ucieka, stwierdzając krótko: ,,Nie tseba swetelka. Jus sie nagzało”. Może mieć łapki lodowate, nosek jak kamyk w górskiej rzece, uszki czerwone, ale nie zhańbi się poinformowaniem mamy, że jest mu zimno (no, chyba, że mama w upale wygrzewa się, wychylając przez otwarte na oścież okno, a jemu to przeszkadza w spokojnym oglądaniu bajki albo odkrył się w nocy- przez sen nie jest aż taki hardy, przez sen to najsłodsza istotka pod słońcem). Tym bardziej, jeśli akurat ma jakieś ultraważne zadanie do wykonania: wlezienie na drabinę (festiwal odbywał się na terenie parku, gdzie funkcjonował także czadowy plac zabaw- była to jedna z większych zalet tego wydarzenia, obok boiska do siatkówki, które zastąpiło czeredzie młodych rastamanów piaskownicę; dzięki tym dwóm instytucjom ciocie i mamusie małych imprezowiczów, o ile akurat nie były ciężarne, mogły spokojnie popijać piwko na ławce, chłonąć przekaz pozytywnej muzyki i rozmawiać na tematy, które już dawno zakopało się pod kijkiem z przybitą kartką ,,nieważne” – nagle okazało się bowiem, że wszystko jest ważne, tylko gdy dziecko, szkoła albo praca siedzi na głowie, to trudno sobie to uświadomić), zjechanie ze zjeżdżalni, pochlapanie się nad jeziorem za pomocą wrzucanych doń konarów i wielkich kamlotów, kilka podrygnięć w rytm muzyki albo po prostu chowanie się mamie. To ostatnie oczywiście nieco zakłócało spokojne wieczorne rozmowy, ale na pewno nie na tyle, by syczeć i pluć z niechęci do życia, żałując, że w ogóle się wyszło z domu. Humor dopisywał nam cały czas. Felek zasypiał we wózku, a my mogłyśmy jeszcze trochę pooddychać atmosferą, która niestety nie na co dzień towarzyszy zapracowanej studentce czy brzuchatej mamie.

Drugiego dnia festiwalu postanowiłyśmy zapewnić dziecku aktywny dzień. Najcieplej to nie było, ale odważyłyśmy się wybrać do skansenu z chatami i sprzętami dawnych czasów. Feliks uwielbia wszelkiej maści wiatraki, więc dał się skusić obietnicą, że będzie wielki wiatrak, do którego można nawet wejść. I rzeczywiście, nie mógł opanować zachwytu, wszystko łapał, biegał, wyglądał przez okienko, pełnia szczęścia. Pozwoliłam mu nieopatrznie nawet wejść tam raz samodzielnie i usiadłam na sekundkę na trawie, czego pożałowałam, gdy pani kustoszka wyprowadziła go za rączkę z informacją, że zdarzyło się nieszczęście. A owszem, Felek się posikał we wiatraku (trzeba było zaznaczyć teren), mama zmuszona była przebrać go w krótkie spodenki mimo kontrowersyjnej pogody (innych suchych i czystych ze sobą nie miała), po czym natychmiast złapała nas okrutna ulewa. Biegłyśmy z wózkiem dobre 10 minut, w trakcie których cała trójka dokumentnie zmokła, a nasza Ola poczyniła już plany szybszego powrotu do domu, gdyż widok nieba nie sugerował rychłej poprawy warunków