Miesięczne archiwum: Lipiec 2011

Brzoskwinki

Miałam dzisiaj sen, że urodziłam Liliannę 30 lipca (o kurczę! to dzisiaj! szkoda, że to tylko sen…), ważyła 2760, miała ciemną czuprynkę, skórę koloru brzoskwini (wcześniacza żółtaczka?!) i obdarzyła mnie promiennym, pełnym zębów uśmiechem jak tylko wydostała się na zewnątrz. Potem od razu wyszłam ze szpitala, a małą zostawiłam pod opieką mojej mamy, bo musiałam jechać załatwiać jakieś biurokracyjne sprawunki… Po 2 dniach, podczas których dziecko ani nic nie jadło, ani nic nie spało (z relacji mojej mamy), przyssało się do mnie i zalała je rzeka mleka, które chłeptało łapczywie. Koniec snu. Obudziłam się z ogromnym bebechem, który bynajmniej nie świadczył o przebytym co dopiero porodzie, co mnie nieco zmartwiło, ale zaraz zaczęłam sobie racjonalizować, że w sumie z wcześniakiem to jeszcze więcej problemów niż z ciążą, niech więc jeszcze trochę posiedzi.

Wczoraj przyjechali po mnie nasi dawni sąsiedzi i wybraliśmy się na festiwal etnicznej muzyki z maluchami, żeby jednak nie płacić za bilety, czas spędzaliśmy uroczo na łączce nieopodal sceny, słuchając muzyki zza płotu i debatując na tematy głównie dzieciowe. Helenka urosła i wysmuklała. Podoba mi się jej pewność siebie, bo Felunia w jej wieku (1,5 roczku) nie można raczej było określić mianem duszy towarzystwa, zresztą nadal nie da rady, co przestało mi już zupełnie przeszkadzać. Ja byłam porażająco nieśmiałym dzieckiem, a Marcinek, z tego co wiem, też nie brylował wśród rówieśników mając kilka lat. Są różne charaktery, wiem, że to banalne, ale uświadamiając to sobie, można dziecku wiele odpuścić i samemu mieć spokój. W każdym razie łączka, na której używaliśmy koncertowej rozrywki, wyposażona była nawet w jakieś drabinki, leżało na niej też sporo ogromnych pniaków i kamieni, zaadaptowanych przez innych niechętnych do płacenia za imprezę jako siedziska oraz przez dzieciaki jako tor przeszkód. Dodatkową atrakcją były zaczynające owocować śliwa i orzech, dzięki którym maluchy mogły zabawiać się do woli zielonymi kulkami. Było spokojnie. Marcinek po skończonej pracy także do nas dotarł. Nagadaliśmy się z ekssąsiadami po dłuższej przerwie w sposobności ku temu, Felek poprzebywał na świeżym powietrzu i poszedł spać bardzo późno (ok. 23!), co pozwoliło nam na nieco dłuższe poleniuchowanie w łóżkach o poranku…

