Świbno rules!

Wróciliśmy dzisiaj z trzydniowego pobytu w Świbnie. Niby część Gdańska, a czuliśmy się jak na końcu świata. Plaża szeroka, piaszczysto- trawiasto- kijasta, woda przeczysta, pogoda idealna, bo chłodna i pochmurna podczas podróży natomiast słonecznie upalna w trakcie plażowania. Raj. Do miejscówki też nie mieliśmy zbyt wielu zastrzeżeń, chociaż fajnie, gdyby nasz pokoik nie znajdował się na pięćsetnym piętrze (poddasze ogromnego domiska budowanego przez właściciela według autorskiego projektu). Naszego aplauzu nie wzbudziło także gniazdo os, które znajdowało się zaraz obok budynku, w dodatku na drzewie pod którym prorodzinni gospodarze porozkładali całe mnóstwo superfajnych zabawek. Na moje sug–estie, że może warto przełożyć sprzęty ze względu na czyhające niebezpieczeństwo (mnie osobiście jedna osa dziabnęła- bolało strasznie- drżałam za każdym razem, gdy moje słoneczko krążyło zbyt blisko feralnego drzewa), pani odparła: ,,Taaaaak? Nie zwróciłam uwagi!!!”, a jej zdziwienie faktem, że ma przed swoim obiektem turystycznym taką atrakcję w środku lata, było tak kiepskie pod względem aktorskim, że pożałowałam swojej nadgorliwości. Uznałam, że to obiekt rodem z horrorów, w których pracownicy i właściciele hoteli ukrywają przed klientami jakieś okropieństwa a potem mordują ich w różnych makabrycznych celach. Na szczęście moje obawy okazały się nietrafne, bo żyjemy, jednak na wszelki wypadek załadowałam wszystkie klamoty do plastikowej piaskownicy w kształcie muszelki (hit ostatnich lat we wszystkich hipermarketach) i sama przesunęłam 10 metrów dalej, w okolice przeogromnego, błękitnego basenu oraz letniej kuchni, gdzie spędzaliśmy sporo czasu. Grill, opalanie, pływanie na materacu po basenie (przyznam się: nie kąpałam się w morzu, chociaż moje chłopaki czyniły to namiętnie, za to nie zhańbili się, w przeciwieństwie do mnie, zamoczeniem w ogrodowym basenie, mając morze tak blisko), smażona rybka, lody, telewizor (wow…), mnóstwo różnorakiego robactwa, zieleń, cudowne powietrze, a przede wszystkim- bycie razem, wszystko to sprawiło, że wypad zaliczamy do udanych, chociaż dość oryginalnych. Gospodarz jest bowiem zapalonym majsterkowiczem, powiedziałabym wręcz- wizjonerem, a każdy metr kwadratowy tego obejścia nosił ślady tego zapału. Stworzył samodzielnie dom, samochód, maszynę do ślizgania się po lodzie, kompleksową kuchnię w ogrodzie (rozwiązań tam zastosowanych nie powstydziłaby się Ikea ani Robinson Crusoe), a także rozmaite dekoracje z drewna, czy metalu. Patrząc na te nietypowe, czasem wyglądające dość absurdalnie realizacje, przypominaliśmy sobie o tak bliskich naszym duszom klimatach bałkańskich, gdzie wszystko może służyć do wszystkiego. Z reguły kwatery, na które trafiamy, są urządzone skromnie, ładnie, spokojnie i funkcjonalnie, tutaj natomiast czuło się powiew szalonych marzeń, które niekoniecznie ograniczały się do zdarcia jak największej ilości kasy z zakręconych letników.

Co do Felcia, był oczywiście bardzo grzeczny. To znaczy nie był grzeczny w sensie spokojnego siedzenia i niezawracania głowy, ale nie histeryzował, nie sikał w majty (raz w ciągu trzech dni to rekord świata, zważywszy na fakt, że ostatnio sikanie w majty stało się jego sposobem na komunikowanie z otoczeniem i zdarzało się nawet kilkakrotnie w ciągu dnia, co doprowadzało mnie do ukrywanej skrzętnie furii), ładnie zasypiał i eksplorował zastaną rzeczywistość z właściwym sobie, fascynującym zacięciem. Ponadto po równi maltretował mamę, jak i tatę, więc sobie nareszcie trochę odpoczęłam. Humor dopisywał pierwszorzędny, z błahych powodów Feliś śmiał się do rozpuku, czym także nas rozbawiał niekiedy do łez… Coś mają w sobie te maluchy, że obojętne przejście obok ich roześmianych mordek to właściwie niemożliwość, chyba, że jest się cyborgiem. Jeśli jeszcze maluch dysponuje świadomie używanym poczuciem humoru, można się posikać ze śmiechu. Felek ostatnio lubi bajkę ,,Olinek Okrąglinek”, co stwarza nam okazję do strojenia sobie z niego niewinnych żarcików. Wołamy na niego Felinek Okrąglinek itd. Ale i dwuletnia cierpliwość ma swoje granice. Po obiadku, gdy Felek z zapamiętaniem lizał loda, tata zaczepiał go, między innymi nazywając właśnie Felinkiem Okrąglinkiem. Felinek znosił to dzielnie, jednak w końcu nie wytrzymał i z poważną miną, nie odrywając swej uwagi od bigmilka, zripostował ataki ojca słowami: ,,Malcin Okląglinek”. Mało nie spadłam z ławki…

Wszystko pięknie, jedynie powrót był nieco uciążliwy. Prawie 1,5 godziny w przepełnionym do granic możliwości autobusie (niektórzy nie mogli się nawet do niego dostać, my wsiedliśmy na początku, więc mieliśmy ułatwione zadanie), pełnym urlopowiczów z ogromnymi walizami, grubasek pokrytych warstwą perfum, dzięki których wspaniałemu aromatowi połączonemu z brakiem tlenu, mało nie zemdlałam na skutek powstrzymywania odruchu wymiotnego i słaniających się dzieciaków, który na dodatek na jednym z mostów wyrzuca na czas przejazdu przez ów most wszystkich stojących pasażerów, bo czynią za duże obciążenie (Marcinek był zmuszony do spacerku, bo ulitował się nad jakąś chudziną podróżującą z dzieckiem we wózku i ona usiadła obok mnie)- wszystko to sprawiło, że podróż tę wspominać będziemy jako koszmar! Na szczęście Felek spał całą drogę i ominęły go te wszystkie atrakcje, za co jestem wdzięczna Opatrzności… Potem jeszcze godzinka w pociągu, ale to w porównaniu z poprzednim środkiem komunikacji była klasa biznesowa. Bilans całej wycieczki jest zatem zdecydowanie dodatni- kocham te momenty, kiedy robimy coś razem, zbliżamy się do siebie, radzimy sobie z niedogodnościami i cieszymy się z przyjemności. A dziecku, wbrew obiegowym opiniom, takie wyjazdy na prawdę dobrze robią. Przynajmniej naszemu!

Jedna myśl nt. „Świbno rules!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>