atmosferycznych. W samochodzie dziecko zostało rozebrane i przykryte kocem, wskutek czego od razu usnęło a my szczękając zębami, zastanawiałyśmy się poważnie nad dalszymi losami naszego pobytu w tych rejonach Kaszub. Dojechałyśmy jednak do naszego domku, Felek poszedł z powrotem spać i spał tak łącznie 3,5 godziny, a my razem z nim. Po przebudzeniu świat wydał nam się znowu piękny i nawet brak jakichkolwiek ciuchów na przebranie dla nas i malca przestał być problemem- w majtkach i podkoszulkach wywiesiliśmy mokre ubrania w PEŁNYM SŁOŃCU, które w połączeniu z delikatnym wietrzykiem, szybko uporało się z naszą festiwalową traumą. Nasyciwszy się ryżem i pulpetami ze słoika, mogliśmy ponownie udać się na teren letniego falowania…

Drugi dzień imprezy zdecydowanie był lepszy, szczególnie pod względem muzycznym, bo koncerty odbywały się na dużej scenie, pod którą zaroiło się od tańczących. Feluś też dokazywał, objawiając swoje zdolności wyczucia rytmu i synchronizacji ruchowej, czym wzbudzał ogólną wesołość… Uznał jednak, że za darmo nie będzie się produkował i poszybował na wyżej wspomniane boisko, by z premedytacją drażnić inne dzieci (żadne oprócz niego nie było tak bajecznie wyposażone), ładując własną łopatką piach do pojemnika po płynnymi Monte, poprawiając grabkami i zepsutym kubkiem niekapkiem. Naturalnie szybko pojawiały się w takich momentach tzw. hieny piaskownicowe, które Felek traktuje z dużą rezerwą. Co innego, gdy przyłazi takie z własnym sprzętem, nawet lepszym, niż skarby Felcia- nie szkodzi, ważne, że raczej zajmie się swoim grajdołem i nie trzeba będzie dodatkowo walczyć z jego matką, którą słychać już z odległości 50 metrów: ,,Ale to nie są twoje, musisz się zapytać chłopczyka, czy możesz na chwilkę wziąć łopatkę”. Felek już się nauczył (W KOŃCU!!) dyplomacji w takich chwilach. Pozwala wziąć intruzowi zabawkę (o ile akurat się nią nie bawi, oczywiście) i kiwając ostentacyjnie główką mówi głośno i wyraźnie do jego matki (wychodzi z założenia, że z dzieciakiem to i tak się nie dogada): ,,Potem chłopcyk odda”. Uzyskując potwierdzenie, bawi się dalej tym, co mu zostało. Ja się nie udzielam. Póki nie dochodzi do rękoczynów albo ewidentnych prób naruszenia nietykalności osobistej którejś ze stron (np. sypania piachem w oczy, wyrywanie plastikowych dóbr z rączki), nie interesuje mnie to wszystko totalnie, niech sobie radzą, a co. Huknę, a jakże, gdy przesadnie żwawy ośmiolatek zapędzi się nieco i na drewnianej platformie odsunie moje dwuletnie dzielne stworzonko swoim łapskiem, bo bardzo mu się spieszy. Jeden opieprz jednak zazwyczaj skutkuje, Felek czuje wsparcie mamy, ośmiolatek respekt przed nawiedzoną babą, a ja spokój, bo sytuacja na placu zabaw normuje się w trybie natychmiastowym.

