Pomoc przy wstawaniu pilnie potrzebna…

Doczekałam tego etapu ciąży, kiedy samodzielnie nie potrafię wstać z łóżka i nawet udało mi się nauczyć synka pomagać mamusi w tych trudnych chwilach… Oczywiście przy odpowiednim nastawieniu psychicznym oraz napięciu konkretnych mięśni- owszem, wstanę, jednak są to próby na prawdę wysiłkowe… Jak już wstanę i się rozkręcę to nawet jakoś funkcjonuję! Łatwiej jest mi chodzić z wózkiem, bo chociaż muszę go pchać, a jest wyładowany sprzętem piaskownicowym oraz zawodnikiem wagi średniej (rocznik 2009), to jednak mam jakieś tam oparcie i nie muszę tak obsesyjnie dbać o utrzymanie jako takiego pionu… Ten kryzys naszedł mnie w sobotę, kilka dni temu, kiedy to byliśmy z Marcinkiem gośćmi na weselu koleżanki. Nie, żebym jakoś intensywnie tańczyła, po prostu ślub ten od dawna traktowałam jako jakąś metę i po osiągnięciu jej, organizm nieco spasował. Kolejną metą jest kolejny ślub- mojego brata, na którym muszę być. Odbywa się na początku września, a jak wiadomo, jest to miesiąc, w którym mam wyznaczony ,,termin porodu”. Wizualizuję sobie już transport z sali weselnej wprost na porodówkę. A potem będziemy już razem.

Kompletujemy już powoli (bardzo powoli) wyprawkę dla naszej królewny. Mam już właściwie pełne wyposażenie, jeśli chodzi o ubranka, dzisiaj pojawił się u nas przewijak, czekamy na fotelik samochodowy i leżaczek- bujaczek, które na razie zalegają w piwnicy naszych dawnych sąsiadów, rodziców Helenki. Czytam sobie czasami broszurki reklamowe i nabieram dystansu, tak, jak to miałam w zwyczaju czynić przy okazji pierwszej ciąży i narodzin syneczka. Co też człowiek tam może wyczytać! Na przykład, że większość noworodków cierpi na kolki, a lekarstwem na to jest unikalny przedmiot (zapomniałam nazwy), który wkłada się dziecku w dupkę, żeby udrożniał gazy… Przyznam, że słabo mi się zrobiło, a Lilka, czytając w moich myślach, poruszyła się niespokojnie, jakby chciała uprzedzić: ,,Jeśli takie tam macie metody na płacz dziecka to ja to pierd…ę i nigdzie nie wychodzę!”. Myślę sobie: Felek może z trzy razy miał twardy brzuszek- czy to była ta osławiona kolka? Nie wiem, ale pamiętam doskonale, jak sobie z tym radziłam: noszenie, masowanie, bujanie, kładzenie na brzuszku, głaskanie! I wcale nie przez całą noc, a np. 15 minut. Kim trzeba być, by w przypadku jawnej krzywdy maleńkiej istotki, potęgować ją jeszcze, ingerując w delikatne części ciała jakimiś plastikowymi instalacjami, zamiast zrobić ciepłą kąpiel, przytulić, ponucić do uszka? W ogóle nasz synuś zaczął płakać tak na prawdę, w wieku 5-6 miesięcy, gdy wyłoniły się pierwsze ząbki. Wcześniej chyba nie miał powodów. Wszystkie jego potrzeby zaspokajane były, nim sobie je uświadomił. Kilka minut przed jego zgłodnieniem w moich cyckach dochodziło do wybuchu gejzerów mleka, które powodowały natychmiastową konieczność podłączenia pompy ssącej. Pompa ssała i tym sposobem nawet nie poczuła głodu, a już jego widmo zostawało oddalone na kolejne 2 godziny. Za dnia- jak koalka- cały czas przy mamie, czy to w chuście, czy na rękach, czy położony w leżaczku obok, bez przerwy zagadywany, zaśpiewywany, muskany, całowany. Przez cały okres pieluchowania tylko 2 razy odparzona skórka- ale wypadki te zdarzyły się pod opieką osób innych niż mama, czy tata. No i najważniejsze- reakcja na każde stęknięcie, każde mrugnięcie i pierdnięcie, przez okrągłą dobę. Nie miał kiedy się popłakać, bo po prostu nie zdążył. Pewnie niektórzy pomyślą: wariatka. Po co się tak poświęcać, po co tracić siebie? Dziwne, ale w ogóle nie postrzegam tego w kategorii poświęcenia. Ta niezwykła symbioza, jaka łączy dziecko z rodzicami (z każdym w inny sposób, myślę, że mama to raczej biologiczne utrzymanie przy życiu, a tata- rozwój duchowy), była i jest dla mnie fascynująca. Dlatego nie czułam się dzieckiem obciążona. Teraz to co innego- organizm dopomina się o swoje, a Felek o swoje. Ale gdy już urodzę, myślę, że uda mi się te wszystkie żądania pogodzić, bo będę nieco bardziej mobilna. I problem wyimaginowanych kolek, które wg mnie to w zdecydowanej większości przypadków objaw tragicznej tęsknoty za bliskością, nie będzie nas dotyczył.

Jest mi już dość trudno się poruszać. Miewam skurcze, które za każdym razem wywołują popłoch, bo a nuż to już? Niedawno moja koleżanka urodziła córeczkę miesiąc przed spodziewanym terminem. Tęsknię już za moją Lilianną, ale każdy dzień zbliża nas do siebie. W obliczu tego faktu wszystko inne przestaje się liczyć.

Jedna myśl nt. „Pomoc przy wstawaniu pilnie potrzebna…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>