Felek nie lubi dzieci

Proces odcinania mentalnej pępowiny jest żmudny i doprowadza mnie do czarnej rozpaczy. U cioci z Maksiem Felek został bez histerii, był pogodny i grzeczny, nawet się nie posikał (bo popuszczenie paru kropel bezpośrednio przed odwlekanym wskoczeniem na nocnik to jeszcze nie przestępstwo), ładnie jadł, ba!- pokornie położył się do łóżka, gdy się zmęczył zabawą i usnął w ciągu 10 minut. Moja szwagierka nie narzekała na niego, nie walił głową w ścianę, nie darł się, że chce do mamy. Wszystko to uszczęśliwiło mnie do głębi. Ale dziś pojechałam z nim na szkolenie na temat powrotu mamy do pracy. Od wczoraj przygotowywałam Felcia psychicznie na to, co tam będzie się działo: że mama idzie do szkoły, a w tym czasie w sali obok będą dzieci i pani, będą zabawki i ogólnie pełen fun. Nie sprzeciwiał się. Nawet to sobie powtarzał pod nosem co jakiś czas, pewnie, żeby się oswoić. Ale się nie oswoił. Specjalnie byliśmy trochę szybciej, po drodze razem rajcowaliśmy się wielką rzeką (Motława), wspólnym drugim śniadaniem na ławce przy deptaku, statkami, promami i dźwigami. Humor dopisywał. Do czasu, aż trafiliśmy do sali zabaw i chciałam tam to moje nieszczęsne dziecko zostawić. Tylko 2 minuty starał się być dzielny, jak tylko zrobiłam mu ,,pa pa”, uderzył w taki ryk, że aż mi było głupio, bo były tam jeszcze inne dzieci, zarówno młodsze, jak i starsze i tylko półtoraroczny Tomuś trochę stękał za mamą, ale dał się przekonać, że jest fajnie, gdy zajęła się nim indywidualnie jedna z animatorek. Felcia też obskoczyły, i panie, i pan, podsuwali mu zabawki, a ten darł się wniebogłosy. Uciekłam stamtąd jak najszybciej, żeby tego nie słyszeć i zasiadłam wygodnie na sali szkoleniowej. Wykład się rozpoczął. Po 5 minutach- wchodzi jedna z animatorek: ,,Przepraszam, czy mogę prosić mamę Felka? Bo on zwymiotował, tzn. trochę ulał. Mlekiem tak trochę.” Wstałam niemożliwie wściekła. Na dziecko, na siebie, że skaczę nad nim jak kwoka i oto efekty. Na animatorkę, że jej płacą za zajmowanie się dzieckiem a kilka minut potrafi wytrzymać z cięższym przypadkiem. ,,O Jezusssssss”- syknęłam i poszłam. Faktycznie, moim oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy: obrzygane dziecko trzęsące się jak w febrze, zaciągające się płaczem a przy tym usiłujące mnie przekonać, byśmy już jechali do domku. Chociaż miałam ochotę go raczej wrzucić do tej Motławy, bez zbędnych ceregieli wytarłam mu spodnie i chciałam z powrotem zaprowadzić do dzieci, ale główna prowadząca, zaniepokojona aferą, przyszła i zaproponowała, bym zabrała go ze sobą na salę. Płakać mi się zachciało: a miał być relaks! Ale dobrze, poszedł tam ze mną i był względnie grzeczny, tylko wciąż roztrzęsiony gadał coś głośno, przez co utrudniał skupienie i prowadzenie szkolenia. Na szczęście po niedługim czasie zajaśniało światełko w tunelu: ,,Gdzie mała piłecka?”- zapytał z podkuwką Feluś. ,,U dzieci, chcesz iść tam po swoją piłeczkę?”