Światełka w tunelu

Długo nie pisałam, ale to dlatego, że łapała mnie jakaś przedporodowa depresja. Nic nie wydawało mi się godnego zapisania, a działo się sporo! No bo jak tu nie odnotować faktu, że Felek opiekuje się ciężarną matką?! Tak, moi drodzy, myślę, że nadszedł jakiś przełom, a jeżeli jeszcze nie, to z pewnością niebawem nadejdzie. Otóż byłam z malcem na tym naszym nowoodkrytym placu zabaw. Wywaliliśmy sprzęt na piasek i poszłam usiąść na ławce kilka metrów dalej. Nie minęła minuta i mój synek przyszedł ze zdegustowaną minką poinformować mnie, że ,,mama musi baby lobić”. Mama na to, że ani myśli się ruszać z nasłonecznionego siedziska. Felek już był tuż-tuż od histerycznego ryku, już prawie by zastosował swoje spektakularne położenie się na glebie, gdy zawołałam go delikatnie: ,,Rybka, chodź, mamusia ci coś ważnego powie, dobrze?”. Rybka wstała naburmuszona, podeszła i usiadła mamie na kolanach. Mama nadaje: ,,Synku, mamusia ma Lilkę w brzuszku, pokaż gdzie jest Lilka?”- i tu wskazanie małego paluszka przestrzeni ponad moim pępkiem- ,,Właśnie”- kontynuuję- ,,I Lilka jest już ciężka. Bo rośnie i mamusi jest trudno tak chodzić ciągle, mamusia musi dużo odpoczywać. Pobawię się z tobą, ale musisz tutaj wszystko przynieść, tak?” Odpowiedź rozpogodzonego dziecka: ,,Tak”. Po czym dziecko wstaje, bierze swoją taczkę, ładuje łopatki, foremki i koparki i z pewnymi trudnościami (po piasku ciężko prowadzić tak obciążoną taczkę!) kieruje się do mamy. Teraz możemy się razem pobawić.

Innym razem Feliksik próbuje mnie namówić do swojej ulubionej zabawy wołając radośnie ,,Mama musi gonić!” i pędząc na złamanie karku w bliżej nieokreślonym kierunku. Mama nie ma siły, o czym znowu na spokojnie informuje synka, na co on rezolutnie stwierdza: ,,Jak Lilka wyjdzie z bzuska, to mama będzie gonić!”. Przystaję na ten kompromis, chociaż trudno mi sobie wyobrazić sytuację, kiedy noworodek głodny drze się w łóżeczku, Felek ucieka, a mama rozdarta między złożoną dawniej obietnicą gonienia ,,jak Lilka wyjdzie z brzuszka” a fizjologicznymi potrzebami młodszego potomstwa, stoi zdezorientowana albo idzie sobie zrobić kakałko żeby to przetrwać. Nawiasem mówiąc, kakałko ostatnio jest dla mnie wstępem do rozwiązywania wszelkich problematycznych kwestii. Zanim zapłacę rachunek za prąd (a by to uczynić, należy zalogować się na konto, mało tego- trzeba zobaczyć, ile ma się jeszcze pieniędzy- sport na maksa urazowy…), przebiorę posikane dziecko, ugotuję obiad albo umyję włosy (już teraz nie mogę tego robić w wygodnej pozycji…), najpierw biorę kilka głębokich oddechów, kieruję swe kroki do kuchni, sypię do dużego kubka kakałko (proszek wypełnia mniej więcej połowę naczynia) i zalewam zimnym mlekiem. Całość konsumuję łyżką, starając się, żeby mnie maluch na tym słodkim rytuale nie nakrył, bo wówczas jestem zmuszona jemu także zrobić to cholerne kakałko! A przecież chodzi o relaks, o który trudno, gdy dwuletni amator energicznego mieszania wszelkich płynów zabiera się za tak brudzącą miksturę i jeszcze zamierza biegiem udać się z nią do ogródka albo oglądać baję w pokoju wyłożonym białą futrzastą wykładziną…

Najważniejszym wydarzeniem, które bezpośrednio przyczyniło się do poprawy mojego psychicznego stanu, była decyzja mojego kochanego męża o rezygnacji z jednej z prac. Właściwie tam nie zarabiał, ponadto zajęcie na czarno tak daleko od domu nie wpływało dobrze na nasze relacje. Aż wstyd się przyznać, co było ostatecznym impulsem, który popchnął Marcinka do tego chwalebnego kroku, napiszę tylko, że przeżyliśmy chwilę grozy, ponieważ Felek poszedł wprost z basenika z ogródka (goły, w gumowych laczuszkach) szukać mamy w sklepie, w którym jej nie było. Jeszcze teraz drętwieję na wspomnienie tej makabry. Na szczęście, dzięki Bogu, nic się nie stało, ale Marcinek dostrzegł konieczność przeorganizowania naszego życia rodzinnego. Już wczoraj miał wolne. Naładowałam baterie, wszyscy spokojni i szczęśliwi, dziecko grzeczne, miłość kwitnie, pogoda piękna. Za kilka dni jedziemy na 2 noce do Świbna, nad morze. Już zapłaciłam za kwaterę… W końcu jakiś rodzinny wypad! I pomyśleć, że gdyby nic się nie zmieniło, Marcinek w tym czasie naprawiałby buty prawie za darmo a ja zapuszczałabym korzenie na placu zabaw, prowadząc różnymi sposobami walkę o dominację z małym rebeliantem. Po raz któryś to napiszę, ale podziwiam Felcia za jego wszechstronną niezłomność. Gdyby posiadając swój charakter, był do tego mało rozumny (powiedzmy to wprost: tępy) i nieskory do żadnej formy współpracy, oszalałabym. Na szczęście stopień ,,kumania” Feliksa jest nadzwyczajnie rozwinięty, jakie to cudowne, kiedy tak małe dziecko rozumie wszystko, co się do niego mówi.

Moja sąsiadka (ciocia Marcinka, posiadająca kurki i zaopatrująca nas co jakiś czas w pyszne świeże jajka) powiedziała mi dzisiaj, że moja obecność pomaga jej podnieść się po tragedii jaką niedawno przeżyła (jej dorosły syn zginął na skutek zaczadzenia). Zrobiło mi się aż do przesady dziwnie, ale jestem szczęśliwa, bo to przecież ważne. I sto razy lepsze niż sąsiedzkie niesnaski, które jednak częściej się zdarzają, niż relacje pozytywne!

 

6 myśli nt. „Światełka w tunelu

  1. no w końcu!!!

    Ileż można sprawdzać tą twoją stronkę i z niezadowoleniem, spowodowanym brakiem wpisu ją opuszczać. Kiedy ty masz te weselicho i czy mnie nadal potrzebować będzie Felek?
    Całusuję mocno papa

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      Oj,kochana,zawsze jak coś napiszę to na fejsie nie omieszkuję o tym wspomnieć… Ale przepraszam za tę 9-dniową niedyspozycję!!!:)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>