Miesięczne archiwum: Sierpień 2011

Pinokio

Jestem zszokowana wyrazami uznania, jakie spotkało mnie po ostatnim wpisie od moich czytelników:) Czyżby tak wiele osób uważało wagary za najlepsze, co je w życiu spotkało? Jeśli tak, to dlaczego zapomina się o tym, kiedy ma się już dzieci w wieku szkolnym? Ja osobiście postaram się nie zapomnieć, ale wiadomo, że skleroza postępuje wraz z upływem lat. Tymczasem pozwalam dziecku na kontrolowaną niegrzeczność i uważam, że to dobry sposób na rozwijanie jego osobowości. A jak słyszę na placu zabaw ,,nie biegaj”, ,,nie właź do piasku”, ,,nie zjeżdżaj” itd. to żal mi odbiorców tych absurdalnych zakazów, jednocześnie czuję też jakąś dziwną (mam z jej powodu wyrzuty sumienia) satysfakcję, że mój synek ma przed tymi biedakami pierwszeństwo, jeśli chodzi o dążenie do szczęśliwego życia. Ach, to rodzicielstwo, wcześniej nie miałam pojęcia o tak wielu aspektach relacji międzyludzkich, a także własnego charakteru! Dzięki dziecku poznaję siebie. Obserwuję synka, gdy oddalony kilkanaście, czasem kilkadziesiąt metrów od mamy, mija jakichś ludzi. Zakrywa wtedy oczy, a jeśli akurat dzierży coś w łapkach, zamyka ślepka ostentacyjnie. Wygląda to dość komicznie, ludzie się dziwią, o co małemu chodzi, ale ja bynajmniej nie zabraniam mu reagować w ten sposób, chociaż osobiście wolałabym żeby tak nie robił, bo obawiam się, że się kiedyś wskutek tych swoich ,,dziwactw” przewróci. A on po prostu musi zamanifestować swój dystans do obcych, brak ochoty na nawiązywanie kontaktu, nawet wzrokowego. Dorośli, poupychani do szuflad towarzyskich formuł, skazani są codziennie na robienie tak wielu rzeczy wbrew sobie. Sama przed sobą przyznać muszę, że zazdroszczę dwulatkowi, iż może tak po prostu zamknąć oczy na widok kogoś, kto mu się nie podoba. Bo ja też należę do tej nieszczęsnej introwertycznej rasy, na której dzieci patrzy się z litościwym zdziwieniem, dorosłych natomiast, jeśli szczególnie się nie krygują, uważa się w najlepszym razie za tłumoków towarzyskich. I na prawdę, jest jedna osoba na świecie, z którą czuję się bezwzględnie bezpiecznie oraz kilkanaście, o których wiem, że mnie raczej nie pogryzą… Jeśli chodzi o resztę, to bardzo często najchętniej zamykałabym oczy.

Moje dziecko po raz kolejny mnie dzisiaj zaskoczyło. Słuchało czytanej przeze mnie książki! Nie, żebym wcześniej nie podejmowała karkołomnych prób. Były one jednak jednoznacznie bojkotowane. Felek zwykle wyrywał mi książki (a próbowałam na prawdę różnych), gryzdał po nich, siadał na nie albo wciskał mi inne (po czym, gdy próbowałam je czytać, także spotykał je niechlubny los). Tolerował jedynie takie, z którymi można było wchodzić w jakąś interakcję, np. nazywać zwierzątka, kolory i kształty, naśladować dźwięki narysowanych pojazdów, czy coś przyklejać. Samo słuchanie nie wchodziło dotąd w grę! Ale kilka dni temu Feliks dostał od babci kolorowankę, gdzie przy każdym obrazku zamieszczono fragment bajki o Pinokiu. Zaczęło się od gryzdolenia, gryzdoliliśmy razem bez czytelniczych ambicji. Nie wiem, co mnie naszło, że nagle zaczęłam czytać na głos tekst, bo już przestałam wierzyć, że mój syn kiedykolwiek zainteresuje się taką formą wspólnie spędzanego czasu. Tym bardziej wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy Feluś odłożył narzędzia gryzdolenia i przestał wydawać z siebie dźwięki! Zachęcona jego nietypową reakcją, czytałam dalej. Nie mogłam uwierzyć, że to moje dziecko, kiedy maluch oparł się o moje nogi i zapatrzony w nieokreślony punkt, po prostu słuchał! Wytrzymał tak aż 15 minut!!! Po nich wstał i zaczął się wydurniać akompaniując sobie okrzykami bojowymi oraz motoryzacyjnymi, więc zaniechałam dalszego czytania, ale i tak byłam dumna i zadowolona. Zresztą, nadciągnęło późne popołudnie, więc czas na drzemkę. Poinformowałam synka o tym, że się kładę. Ostatnio nie ma z nim problemów pod tym względem, nurkuje pod kołdrą razem ze mną albo daje sobie jeszcze trochę czasu na samodzielną zabawę, po czym zasypia obok mnie lub na swoim tapczaniku i błogostan ten trwa około 3 godzin. Ale Felek nie byłby Felkiem, gdyby raz na jakiś czas nie wymyślił czegoś wyjątkowego! I dziś był ten dzień, kiedy to Felek postanowił zabiwakować w drugim pokoju, zamiast w sypialni. Zanim zorientowałam się, co się dzieje, on już zdążył z kocyków i poduszek ułożyć sobie kopczyk pośród rozsypanych pisaków i drewnianych fragmentów układanek, położyć się na tym i zasnąć.

