Weekend pozytywny

Wróciliśmy dzisiaj z festiwalu ,,Letnie falowanie”, który odbywał się przez dwa dni na jednym z kaszubskich zadupi, tj. w urokliwej wiosce o nazwie Wiele, nad samym jeziorem, w bezpośrednim sąsiedztwie zielonego lasu, gdzie nawet komarów nie było. Wybraliśmy się tam w czwórkę: nasza przyjaciółka Ola, Feliks, Lilianna w odmętach maminego brzuszka, no i ja. Było cudownie. Spaliśmy w wynajętym pokoju, bo trochę obawiałam się namiotowego debiutu z Felciem- bez butli gazowej, bez kaszeczki porannej, bez lodówki i bieżącej wody- to chyba jednak jeszcze za szybko na takie hardkory. Poza tym zawsze chciałam na pierwszy nocleg w namiocie z synkiem wybrać się z Marcinem, a nie wiem, kiedy to nastąpi ze względu na jego dwie, w porywach trzy prace, które jakoś ciężko pogodzić z życiem rodzinnym. Ale nie będę marudzić. Wracam do festiwalu. Dotarliśmy tam po dość długiej, acz niewyczerpującej (Feluś niemal całą drogę spał) podróży samochodem, rozlokowaliśmy się w przytulnym pokoiku, następnie udaliśmy się na obiadokolację do pobliskiego baru (Felek: naleśnik z oliwkami i tuńczykiem, frytki, soczek i lody- ciocia Ola nie próżnowała jeśli chodzi o bratanie się z dzieckiem hołdując zasadzie ,,przez żołądek do serca…), potem jeszcze rybka zaliczyła w domku wieczorynkę i poszliśmy na imprezę. Pierwszy dzień był nieco mniej rozrywkowy, brakowało muzycznego walnięcia na głównej scenie, a pogoda raczej nie dopisywała- było, oględnie mówiąc, zimno. Felek wydaje się jednak absolutnie odporny na jakiekolwiek niedogodności atmosferyczne- śmieje się do rozpuku, moknąc na ulewie, a ,,wieje tlosecke” to jego komentarz na wichurę urywającą głowy. Gdy  gonię go, próbując ubrać w dodatkowy sweterek, bo sama marznę jak piesek rasy chiński grzywacz prowadzony w styczniu przez pijanego właściciela na spacer bez kombinezonu (najbardziej żałosny widok, z jakim się w życiu spotkałam- musiałam to przytoczyć), Feluś ucieka, stwierdzając krótko: ,,Nie tseba swetelka. Jus sie nagzało”. Może mieć łapki lodowate, nosek jak kamyk w górskiej rzece, uszki czerwone, ale nie zhańbi się poinformowaniem mamy, że jest mu zimno (no, chyba, że mama w upale wygrzewa się, wychylając przez otwarte na oścież okno, a jemu to przeszkadza w spokojnym oglądaniu bajki albo odkrył się w nocy- przez sen nie jest aż taki hardy, przez sen to najsłodsza istotka pod słońcem). Tym bardziej, jeśli akurat ma jakieś ultraważne zadanie do wykonania: wlezienie na drabinę (festiwal odbywał się na terenie parku, gdzie funkcjonował także czadowy plac zabaw- była to jedna z większych zalet tego wydarzenia, obok boiska do siatkówki, które zastąpiło czeredzie młodych rastamanów piaskownicę; dzięki tym dwóm instytucjom ciocie i mamusie małych imprezowiczów, o ile akurat nie były ciężarne, mogły spokojnie popijać piwko na ławce, chłonąć przekaz pozytywnej muzyki i rozmawiać na tematy, które już dawno zakopało się pod kijkiem z przybitą kartką ,,nieważne” – nagle okazało się bowiem, że wszystko jest ważne, tylko gdy dziecko, szkoła albo praca siedzi na głowie, to trudno sobie to uświadomić), zjechanie ze zjeżdżalni, pochlapanie się nad jeziorem za pomocą wrzucanych doń konarów i wielkich kamlotów, kilka podrygnięć w rytm muzyki albo po prostu chowanie się mamie. To ostatnie oczywiście nieco zakłócało spokojne wieczorne rozmowy, ale na pewno nie na tyle, by syczeć i pluć z niechęci do życia, żałując, że w ogóle się wyszło z domu. Humor dopisywał nam cały czas. Felek zasypiał we wózku, a my mogłyśmy jeszcze trochę pooddychać atmosferą, która niestety nie na co dzień towarzyszy zapracowanej studentce czy brzuchatej mamie.

