Brzoskwinki

Miałam dzisiaj sen, że urodziłam Liliannę 30 lipca (o kurczę! to dzisiaj! szkoda, że to tylko sen…), ważyła 2760, miała ciemną czuprynkę, skórę koloru brzoskwini (wcześniacza żółtaczka?!) i obdarzyła mnie promiennym, pełnym zębów uśmiechem jak tylko wydostała się na zewnątrz. Potem od razu wyszłam ze szpitala, a małą zostawiłam pod opieką mojej mamy, bo musiałam jechać załatwiać jakieś biurokracyjne sprawunki… Po 2 dniach, podczas których dziecko ani nic nie jadło, ani nic nie spało (z relacji mojej mamy), przyssało się do mnie i zalała je rzeka mleka, które chłeptało łapczywie. Koniec snu. Obudziłam się z ogromnym bebechem, który bynajmniej nie świadczył o przebytym co dopiero porodzie, co mnie nieco zmartwiło, ale zaraz zaczęłam sobie racjonalizować, że w sumie z wcześniakiem to jeszcze więcej problemów niż z ciążą, niech więc jeszcze trochę posiedzi.

Wczoraj przyjechali po mnie nasi dawni sąsiedzi i wybraliśmy się na festiwal etnicznej muzyki z maluchami, żeby jednak nie płacić za bilety, czas spędzaliśmy uroczo na łączce nieopodal sceny, słuchając muzyki zza płotu i debatując na tematy głównie dzieciowe. Helenka urosła i wysmuklała. Podoba mi się jej pewność siebie, bo Felunia w jej wieku (1,5 roczku) nie można raczej było określić mianem duszy towarzystwa, zresztą nadal nie da rady, co przestało mi już zupełnie przeszkadzać. Ja byłam porażająco nieśmiałym dzieckiem, a Marcinek, z tego co wiem, też nie brylował wśród rówieśników mając kilka lat. Są różne charaktery, wiem, że to banalne, ale uświadamiając to sobie, można dziecku wiele odpuścić i samemu mieć spokój. W każdym razie łączka, na której używaliśmy koncertowej rozrywki, wyposażona była nawet w jakieś drabinki, leżało na niej też sporo ogromnych pniaków i kamieni, zaadaptowanych przez innych niechętnych do płacenia za imprezę jako siedziska oraz przez dzieciaki jako tor przeszkód. Dodatkową atrakcją były zaczynające owocować śliwa i orzech, dzięki którym maluchy mogły zabawiać się do woli zielonymi kulkami. Było spokojnie. Marcinek po skończonej pracy także do nas dotarł. Nagadaliśmy się z ekssąsiadami po dłuższej przerwie w sposobności ku temu, Felek poprzebywał na świeżym powietrzu i poszedł spać bardzo późno (ok. 23!), co pozwoliło nam na nieco dłuższe poleniuchowanie w łóżkach o poranku…