Zaczyna mnie chyba dopadać ,,syndrom wicia gniazda”, nagle bowiem zaczęłam mieć siłę i ochotę na pranie niemowlęcych fatałaszków, prasowanie ich i sortowanie według różnych kluczy. Spakowałam już torbę do szpitala, za kilka dni zaczynam akcję ,,Zmusić Męża Do Skręcenia Łóżeczka!”, bo wiadomo, że i pomalować trochę trzeba, i przemeblować w pokoju, i przynajmniej dziesięć razy zmieniać w tym łóżeczku pościelki, by wreszcie osiągnąć idealną kompozycję prześcieradełka, kołderki, kocyka z jelonkiem Bambi i pozytywki.

Miesiąc przed ,,terminem”

Korzystając z okazji, że moi rodzice zabrali Felcia na 2 dni do siebie, pojechaliśmy wczoraj z Marcinkiem na ogląd szpitala, w którym przyjdzie nam powitać na świecie naszą kruszynkę. Porodówka była niedostępna dla odwiedzających, ponieważ trwał tam akurat ogromny ruch- sporo nowych obywateli wybrało sobie to lepkie, parne sierpniowe popołudnie na zakończenie mąk swych matek. Mieliśmy jednak możliwość porozmawiania z przemiłą położną w izbie przyjęć, co już mocno mnie uspokoiło i utwierdziło w przekonaniu, że miejsce to jest godne na przyjęcie księżniczki. Pani owa poświęciła nam dużo czasu. Nie tylko odpowiadała na pytania, ale sama zaczynała tematy, które wg niej mogły być (i były) dla nas interesujące. Martwię się wciąż, że nie rozpoznam na czas niechybnych zwiastunów porodu. Mój lekarz twierdzi, że powinnam się organizować od razu, gdy odejdą wody bądź nawiedzą mnie skurcze o częstotliwości co 15 minut. Teraz położna, zgodna w sprawie wód, wyraziła nieco odmienny pogląd w kwestii skurczy… Wg niej powinnam się zbierać, gdy będą one bolesne i regularne, co 5-10 minut. Byłoby mi wszystko jedno, gdyby nie istnienie Feliksika. Nic mnie tak nie stresuje jak świadomość, że to on się zestresuje, gdy trzeba będzie się spieszyć, nagle ubrać, pożegnać mamę, która też raczej nie będzie emanować spokojem… Najbardziej boję się, że akcja zacznie się w nocy, rodzina przyjedzie do Felcia, a on rano się obudzi i nie będzie wiedział, o co kaman. Zrobię wszystko, by mój niepokój mu się aż tak nie udzielał, ale nie ręczę, że mi się to uda. Pozostaje mi zatem tylko mieć nadzieję, że Lilka nie będzie się spieszyć, póki jej braciszek nie zostanie otoczony kompleksową opieką, a mama w asyście tatusia nie trafi bezpiecznie na oddział. Wtedy to byłoby nawet wskazane, by się pospieszyła…

Na wejherowskiej porodówce są piłki, co uważam za duży plus. Jeśli nie ma problemów, po 48 godzinach można jechać do domu (tam, gdzie rodziłam Felunia, obowiązkowy pobyt trwał 3 doby). Sale są dwu-, maksymalnie trzyosobowe. Jedynym mankamentem wydaje mi się to, że dopuszczalne są odwiedziny rodzin młodych mam bezpośrednio w pokojach, czyli świecenie cycami (i nie tylko) przed cudzym mężem, bratem albo dziadkiem to bardzo możliwy scenariusz. No cóż, dwa dni wytrzymam jakoś bez poczucia błogiej intymności, mam tylko nadzieję, że wizytatorzy nie przywloką ze sobą wszystkich możliwych w naszym klimacie chorób i nie podzielą się nimi z moją cudną malinką. I że nie będą tam przesiadywać całymi dniami albo i nocami. Co do mnie, to spodziewam się raczej tylko mojego mężusia i liczę na to, że będę mogła z nim posiedzieć na korytarzu, zamiast narażać współlokatorkę na skrępowanie, a mężusia na widok zakrwawionej pościeli obcej kobiety… Żona to żona, córcia to córcia, a reszta powinna pozostać w sferze tabu. Podoba mi się rozwiązanie, jakie stosuje się w szpitalu, gdzie na świat przyszedł Feliks- jedna zbiorcza sala na odwiedziny, a do pokojów matek z dziećmi zakaz wstępu nawet dla ojców.