Drugiego dnia festiwalu postanowiłyśmy zapewnić dziecku aktywny dzień. Najcieplej to nie było, ale odważyłyśmy się wybrać do skansenu z chatami i sprzętami dawnych czasów. Feliks uwielbia wszelkiej maści wiatraki, więc dał się skusić obietnicą, że będzie wielki wiatrak, do którego można nawet wejść. I rzeczywiście, nie mógł opanować zachwytu, wszystko łapał, biegał, wyglądał przez okienko, pełnia szczęścia. Pozwoliłam mu nieopatrznie nawet wejść tam raz samodzielnie i usiadłam na sekundkę na trawie, czego pożałowałam, gdy pani kustoszka wyprowadziła go za rączkę z informacją, że zdarzyło się nieszczęście. A owszem, Felek się posikał we wiatraku (trzeba było zaznaczyć teren), mama zmuszona była przebrać go w krótkie spodenki mimo kontrowersyjnej pogody (innych suchych i czystych ze sobą nie miała), po czym natychmiast złapała nas okrutna ulewa. Biegłyśmy z wózkiem dobre 10 minut, w trakcie których cała trójka dokumentnie zmokła, a nasza Ola poczyniła już plany szybszego powrotu do domu, gdyż widok nieba nie sugerował rychłej poprawy warunków atmosferycznych. W samochodzie dziecko zostało rozebrane i przykryte kocem, wskutek czego od razu usnęło a my szczękając zębami, zastanawiałyśmy się poważnie nad dalszymi losami naszego pobytu w tych rejonach Kaszub. Dojechałyśmy jednak do naszego domku, Felek poszedł z powrotem spać i spał tak łącznie 3,5 godziny, a my razem z nim. Po przebudzeniu świat wydał nam się znowu piękny i nawet brak jakichkolwiek ciuchów na przebranie dla nas i malca przestał być problemem- w majtkach i podkoszulkach wywiesiliśmy mokre ubrania w PEŁNYM SŁOŃCU, które w połączeniu z delikatnym wietrzykiem, szybko uporało się z naszą festiwalową traumą. Nasyciwszy się ryżem i pulpetami ze słoika, mogliśmy ponownie udać się na teren letniego falowania…