Przejrzałam rzeczy po Helence, które dostałam od Sabinki. Kilka śpioszków, które jeszcze Feliksik nosił, gdy był… malutki? Zabawne, on mi się wciąż wydaje malutki. Wciąż jeszcze jest moją dzidzią, która potyka się na prostej drodze, w nocy musi mieć pieluchę, pije mleko z butli ze smoczkiem i tuli się do mamy z płaczem, gdy się przestraszy nagle włączonego odkurzacza. Dlatego pewnie przeżyję szok, gdy moją młodszą brzoskwinkę położą mi na brzuchu a miniaturowe usteczka otworzą się szeroko w poszukiwaniu pierwszego posiłku. Jakie to będzie uczucie, gdy zakładać będę rękawiczki- niedrapki na maleńkie łapki, skarpetki na kilkucentymetrowe nóżki? Kim stanie się dla mnie mój synuś, gdy wrócimy ze szpitala i zauważę tę potężną różnicę? Wśród rzeczy od Sabinki, znalazły się również dwa śliczne kombinezoniki w najmniejszym rozmiarze, w tym cieńszym, polarowym, być może Lilka będzie wracała do domku po wypisie ze szpitala. O mało się nie popłakałam, oglądając z pietyzmem króciutkie rękawki, nogawki uszyte na podobieństwo łapek misia i kapturek z uszami. I pomyśleć, że na wieść o tym, że jestem w ciąży byli i tacy, którzy z przerażeniem i niezrozumieniem w pierwszym odruchu zapytali: ,,Jak to? Przecież brałaś tabletki!” Na moją nieśmiałą odpowiedź, że wcale nie i to już od jakiegoś czasu, padało ukochane przeze mnie pytanie: ,,W waszej sytuacji nie brałaś? Dlaczego?”. Przyznam, że jeszcze zimą chciało mi się dorabiać do tego ,,niebrania” jakąś ideologię, dzisiaj już wiem na pewno i mogę się tą wiedzą podzielić: nie zażywałam tabletek prawdopodobnie po to tylko, aby nie utrudniać już dłużej przybycia na świat pewnej Ważnej Dziewczynce. I tak musiała ominąć sporo problemów, aby doszło do jej zmaterializowania się w moim brzuszku, zatem wypada jedynie pogratulować jej zapału, cierpliwości i konsekwencji. Moje dzieci są lepsze niż ja.

Zachwycił mnie wczoraj synek. Od jakiegoś czasu fascynują go figury geometryczne. Zna wszystkie, uwielbia książeczkę do nauki kształtów dla maluszków, w której przerzuca kartki jak huragan, wykrzykując z pasją: ,,Tlóntot! Kadlat! Lomb! Półkole! Poskotont! Piciokont!”. Różnorakie figury dostrzega także wokół siebie, np. w kafelkach, czy deskach, z których zbudowana jest piaskownica. Jednak jego wczorajsze spostrzeżenie uznaję za objaw wyjątkowej refleksyjności. Feluś zajadał się kanapką z chlebka razowego posmarowaną miodem. Obgryzł ją dokładnie do połowy. ,,To jest tlóntot!”- zawołał uradowany swoim odkryciem. Mama, zajęta patrzeniem przez okno, już miała przywrócić pierworodnego do porządku, gdyż pewna była, że wygrzebał jakąś zabawkę i jedzenie porzucił na jej rzecz. ,,Gdzie masz trójkąt?”- spytała z lekkim zniecierpliwieniem.- ,,Tutaj”- i klejąca rączka wyciągnęła razowy trójkącik. To mój syn- pomyślałam. To mój syn! Nawet podczas jedzenia jego mała główka przetwarza i transferuje, analizuje i syntetyzuje! Wydawałoby się, że chodzi o napełnienie żołądka lub delektowanie się smakiem (zwłaszcza, jeśli na talerzu znajduje się coś słodkiego, a za takie zapewne należy uznać miód), ale gdzie tam- nawet w takiej chwili daje o sobie znać ten nieustanny proces kojarzenia i odkrywania czegoś nowego, co sprawia, że socjopatia dziecka przestaje mieć znaczenie dla zachwyconego rodzica. Patrząc na Felinka, czasami widzę siebie. Pamięć uaktywniła się u mnie, gdy miałam 3,5 roczku, byłam zatem nieco starsza niż on teraz, ale i tak łączy nas wiele. Kurczę, no ja też potrafiłam znaleźć sobie zabawę na długi czas w każdym miejscu, w jakim się znalazłam, bo przeciery pomidorowe popakowane w foliowe worki przypominały mi tańczące świnie, a chwasty wyrywane przez moją mamę w ogrodzie przedstawiały postacie, które robiły zakupy, modnie się ubierały i przyjaźniły z innymi, granymi przez dżdżownice. Właściwie fantazja potrafi z powodzeniem na jakiś czas zastąpić kontakty z prawdziwymi ludźmi i uważam, że dziecku należy na to w pełni pozwolić. Dlatego, że to rozumiem.