Nawet sobie potańczyłam i spotkałam kilku znajomych. Przypomniały mi się czasy, gdy wypad na imprezę reggae nie był wydarzeniem planowanym z miesięcznym wyprzedzeniem z uwzględnieniem noclegów, obiadu i odpowiedniej ilości zdrowych przekąsek, a spontanicznym zrywem z prowiantem zapakowanym w zielone i brązowe butelki. Jedynym problemem było filozoficzne zagadnienie, czy z dźwięczącym plecakiem przepuszczą przez bramkę. Jeśli przeważały argumenty na ,,nie”, z prowiantu korzystaliśmy w zacisznych zaroślach. Marcinek swoimi przydatnymi w takich chwilach dwoma metrami, ochraniał mnie przed rozskakaną bandą i fruwającymi metrowymi dredami współtańczących pod sceną szczęśliwych ludzi. Czułam się taka mała, miałam przyzwolenie na bycie bezbronną i głupiutką, a teraz proszę- muszę wykorzystać cały potencjał moich ambitnych 163 centymetrów wzrostu, by zapewnić bezpieczeństwo sobie (nikt tego za mnie nie uczyni), małemu chłopcu o niespożytej energii oraz ślicznej gołej dziewczynce ukrytej pod moją pstrokatą sukienką w kwiatki. Nie było źle- dzieci w tej grupie (nienawidzę słowa ,,subkultura”) są traktowane z należytą atencją i szacunkiem. Dredziarskie rodziny z wózkami, brzuchami, chustami, czy biegającym już przychówkiem to widok nierzadki, a na takim festiwalu- powszechny. Niemal do łez wzruszył mnie widok kapeli, która występowała w towarzystwie synka jednego z muzyków- maluch miał najwyżej dwa latka i zabawkową gitarkę elektryczną, na której brzdąkał niemal cały koncert, ujawniając bezdyskusyjną osobowość sceniczną. Zrobił furorę wśród publiczności- jakże mogłoby być inaczej, jeśli połowa dorosłych uczestników zabawy przyprowadziła tam swoje pociechy? Kocham to, bo czuję, że nie jestem sama, wyznając zasadę, że dziecko należy zabierać tam, gdzie rodzice czują się dobrze, gdzie się wyluzowani i radośni. Felek na dwa dni znów postanowił być najmniej problemowym dzieckiem świata, zachowywał się rozkosznie, a jeśli broił to z uśmiechem od ucha do ucha i błyskiem w oku, a nie czerwony na buzi, w poczuciu bezsilności, która go dopada, gdy mama nie ma siły należycie się nim zajmować i musi jakoś zwrócić na siebie jej uwagę. Ja wtedy z trudem hamuję łzy, bo czuję się złą matką, czuję, że nie zapewniam synkowi tego, na co zasługuje albo zwlekam się z trudem z kanapy, by włączyć bajkę, pobudować z klocków, zrobić kakałko. I znowu chce mi się płakać, tym razem nad sobą, że tak bardzo chciałabym chwilę odpocząć, odezwać się do kogoś, ponarzekać, usłyszeć pocieszenie, ale jak to, przecież nie pierwsza w takiej sytuacji jestem i nie ostatnia. Więc biorę się w garść, bo dopadają mnie wyrzuty sumienia, że się tak mazgaję, a życie ucieka. Na festiwalu nie miałam tego typu dylematów. Było mi bezbrzeżnie dobrze, czułam się dobrą mamą, czułam zdrowie psychiczne i fizyczne mojej dwójeczki, wiedziałam, że tak to powinno wyglądać. I mój nastrój udzielał się synkowi, który może jeszcze nie rozumie przesłania muzyki, może nie bawi się setnie w grupie tańczących pod sceną dorosłych wariatów, ale napawając się dobrym nastrojem i spokojem duszy swojej mamy, nieświadomie odwdzięcza się grzecznością, humorem i radosną ciekawością świata. Wracając, zajechaliśmy do muzeum ze starymi lokomotywami, wagonami i parowozami. Do niektórych można było wejść. Feliks był zachwycony. Latał jak dziki między tymi pociągami, chociaż pora, jak na niego, była raczej śpiąca. Z mamusią, czy bez, zawsze taki sam fun, roztapiająca serce pewność siebie, odwaga, przebojowość, uśmiech! Moje dziecko po weekendzie z zadowoloną, w miarę wypoczętą mamą i uroczą ciocią, która bez względu na okoliczności zawsze była gotowa poczęstować lodami, ciepłym słowem czy po prostu wzięła na opka, rozbrajało aspektami osobowości, które na co dzień skrzętnie ukrywa. I dlatego będziemy jeździć, chodzić, zwiedzać, poznawać. Każde nowe doświadczenie buduje tożsamość. Niech to są dobre doświadczenia.