Przejrzałam rzeczy po Helence, które dostałam od Sabinki. Kilka śpioszków, które jeszcze Feliksik nosił, gdy był… malutki? Zabawne, on mi się wciąż wydaje malutki. Wciąż jeszcze jest moją dzidzią, która potyka się na prostej drodze, w nocy musi mieć pieluchę, pije mleko z butli ze smoczkiem i tuli się do mamy z płaczem, gdy się przestraszy nagle włączonego odkurzacza. Dlatego pewnie przeżyję szok, gdy moją młodszą brzoskwinkę położą mi na brzuchu a miniaturowe usteczka otworzą się szeroko w poszukiwaniu pierwszego posiłku. Jakie to będzie uczucie, gdy zakładać będę rękawiczki- niedrapki na maleńkie łapki, skarpetki na kilkucentymetrowe nóżki? Kim stanie się dla mnie mój synuś, gdy wrócimy ze szpitala i zauważę tę potężną różnicę? Wśród rzeczy od Sabinki, znalazły się również dwa śliczne kombinezoniki w najmniejszym rozmiarze, w tym cieńszym, polarowym, być może Lilka będzie wracała do domku po wypisie ze szpitala. O mało się nie popłakałam, oglądając z pietyzmem króciutkie rękawki, nogawki uszyte na podobieństwo łapek misia i kapturek z uszami. I pomyśleć, że na wieść o tym, że jestem w ciąży byli i tacy, którzy z przerażeniem i niezrozumieniem w pierwszym odruchu zapytali: ,,Jak to? Przecież brałaś tabletki!” Na moją nieśmiałą odpowiedź, że wcale nie i to już od jakiegoś czasu, padało ukochane przeze mnie pytanie: ,,W waszej sytuacji nie brałaś? Dlaczego?”. Przyznam, że jeszcze zimą chciało mi się dorabiać do tego ,,niebrania” jakąś ideologię, dzisiaj już wiem na pewno i mogę się tą wiedzą podzielić: nie zażywałam tabletek prawdopodobnie po to tylko, aby nie utrudniać już dłużej przybycia na świat pewnej Ważnej Dziewczynce. I tak musiała ominąć sporo problemów, aby doszło do jej zmaterializowania się w moim brzuszku, zatem wypada jedynie pogratulować jej zapału, cierpliwości i konsekwencji. Moje dzieci są lepsze niż ja.

Zachwycił mnie wczoraj synek. Od jakiegoś czasu fascynują go figury geometryczne. Zna wszystkie, uwielbia książeczkę do nauki kształtów dla maluszków, w której przerzuca kartki jak huragan, wykrzykując z pasją: ,,Tlóntot! Kadlat! Lomb! Półkole! Poskotont! Piciokont!”. Różnorakie figury dostrzega także wokół siebie, np. w kafelkach, czy deskach, z których zbudowana jest piaskownica. Jednak jego wczorajsze spostrzeżenie uznaję za objaw wyjątkowej refleksyjności. Feluś zajadał się kanapką z chlebka razowego posmarowaną miodem. Obgryzł ją dokładnie do połowy. ,,To jest tlóntot!”- zawołał uradowany swoim odkryciem. Mama, zajęta patrzeniem przez okno, już miała przywrócić pierworodnego do porządku, gdyż pewna była, że wygrzebał jakąś zabawkę i jedzenie porzucił na jej rzecz. ,,Gdzie masz trójkąt?”- spytała z lekkim zniecierpliwieniem.- ,,Tutaj”- i klejąca rączka wyciągnęła razowy trójkącik. To mój syn- pomyślałam. To mój syn! Nawet podczas jedzenia jego mała główka przetwarza i transferuje, analizuje i syntetyzuje! Wydawałoby się, że chodzi o napełnienie żołądka lub delektowanie się smakiem (zwłaszcza, jeśli na talerzu znajduje się coś słodkiego, a za takie zapewne należy uznać miód), ale gdzie tam- nawet w takiej chwili daje o sobie znać ten nieustanny proces kojarzenia i odkrywania czegoś nowego, co sprawia, że socjopatia dziecka przestaje mieć znaczenie dla zachwyconego rodzica. Patrząc na Felinka, czasami widzę siebie. Pamięć uaktywniła się u mnie, gdy miałam 3,5 roczku, byłam zatem nieco starsza niż on teraz, ale i tak łączy nas wiele. Kurczę, no ja też potrafiłam znaleźć sobie zabawę na długi czas w każdym miejscu, w jakim się znalazłam, bo przeciery pomidorowe popakowane w foliowe worki przypominały mi tańczące świnie, a chwasty wyrywane przez moją mamę w ogrodzie przedstawiały postacie, które robiły zakupy, modnie się ubierały i przyjaźniły z innymi, granymi przez dżdżownice. Właściwie fantazja potrafi z powodzeniem na jakiś czas zastąpić kontakty z prawdziwymi ludźmi i uważam, że dziecku należy na to w pełni pozwolić. Dlatego, że to rozumiem.

Jedna myśl nt. „Brzoskwinki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>