Pomoc przy wstawaniu pilnie potrzebna…

Doczekałam tego etapu ciąży, kiedy samodzielnie nie potrafię wstać z łóżka i nawet udało mi się nauczyć synka pomagać mamusi w tych trudnych chwilach… Oczywiście przy odpowiednim nastawieniu psychicznym oraz napięciu konkretnych mięśni- owszem, wstanę, jednak są to próby na prawdę wysiłkowe… Jak już wstanę i się rozkręcę to nawet jakoś funkcjonuję! Łatwiej jest mi chodzić z wózkiem, bo chociaż muszę go pchać, a jest wyładowany sprzętem piaskownicowym oraz zawodnikiem wagi średniej (rocznik 2009), to jednak mam jakieś tam oparcie i nie muszę tak obsesyjnie dbać o utrzymanie jako takiego pionu… Ten kryzys naszedł mnie w sobotę, kilka dni temu, kiedy to byliśmy z Marcinkiem gośćmi na weselu koleżanki. Nie, żebym jakoś intensywnie tańczyła, po prostu ślub ten od dawna traktowałam jako jakąś metę i po osiągnięciu jej, organizm nieco spasował. Kolejną metą jest kolejny ślub- mojego brata, na którym muszę być. Odbywa się na początku września, a jak wiadomo, jest to miesiąc, w którym mam wyznaczony ,,termin porodu”. Wizualizuję sobie już transport z sali weselnej wprost na porodówkę. A potem będziemy już razem.

Kompletujemy już powoli (bardzo powoli) wyprawkę dla naszej królewny. Mam już właściwie pełne wyposażenie, jeśli chodzi o ubranka, dzisiaj pojawił się u nas przewijak, czekamy na fotelik samochodowy i leżaczek- bujaczek, które na razie zalegają w piwnicy naszych dawnych sąsiadów, rodziców Helenki. Czytam sobie czasami broszurki reklamowe i nabieram dystansu, tak, jak to miałam w zwyczaju czynić przy okazji pierwszej ciąży i narodzin syneczka. Co też człowiek tam może wyczytać! Na przykład, że większość noworodków cierpi na kolki, a lekarstwem na to jest unikalny przedmiot (zapomniałam nazwy), który wkłada się dziecku w dupkę, żeby udrożniał gazy… Przyznam, że słabo mi się zrobiło, a Lilka, czytając w moich myślach, poruszyła się niespokojnie, jakby chciała uprzedzić: ,,Jeśli takie tam macie metody na płacz dziecka to ja to pierd…ę i nigdzie nie wychodzę!”. Myślę sobie: Felek może z trzy razy miał twardy brzuszek- czy to była ta osławiona kolka? Nie wiem, ale pamiętam doskonale, jak sobie z tym radziłam: noszenie, masowanie, bujanie, kładzenie na brzuszku, głaskanie! I wcale nie przez całą noc, a np. 15 minut. Kim trzeba być, by w przypadku jawnej krzywdy maleńkiej istotki, potęgować ją jeszcze, ingerując w delikatne części ciała jakimiś plastikowymi instalacjami, zamiast zrobić ciepłą kąpiel, przytulić, ponucić do uszka? W ogóle nasz synuś zaczął płakać tak na prawdę, w wieku 5-6 miesięcy, gdy wyłoniły się pierwsze ząbki. Wcześniej chyba nie miał powodów. Wszystkie jego potrzeby zaspokajane były, nim sobie je uświadomił. Kilka minut przed jego zgłodnieniem w moich cyckach dochodziło do wybuchu gejzerów mleka, które powodowały natychmiastową konieczność podłączenia pompy ssącej. Pompa ssała i tym sposobem nawet nie poczuła głodu, a już jego widmo zostawało oddalone na kolejne 2 godziny. Za dnia- jak koalka- cały czas przy mamie, czy to w chuście, czy na rękach, czy położony w leżaczku obok, bez przerwy zagadywany, zaśpiewywany, muskany, całowany. Przez cały okres pieluchowania tylko 2 razy odparzona skórka- ale wypadki te zdarzyły się pod opieką osób innych niż mama, czy tata. No i najważniejsze- reakcja na każde stęknięcie, każde mrugnięcie i pierdnięcie, przez okrągłą dobę. Nie miał kiedy się popłakać, bo po prostu nie zdążył. Pewnie niektórzy pomyślą: wariatka. Po co się tak poświęcać, po co tracić siebie? Dziwne, ale w ogóle nie postrzegam tego w kategorii poświęcenia. Ta niezwykła symbioza, jaka łączy dziecko z rodzicami (z każdym w inny sposób, myślę, że mama to raczej biologiczne utrzymanie przy życiu, a tata- rozwój duchowy), była i jest dla mnie fascynująca. Dlatego nie czułam się dzieckiem obciążona. Teraz to co innego- organizm dopomina się o swoje, a Felek o swoje. Ale gdy już urodzę, myślę, że uda mi się te wszystkie żądania pogodzić, bo będę nieco bardziej mobilna. I problem wyimaginowanych kolek, które wg mnie to w zdecydowanej większości przypadków objaw tragicznej tęsknoty za bliskością, nie będzie nas dotyczył.