W domku mały wypadek- Felek mimo ostrzeżeń zjechał na swoim samochodziku z kilku schodów, przekoziołkował i spadł twarzą na betonowy kant. Krew się umyło, ale już do końca dnia wyglądał jak Gołota po sparingu. Czerwona krecha od nasady nosa do brody też nie dodawała uroku. A mimo to był bardzo dzielny i pomagał mamusi (z własnej woli) ciągnąć torbę na kółkach z ciężkimi zakupami. Moje małe, spuchnięte, słodkie stuprocentowe męstwo.

Zobaczcie mnie!

Dziś zobaczyłam jak rusza się moje dziecko. Dotychczas czułam, a to kopnięcia, a to stuknięcia, a to momenty przebudzenia, a dziś nagle, bez uprzedzenia kawał mojego przeogromnego brzuszyska podskoczył z impetem, potem było jeszcze lekkie falowanie, trwające dosłownie chwilkę. Lilianna zmieniła pozycję na bardziej komfortową i ułożyła się wygodnie. Dała się mamie zobaczyć, powinna być zadowolona. To jest… To jednak rusza, dosłownie i w przenośni. Jem coś, np. kanapkę z papryką- i już wiem, że sztab malutkich krwinek znosi udzielnej księżnej te wszystkie biologiczne dobra; wypijam szklankę mleka i wiem, tak, te cieniutkie kości nabierają masy, chłoną potencjał, który pozwoli im w przyszłości uciekać mamie na ulicę. Tymczasem istotce jest niewygodnie, bo już się trochę przez pół roku tych jogurtów, papryk, szczypiorków, jabłek i kotletów zdążyła najeść, gdyby teraz przyszła na świat miałaby szansę przeżyć- czyż taka świadomość nie jest niesamowita? A już w ogóle rozczula mnie coraz bliższa przyszłość- byt złożony ze zjedzonych przeze mnie produktów niebawem objawi mi się jako słodkie, różowe, ciepłe, gładkie, kochane, kochane, kochane. Te pofałdowane nóżki, łokietki z dziurkami, bezzębne usteczka, nosek jak kartofelek, nieproporcjonalnie ogromne oczy. Oczodoły Felcia wystawały poza czaszkę, wyglądał jak żaba przez dobrych kilka miesięcy swojego życia. Wiecie, co to jest? To obsesja świadomości, że twój głupi organizm, który tak całe życie poza ciążą zaniedbujesz, bo imprezujesz, potem obżerasz się zupkami chińskimi i opijasz kawą, pracujesz, strzelasz browar raz po raz i łazisz w mrozy z odkrytymi nerkami, wydaje na świat nowe życie. Całkiem bezbronne, całkiem niewinne i rozkoszne. Sama wyjdziesz w cienkich biodróweczkach, chociaż na dworze ziąb, a kruszynkę obleczesz w  misiowy kombinezon, żeby przypadkiem nie zmarzła, nawet troszkę. Jest to troska zupełnie od ciebie niezależna. Podobnie jak nagłe znieruchomienie, gdy pojawia się podejrzenie, że twojemu dziecku stała się lub zaraz stanie, krzywda. Wkurza cię, sika w gacie, drze umorusaną mordkę, a gdy staje na krawędzi stromych schodów i już wiesz, że być może nie zdążysz go złapać, odczuwasz totalny paraliż. Lęk o dziecko jest bardzo prymitywny, myślę, że stanowi podstawę praktyki ewolucji, a jednak dotyczy zarówno tłumaczek przysięgłych, jak i sprzątaczek. Fascynuje mnie to. I cieszę się, że w gospodarstwie moich doświadczeń udało się Opatrzności wydzielić sporą przestrzeń na bycie mamą.