Drugi dzień imprezy zdecydowanie był lepszy, szczególnie pod względem muzycznym, bo koncerty odbywały się na dużej scenie, pod którą zaroiło się od tańczących. Feluś też dokazywał, objawiając swoje zdolności wyczucia rytmu i synchronizacji ruchowej, czym wzbudzał ogólną wesołość… Uznał jednak, że za darmo nie będzie się produkował i poszybował na wyżej wspomniane boisko, by z premedytacją drażnić inne dzieci (żadne oprócz niego nie było tak bajecznie wyposażone), ładując własną łopatką piach do pojemnika po płynnymi Monte, poprawiając grabkami i zepsutym kubkiem niekapkiem. Naturalnie szybko pojawiały się w takich momentach tzw. hieny piaskownicowe, które Felek traktuje z dużą rezerwą. Co innego, gdy przyłazi takie z własnym sprzętem, nawet lepszym, niż skarby Felcia- nie szkodzi, ważne, że raczej zajmie się swoim grajdołem i nie trzeba będzie dodatkowo walczyć z jego matką, którą słychać już z odległości 50 metrów: ,,Ale to nie są twoje, musisz się zapytać chłopczyka, czy możesz na chwilkę wziąć łopatkę”. Felek już się nauczył (W KOŃCU!!) dyplomacji w takich chwilach. Pozwala wziąć intruzowi zabawkę (o ile akurat się nią nie bawi, oczywiście) i kiwając ostentacyjnie główką mówi głośno i wyraźnie do jego matki (wychodzi z założenia, że z dzieciakiem to i tak się nie dogada): ,,Potem chłopcyk odda”. Uzyskując potwierdzenie, bawi się dalej tym, co mu zostało. Ja się nie udzielam. Póki nie dochodzi do rękoczynów albo ewidentnych prób naruszenia nietykalności osobistej którejś ze stron (np. sypania piachem w oczy, wyrywanie plastikowych dóbr z rączki), nie interesuje mnie to wszystko totalnie, niech sobie radzą, a co. Huknę, a jakże, gdy przesadnie żwawy ośmiolatek zapędzi się nieco i na drewnianej platformie odsunie moje dwuletnie dzielne stworzonko swoim łapskiem, bo bardzo mu się spieszy. Jeden opieprz jednak zazwyczaj skutkuje, Felek czuje wsparcie mamy, ośmiolatek respekt przed nawiedzoną babą, a ja spokój, bo sytuacja na placu zabaw normuje się w trybie natychmiastowym.

Nawet sobie potańczyłam i spotkałam kilku znajomych. Przypomniały mi się czasy, gdy wypad na imprezę reggae nie był wydarzeniem planowanym z miesięcznym wyprzedzeniem z uwzględnieniem noclegów, obiadu i odpowiedniej ilości zdrowych przekąsek, a spontanicznym zrywem z prowiantem zapakowanym w zielone i brązowe butelki. Jedynym problemem było filozoficzne zagadnienie, czy z dźwięczącym plecakiem przepuszczą przez bramkę. Jeśli przeważały argumenty na ,,nie”, z prowiantu korzystaliśmy w zacisznych zaroślach. Marcinek swoimi przydatnymi w takich chwilach dwoma metrami, ochraniał mnie przed rozskakaną bandą i fruwającymi metrowymi dredami współtańczących pod sceną szczęśliwych ludzi. Czułam się taka mała, miałam przyzwolenie na bycie bezbronną i głupiutką, a teraz proszę- muszę wykorzystać cały potencjał moich ambitnych 163 centymetrów wzrostu, by zapewnić bezpieczeństwo sobie (nikt tego za mnie nie uczyni), małemu chłopcu o niespożytej energii oraz ślicznej gołej dziewczynce ukrytej pod moją pstrokatą sukienką w kwiatki. Nie było źle- dzieci w tej grupie (nienawidzę słowa ,,subkultura”) są traktowane z należytą atencją i szacunkiem. Dredziarskie rodziny z wózkami, brzuchami, chustami, czy biegającym już przychówkiem to widok nierzadki, a na takim festiwalu- powszechny. Niemal do łez wzruszył mnie widok kapeli, która występowała w towarzystwie synka jednego z muzyków- maluch miał najwyżej dwa latka i zabawkową gitarkę elektryczną, na której brzdąkał niemal cały koncert, ujawniając bezdyskusyjną osobowość sceniczną. Zrobił furorę wśród publiczności- jakże mogłoby być inaczej, jeśli połowa dorosłych uczestników zabawy przyprowadziła tam swoje pociechy? Kocham to, bo czuję, że nie jestem sama, wyznając zasadę, że dziecko należy zabierać tam, gdzie rodzice czują się dobrze, gdzie się wyluzowani i radośni. Felek na dwa dni znów postanowił być najmniej problemowym dzieckiem świata, zachowywał się rozkosznie, a jeśli broił to z uśmiechem od ucha do ucha i błyskiem w oku, a nie czerwony na buzi, w poczuciu bezsilności, która go dopada, gdy mama nie ma siły należycie się nim zajmować i musi jakoś zwrócić na siebie jej uwagę. Ja wtedy z trudem hamuję łzy, bo czuję się złą matką, czuję, że nie zapewniam synkowi tego, na co zasługuje albo zwlekam się z trudem z kanapy, by włączyć bajkę, pobudować z klocków, zrobić kakałko. I znowu chce mi się płakać, tym razem nad sobą, że tak bardzo chciałabym chwilę odpocząć, odezwać się do kogoś, ponarzekać, usłyszeć pocieszenie, ale jak to, przecież nie pierwsza w takiej sytuacji jestem i nie ostatnia. Więc biorę się w garść, bo dopadają mnie wyrzuty sumienia, że się tak mazgaję, a życie ucieka. Na festiwalu nie miałam tego typu dylematów. Było mi bezbrzeżnie dobrze, czułam się dobrą mamą, czułam zdrowie psychiczne i fizyczne mojej dwójeczki, wiedziałam, że tak to powinno wyglądać. I mój nastrój udzielał się synkowi, który może jeszcze nie rozumie przesłania muzyki, może nie bawi się setnie w grupie tańczących pod sceną dorosłych wariatów, ale napawając się dobrym nastrojem i spokojem duszy swojej mamy, nieświadomie odwdzięcza się grzecznością, humorem i radosną ciekawością świata. Wracając, zajechaliśmy do muzeum ze starymi lokomotywami, wagonami i parowozami. Do niektórych można było wejść. Feliks był zachwycony. Latał jak dziki między tymi pociągami, chociaż pora, jak na niego, była raczej śpiąca. Z mamusią, czy bez, zawsze taki sam fun, roztapiająca serce pewność siebie, odwaga, przebojowość, uśmiech! Moje dziecko po weekendzie z zadowoloną, w miarę wypoczętą mamą i uroczą ciocią, która bez względu na okoliczności zawsze była gotowa poczęstować lodami, ciepłym słowem czy po prostu wzięła na opka, rozbrajało aspektami osobowości, które na co dzień skrzętnie ukrywa. I dlatego będziemy jeździć, chodzić, zwiedzać, poznawać. Każde nowe doświadczenie buduje tożsamość. Niech to są dobre doświadczenia.