Jest mi już dość trudno się poruszać. Miewam skurcze, które za każdym razem wywołują popłoch, bo a nuż to już? Niedawno moja koleżanka urodziła córeczkę miesiąc przed spodziewanym terminem. Tęsknię już za moją Lilianną, ale każdy dzień zbliża nas do siebie. W obliczu tego faktu wszystko inne przestaje się liczyć.

Świbno rules!

Wróciliśmy dzisiaj z trzydniowego pobytu w Świbnie. Niby część Gdańska, a czuliśmy się jak na końcu świata. Plaża szeroka, piaszczysto- trawiasto- kijasta, woda przeczysta, pogoda idealna, bo chłodna i pochmurna podczas podróży natomiast słonecznie upalna w trakcie plażowania. Raj. Do miejscówki też nie mieliśmy zbyt wielu zastrzeżeń, chociaż fajnie, gdyby nasz pokoik nie znajdował się na pięćsetnym piętrze (poddasze ogromnego domiska budowanego przez właściciela według autorskiego projektu). Naszego aplauzu nie wzbudziło także gniazdo os, które znajdowało się zaraz obok budynku, w dodatku na drzewie pod którym prorodzinni gospodarze porozkładali całe mnóstwo superfajnych zabawek. Na moje sug–estie, że może warto przełożyć sprzęty ze względu na czyhające niebezpieczeństwo (mnie osobiście jedna osa dziabnęła- bolało strasznie- drżałam za każdym razem, gdy moje słoneczko krążyło zbyt blisko feralnego drzewa), pani odparła: ,,Taaaaak? Nie zwróciłam uwagi!!!”, a jej zdziwienie faktem, że ma przed swoim obiektem turystycznym taką atrakcję w środku lata, było tak kiepskie pod względem aktorskim, że pożałowałam swojej nadgorliwości. Uznałam, że to obiekt rodem z horrorów, w których pracownicy i właściciele hoteli ukrywają przed klientami jakieś okropieństwa a potem mordują ich w różnych makabrycznych celach. Na szczęście moje obawy okazały się nietrafne, bo żyjemy, jednak na wszelki wypadek załadowałam wszystkie klamoty do plastikowej piaskownicy w kształcie muszelki (hit ostatnich lat we wszystkich hipermarketach) i sama przesunęłam 10 metrów dalej, w okolice przeogromnego, błękitnego basenu oraz letniej kuchni, gdzie spędzaliśmy sporo czasu. Grill, opalanie, pływanie na materacu po basenie (przyznam się: nie kąpałam się w morzu, chociaż moje chłopaki czyniły to namiętnie, za to nie zhańbili się, w przeciwieństwie do mnie, zamoczeniem w ogrodowym basenie, mając morze tak blisko), smażona rybka, lody, telewizor (wow…), mnóstwo różnorakiego robactwa, zieleń, cudowne powietrze, a przede wszystkim- bycie razem, wszystko to sprawiło, że wypad zaliczamy do udanych, chociaż dość oryginalnych. Gospodarz jest bowiem zapalonym majsterkowiczem, powiedziałabym wręcz- wizjonerem, a każdy metr kwadratowy tego obejścia nosił ślady tego zapału. Stworzył samodzielnie dom, samochód, maszynę do ślizgania się po lodzie, kompleksową kuchnię w ogrodzie (rozwiązań tam zastosowanych nie powstydziłaby się Ikea ani Robinson Crusoe), a także rozmaite dekoracje z drewna, czy metalu. Patrząc na te nietypowe, czasem wyglądające dość absurdalnie realizacje, przypominaliśmy sobie o tak bliskich naszym duszom klimatach bałkańskich, gdzie wszystko może służyć do wszystkiego. Z reguły kwatery, na które trafiamy, są urządzone skromnie, ładnie, spokojnie i funkcjonalnie, tutaj natomiast czuło się powiew szalonych marzeń, które niekoniecznie ograniczały się do zdarcia jak największej ilości kasy z zakręconych letników.