Felek nie lubi dzieci

Proces odcinania mentalnej pępowiny jest żmudny i doprowadza mnie do czarnej rozpaczy. U cioci z Maksiem Felek został bez histerii, był pogodny i grzeczny, nawet się nie posikał (bo popuszczenie paru kropel bezpośrednio przed odwlekanym wskoczeniem na nocnik to jeszcze nie przestępstwo), ładnie jadł, ba!- pokornie położył się do łóżka, gdy się zmęczył zabawą i usnął w ciągu 10 minut. Moja szwagierka nie narzekała na niego, nie walił głową w ścianę, nie darł się, że chce do mamy. Wszystko to uszczęśliwiło mnie do głębi. Ale dziś pojechałam z nim na szkolenie na temat powrotu mamy do pracy. Od wczoraj przygotowywałam Felcia psychicznie na to, co tam będzie się działo: że mama idzie do szkoły, a w tym czasie w sali obok będą dzieci i pani, będą zabawki i ogólnie pełen fun. Nie sprzeciwiał się. Nawet to sobie powtarzał pod nosem co jakiś czas, pewnie, żeby się oswoić. Ale się nie oswoił. Specjalnie byliśmy trochę szybciej, po drodze razem rajcowaliśmy się wielką rzeką (Motława), wspólnym drugim śniadaniem na ławce przy deptaku, statkami, promami i dźwigami. Humor dopisywał. Do czasu, aż trafiliśmy do sali zabaw i chciałam tam to moje nieszczęsne dziecko zostawić. Tylko 2 minuty starał się być dzielny, jak tylko zrobiłam mu ,,pa pa”, uderzył w taki ryk, że aż mi było głupio, bo były tam jeszcze inne dzieci, zarówno młodsze, jak i starsze i tylko półtoraroczny Tomuś trochę stękał za mamą, ale dał się przekonać, że jest fajnie, gdy zajęła się nim indywidualnie jedna z animatorek. Felcia też obskoczyły, i panie, i pan, podsuwali mu zabawki, a ten darł się wniebogłosy. Uciekłam stamtąd jak najszybciej, żeby tego nie słyszeć i zasiadłam wygodnie na sali szkoleniowej. Wykład się rozpoczął. Po 5 minutach- wchodzi jedna z animatorek: ,,Przepraszam, czy mogę prosić mamę Felka? Bo on zwymiotował, tzn. trochę ulał. Mlekiem tak trochę.” Wstałam niemożliwie wściekła. Na dziecko, na siebie, że skaczę nad nim jak kwoka i oto efekty. Na animatorkę, że jej płacą za zajmowanie się dzieckiem a kilka minut potrafi wytrzymać z cięższym przypadkiem. ,,O Jezusssssss”- syknęłam i poszłam. Faktycznie, moim oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy: obrzygane dziecko trzęsące się jak w febrze, zaciągające się płaczem a przy tym usiłujące mnie przekonać, byśmy już jechali do domku. Chociaż miałam ochotę go raczej wrzucić do tej Motławy, bez zbędnych ceregieli wytarłam mu spodnie i chciałam z powrotem zaprowadzić do dzieci, ale główna prowadząca, zaniepokojona aferą, przyszła i zaproponowała, bym zabrała go ze sobą na salę. Płakać mi się zachciało: a miał być relaks! Ale dobrze, poszedł tam ze mną i był względnie grzeczny, tylko wciąż roztrzęsiony gadał coś głośno, przez co utrudniał skupienie i prowadzenie szkolenia. Na szczęście po niedługim czasie zajaśniało światełko w tunelu: ,,Gdzie mała piłecka?”- zapytał z podkuwką Feluś. ,,U dzieci, chcesz iść tam po swoją piłeczkę?”