W domku mały wypadek- Felek mimo ostrzeżeń zjechał na swoim samochodziku z kilku schodów, przekoziołkował i spadł twarzą na betonowy kant. Krew się umyło, ale już do końca dnia wyglądał jak Gołota po sparingu. Czerwona krecha od nasady nosa do brody też nie dodawała uroku. A mimo to był bardzo dzielny i pomagał mamusi (z własnej woli) ciągnąć torbę na kółkach z ciężkimi zakupami. Moje małe, spuchnięte, słodkie stuprocentowe męstwo.

4 myśli nt. „Weekend pozytywny

  1. Dorota

    Marysiu czytam regularnie , nawet wkurzam się jak dłuższy czas nic nie ma. Nudno tu póki co więc bądź tak miła i dostarczaj mi regularnie czegoś do czytania ;);) Festiwalu zazdroszczę .. ehh już nie pamiętam kiedy my mieliśmy okazję się gdzieś wyrwać. Podoba mi się, że pełno zdjątek powrzucałaś.. musze kupić kabel do telefonu, bo nie mamy aparatu to może pare widoczków też udostępnie.

    Buziaki dla całej Blokowskiej rodzinki .

    Odpowiedz
  2. EMIL

    HEJ kOCHANA
    tak tylko dorzuce ze juz trzeci dzien doczytuje ten wpis (: i w koncu skonczylam ufffff ale mimo to kocham swoj ciezarek,calus

    Odpowiedz
  3. Pingback: Letnie Falowanie 2012 | Mama na Puszczy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>