- odpowiedziałam pytaniem na pytanie bez nadziei na odpowiedź twierdzącą. A tu cud! Felek chciał iść po piłeczkę! Zaprowadziłam go tam zatem, znaleźliśmy piłeczkę i spyliłam. Już za zamkniętymi drzwiami usłyszałam rzewny płacz, ale co oczy nie widzą to serce nie boli. Wytrwałam do przerwy. W jej trakcie dostałam kawkę i poszłam do dziecka. Jedna z pań bujała go we wózku, nie płakał tylko kontemplował z miną skazańca rzeczywistość, jaka go otaczała- dramat: dzieci wesoło pląsające w rytm muzyczki, moc zabawek, uśmiechnięci animatorzy, kartki do rysowania, kredki, kolorowe woreczki i chusty. W takich warunkach to chyba można się tylko powiesić. Objawiłam mu się, poszliśmy do łazienki, zrobił siusiu, usiadłam z nim przy stole, dałam ciastko i piłam kawę, gaworząc z animatorką korzystającą z chwili wytchnienia, bo i inne mamy przyszły w czasie przerwy odwiedzić swoje pociechy. W międzyczasie dosiadł się do nas jeden z animatorów i zaczął powoli nakłaniać mojego syna, by dotknął kredki. Udało mu się! Gdy przyszła po mnie organizatorka z informacją, że przerwa się kończy, wstałam i poszłam, a Felek nie ryczał. Nie, żeby był zachwycony- raczej z rezygnacją poddał się biegowi wydarzeń. I tak znowu minęła godzina i szkolenie właściwie się zakończyło- pozostały jedynie indywidualne konsultacje z trenerką, na które jakoś po tym wszystkim nie miałam najmniejszej ochoty… Gdy poszłam Felcia odebrać, krążył błędnie po tej sali, ale nie płakał. Kurczowo dzierżył w dwóch garstkach skarby przywiezione z domu: szklaną kulkę, ludka duplo, mały motorek i wiatraczek. Nawet załapał się do telewizji, bo operatorka kamery go nakręciła, jak częstował się paluszkami. Podstawiłam sobie nogę na niedozwolonych myślach, że w sumie to mogłam sobie podarować ten wyjazd.
Nie, nie mogłam. Moje dziecko jest z tych, o których zrezygnowane matki mówią: ,,Przecież on by nie został…”, ,,Nie, on nie będzie się bawił…”, ,,On by tam ryczał, to nie ma sensu”, a ja w 7 miesiącu ciąży na prawdę nie uważam za megarozrywkę jechać godzinę kolejką, by posłuchać sobie wycia swojego ukochanego synka zza drzwi. A jednak obstaję przy wersji, że w takich warunkach tym bardziej powinnam podejmować próby separacji i dzisiejszy dzień postrzegam jako zwycięstwo z własną słabością, którą jest przesadne zaangażowanie w budowanie ultrahiperszczęśliwego dzieciństwa mojemu dziecku. Jak widać, i tutaj okazuje się życiowym powiedzenie, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane, bo czy dziecko przeżywające swoje dzieciństwo bez zastrzeżeń, mając ponad 2 lata, wymiotuje ze zdenerwowania gdy mama znika mu z oczu, chociaż wokół sam miód i maliny, jeśli chodzi o rozrywki dla tejże grupy wiekowej? Goryczą napełniła me serce także odpowiedź na pytanie, jakie zadałam Felciowi już po wszystkim- czyli na ławce, w promieniach słoneczka, obserwując przepływające statki i pałaszując bułkę z serkiem: ,,A co robiłeś u dzieci?”. ,,Bawić”- usłyszałam. Jak to była zabawa, to on jest chyba masochistą.
Wczoraj byli u nas goście, mój brat z narzeczoną, kilkoro przyjaciół. Wujek zagadywał uradowanego znajdowaniem się w centrum uwagi oraz otrzymanymi słodyczami, Feliksika: ,,A chodzisz na plac zabaw?”- ,,Tak!!!”- ,,A lubisz chodzić na plac zabaw?”- ,,Tak!!!”- ,,I co tam robisz, pewnie się bawisz z dziećmi?”- i tutaj następuje bezrefleksyjna, szczera, łamiące serce matki, za to wzbudzająca ogólną wesołość, odpowiedź mojego syna: ,,Felek nie lubi dzieci.”. Powiedział prawdę, a ja tak pragnę, żeby taki stan rzeczy uległ zmianie. Jak to zrobić?…

2 myśli nt. „Felek nie lubi dzieci

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>