- odpowiedziałam pytaniem na pytanie bez nadziei na odpowiedź twierdzącą. A tu cud! Felek chciał iść po piłeczkę! Zaprowadziłam go tam zatem, znaleźliśmy piłeczkę i spyliłam. Już za zamkniętymi drzwiami usłyszałam rzewny płacz, ale co oczy nie widzą to serce nie boli. Wytrwałam do przerwy. W jej trakcie dostałam kawkę i poszłam do dziecka. Jedna z pań bujała go we wózku, nie płakał tylko kontemplował z miną skazańca rzeczywistość, jaka go otaczała- dramat: dzieci wesoło pląsające w rytm muzyczki, moc zabawek, uśmiechnięci animatorzy, kartki do rysowania, kredki, kolorowe woreczki i chusty. W takich warunkach to chyba można się tylko powiesić. Objawiłam mu się, poszliśmy do łazienki, zrobił siusiu, usiadłam z nim przy stole, dałam ciastko i piłam kawę, gaworząc z animatorką korzystającą z chwili wytchnienia, bo i inne mamy przyszły w czasie przerwy odwiedzić swoje pociechy. W międzyczasie dosiadł się do nas jeden z animatorów i zaczął powoli nakłaniać mojego syna, by dotknął kredki. Udało mu się! Gdy przyszła po mnie organizatorka z informacją, że przerwa się kończy, wstałam i poszłam, a Felek nie ryczał. Nie, żeby był zachwycony- raczej z rezygnacją poddał się biegowi wydarzeń. I tak znowu minęła godzina i szkolenie właściwie się zakończyło- pozostały jedynie indywidualne konsultacje z trenerką, na które jakoś po tym wszystkim nie miałam najmniejszej ochoty… Gdy poszłam Felcia odebrać, krążył błędnie po tej sali, ale nie płakał. Kurczowo dzierżył w dwóch garstkach skarby przywiezione z domu: szklaną kulkę, ludka duplo, mały motorek i wiatraczek. Nawet załapał się do telewizji, bo operatorka kamery go nakręciła, jak częstował się paluszkami. Podstawiłam sobie nogę na niedozwolonych myślach, że w sumie to mogłam sobie podarować ten wyjazd.
Nie, nie mogłam. Moje dziecko jest z tych, o których zrezygnowane matki mówią: ,,Przecież on by nie został…”, ,,Nie, on nie będzie się bawił…”, ,,On by tam ryczał, to nie ma sensu”, a ja w 7 miesiącu ciąży na prawdę nie uważam za megarozrywkę jechać godzinę kolejką, by posłuchać sobie wycia swojego ukochanego synka zza drzwi. A jednak obstaję przy wersji, że w takich warunkach tym bardziej powinnam podejmować próby separacji i dzisiejszy dzień postrzegam jako zwycięstwo z własną słabością, którą jest przesadne zaangażowanie w budowanie ultrahiperszczęśliwego dzieciństwa mojemu dziecku. Jak widać, i tutaj okazuje się życiowym powiedzenie, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane, bo czy dziecko przeżywające swoje dzieciństwo bez zastrzeżeń, mając ponad 2 lata, wymiotuje ze zdenerwowania gdy mama znika mu z oczu, chociaż wokół sam miód i maliny, jeśli chodzi o rozrywki dla tejże grupy wiekowej? Goryczą napełniła me serce także odpowiedź na pytanie, jakie zadałam Felciowi już po wszystkim- czyli na ławce, w promieniach słoneczka, obserwując przepływające statki i pałaszując bułkę z serkiem: ,,A co robiłeś u dzieci?”. ,,Bawić”- usłyszałam. Jak to była zabawa, to on jest chyba masochistą.
Wczoraj byli u nas goście, mój brat z narzeczoną, kilkoro przyjaciół. Wujek zagadywał uradowanego znajdowaniem się w centrum uwagi oraz otrzymanymi słodyczami, Feliksika: ,,A chodzisz na plac zabaw?”- ,,Tak!!!”- ,,A lubisz chodzić na plac zabaw?”- ,,Tak!!!”- ,,I co tam robisz, pewnie się bawisz z dziećmi?”- i tutaj następuje bezrefleksyjna, szczera, łamiące serce matki, za to wzbudzająca ogólną wesołość, odpowiedź mojego syna: ,,Felek nie lubi dzieci.”. Powiedział prawdę, a ja tak pragnę, żeby taki stan rzeczy uległ zmianie. Jak to zrobić?…