Co do Felcia, był oczywiście bardzo grzeczny. To znaczy nie był grzeczny w sensie spokojnego siedzenia i niezawracania głowy, ale nie histeryzował, nie sikał w majty (raz w ciągu trzech dni to rekord świata, zważywszy na fakt, że ostatnio sikanie w majty stało się jego sposobem na komunikowanie z otoczeniem i zdarzało się nawet kilkakrotnie w ciągu dnia, co doprowadzało mnie do ukrywanej skrzętnie furii), ładnie zasypiał i eksplorował zastaną rzeczywistość z właściwym sobie, fascynującym zacięciem. Ponadto po równi maltretował mamę, jak i tatę, więc sobie nareszcie trochę odpoczęłam. Humor dopisywał pierwszorzędny, z błahych powodów Feliś śmiał się do rozpuku, czym także nas rozbawiał niekiedy do łez… Coś mają w sobie te maluchy, że obojętne przejście obok ich roześmianych mordek to właściwie niemożliwość, chyba, że jest się cyborgiem. Jeśli jeszcze maluch dysponuje świadomie używanym poczuciem humoru, można się posikać ze śmiechu. Felek ostatnio lubi bajkę ,,Olinek Okrąglinek”, co stwarza nam okazję do strojenia sobie z niego niewinnych żarcików. Wołamy na niego Felinek Okrąglinek itd. Ale i dwuletnia cierpliwość ma swoje granice. Po obiadku, gdy Felek z zapamiętaniem lizał loda, tata zaczepiał go, między innymi nazywając właśnie Felinkiem Okrąglinkiem. Felinek znosił to dzielnie, jednak w końcu nie wytrzymał i z poważną miną, nie odrywając swej uwagi od bigmilka, zripostował ataki ojca słowami: ,,Malcin Okląglinek”. Mało nie spadłam z ławki…

Wszystko pięknie, jedynie powrót był nieco uciążliwy. Prawie 1,5 godziny w przepełnionym do granic możliwości autobusie (niektórzy nie mogli się nawet do niego dostać, my wsiedliśmy na początku, więc mieliśmy ułatwione zadanie), pełnym urlopowiczów z ogromnymi walizami, grubasek pokrytych warstwą perfum, dzięki których wspaniałemu aromatowi połączonemu z brakiem tlenu, mało nie zemdlałam na skutek powstrzymywania odruchu wymiotnego i słaniających się dzieciaków, który na dodatek na jednym z mostów wyrzuca na czas przejazdu przez ów most wszystkich stojących pasażerów, bo czynią za duże obciążenie (Marcinek był zmuszony do spacerku, bo ulitował się nad jakąś chudziną podróżującą z dzieckiem we wózku i ona usiadła obok mnie)- wszystko to sprawiło, że podróż tę wspominać będziemy jako koszmar! Na szczęście Felek spał całą drogę i ominęły go te wszystkie atrakcje, za co jestem wdzięczna Opatrzności… Potem jeszcze godzinka w pociągu, ale to w porównaniu z poprzednim środkiem komunikacji była klasa biznesowa. Bilans całej wycieczki jest zatem zdecydowanie dodatni- kocham te momenty, kiedy robimy coś razem, zbliżamy się do siebie, radzimy sobie z niedogodnościami i cieszymy się z przyjemności. A dziecku, wbrew obiegowym opiniom, takie wyjazdy na prawdę dobrze robią. Przynajmniej naszemu!