Zobaczcie mnie!

Dziś zobaczyłam jak rusza się moje dziecko. Dotychczas czułam, a to kopnięcia, a to stuknięcia, a to momenty przebudzenia, a dziś nagle, bez uprzedzenia kawał mojego przeogromnego brzuszyska podskoczył z impetem, potem było jeszcze lekkie falowanie, trwające dosłownie chwilkę. Lilianna zmieniła pozycję na bardziej komfortową i ułożyła się wygodnie. Dała się mamie zobaczyć, powinna być zadowolona. To jest… To jednak rusza, dosłownie i w przenośni. Jem coś, np. kanapkę z papryką- i już wiem, że sztab malutkich krwinek znosi udzielnej księżnej te wszystkie biologiczne dobra; wypijam szklankę mleka i wiem, tak, te cieniutkie kości nabierają masy, chłoną potencjał, który pozwoli im w przyszłości uciekać mamie na ulicę. Tymczasem istotce jest niewygodnie, bo już się trochę przez pół roku tych jogurtów, papryk, szczypiorków, jabłek i kotletów zdążyła najeść, gdyby teraz przyszła na świat miałaby szansę przeżyć- czyż taka świadomość nie jest niesamowita? A już w ogóle rozczula mnie coraz bliższa przyszłość- byt złożony ze zjedzonych przeze mnie produktów niebawem objawi mi się jako słodkie, różowe, ciepłe, gładkie, kochane, kochane, kochane. Te pofałdowane nóżki, łokietki z dziurkami, bezzębne usteczka, nosek jak kartofelek, nieproporcjonalnie ogromne oczy. Oczodoły Felcia wystawały poza czaszkę, wyglądał jak żaba przez dobrych kilka miesięcy swojego życia. Wiecie, co to jest? To obsesja świadomości, że twój głupi organizm, który tak całe życie poza ciążą zaniedbujesz, bo imprezujesz, potem obżerasz się zupkami chińskimi i opijasz kawą, pracujesz, strzelasz browar raz po raz i łazisz w mrozy z odkrytymi nerkami, wydaje na świat nowe życie. Całkiem bezbronne, całkiem niewinne i rozkoszne. Sama wyjdziesz w cienkich biodróweczkach, chociaż na dworze ziąb, a kruszynkę obleczesz w  misiowy kombinezon, żeby przypadkiem nie zmarzła, nawet troszkę. Jest to troska zupełnie od ciebie niezależna. Podobnie jak nagłe znieruchomienie, gdy pojawia się podejrzenie, że twojemu dziecku stała się lub zaraz stanie, krzywda. Wkurza cię, sika w gacie, drze umorusaną mordkę, a gdy staje na krawędzi stromych schodów i już wiesz, że być może nie zdążysz go złapać, odczuwasz totalny paraliż. Lęk o dziecko jest bardzo prymitywny, myślę, że stanowi podstawę praktyki ewolucji, a jednak dotyczy zarówno tłumaczek przysięgłych, jak i sprzątaczek. Fascynuje mnie to. I cieszę się, że w gospodarstwie moich doświadczeń udało się Opatrzności wydzielić sporą przestrzeń na bycie mamą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>