Z innej beczki- czytałam dzisiaj krótki artykuł na temat e-dzienników (dla niezorientowanych: zamienia się nimi w tradycyjne, papierowe, by rodzice mogli w dowolnym momencie oglądać sobie oceny pociechy, nieobecności, jakieś uwagi itd.). Szkoda, że w ogóle trzeba posłać dziecko do szkoły. Zupełnie nie podoba mi się pomysł permanentnej inwigilacji. Boże, ile cudownych chwil młodości straciłabym, gdyby te cholerne e-dzienniki wprowadzono, kiedy ja byłam uczennicą. Kiedy wspomnę sobie niektóre wagarowe akcje, to uśmiecham się sama do siebie. A ile wysiłków, by rodzice nie dowiedzieli się o zagrożeniu z fizyki! E-dzienniki odzierają szkołę z ,,romantycznej” i ,,awanturniczej” szaty, bez której nie ma czym ozdobić życia. Stąd myślę, że nie będę korzystać z tej ,,ułatwiającej życie rodzicom” opcji i uprzedzę o tym moje dzieci- poinformuję je, gdy będą już coś tam rozumiały, że nie interesuje mnie podglądanie, a jeśli będę chciała dowiedzieć się coś na temat ich szkolnego żywota, pofatyguję się na wywiadówkę. Przeraził mnie jeden z argumentów, jaki wystosowali zwolennicy tego elektronicznego niewolnictwa: nareszcie rodzic nie musi codziennie wyciągać od dziecka, co tam w szkole! A przecież rozmowa to podstawa podstaw. Jeśli cieszę się, że zaoszczędzę czas i energię, bo nie muszę pytać dziecka, co wydarzyło się podczas tych licznych, spędzonych w szkole godzin, to jak określić łączącą nas relację? Nie wierzę w cuda. Nie liczę na to, że szesnastoletni Felek przyjdzie z wypiekami na twarzy, by zrelacjonować mi przebieg randki, jaką odbył w czasie, gdy teoretycznie powinien siedzieć i nabywać jakże niezbędną wiedzę z zakresu twórczości polskich pisarzy międzywojennych. Nie łudzę się, że maturzystka Lilianna podzieli się ze mną swoimi sposobami na podrabianie zwolnień z wychowania fizycznego. A jednak cieszę się na myśl, że być może moje dzieci będą cwane bez konieczności wielkiego ukrywania się. Tak widzę ten nieszczęsny złoty środek- ja podejrzewam, że coś knują, a one radośnie knują, wiedząc, że w razie czego i tak mają wparcie, choćby ich pomysły nie wzbudzały aplauzu mamy i taty. A wszystko bez pomocy durnych e-dzienników. I na szczęście, dopiero za ileś tam lat…

Ile ci jeszcze zostało, bidulko?

Tytuł tego wpisu to pytanie, które ostatnimi dniami słyszę nader często. Szczególnie w sklepach, kiedy panie ekspedientki rozczulone są moimi zabiegami mającymi na celu powstrzymanie Felcia od robienia niekontrolowanych, samodzielnych zakupów oraz konsumowania ich na miejscu. Rada bym była sama znać odpowiedź, bo autentycznie zaczęło mi robić różnicę, czy urodzę bardziej 8, czy bardziej 26 września… Dzisiaj po raz pierwszy ktoś wykazał się dobrą wolą, by mnie pocieszyć, a mianowicie koleżanka Ala (mama Poluni, o której już pisałam) podczas telefonicznej pogawędki powiedziała to, co tak pragnęłam od dawna usłyszeć- że jej też się wydaje, że to będzie szybciej… Szkoda, że przez telefon nie można rozmówcy wycałować. A miałam na to ochotę, bo gdy ostrożnie wydukałam, że z badań USG od dawna wynika późniejszy termin, moja kochana Alusia zaczęła sypać przykładami, które dowodziły błędów w tego typu badaniach, tzn. historie, jak to dzieci rodziły się wcześniej, niż im to przepowiadał bezduszny ultrasonograf. Czy przeklinanie na blogu jest karalne? Bo już, k…, na prawdę zaczynam mieć dosyć.

Drugi dzień bez sił na plac zabaw. Wystarczyło ich od biedy na zakupy i kulinarne realizacje. Jutro mamy gości, więc trochę czasu spędziłam w kuchni-  pizza, tarta migdałowa, ,,sprzątanie”. Wykorzystał to mój syn i przy pomocy granatowego pisaka wykonał przepiękny fresk na ścianie w sypialni.  Gdy to zobaczyłam, zrobiło mi się słabo (może moja reakcja nie byłaby tak emocjonalna, gdyby nie fakt, że ściana i cała reszta nie należy tu do nas). ,,Kto tak ścianę porysował??!!”- krzyknęłam jak głupia, bo niby kto?!- święty Mikołaj?! Spojrzałam na dziecko. Musiałam groźnie wyglądać, bo skrucha na jego zasmarkanej i także kolorowej od pisaków buzi była oczywista i wręcz wzruszająca, chociaż mnie osobiście bardziej wzruszyła konieczność pozbycia się tej gustownej ozdoby. Wcale jednak się groźna nie czułam. Czułam się na swój sposób zdruzgotana, dopiero co uporałam się z cholernym ciastem na tartę, nogi mi drżały od długotrwałej pozycji stojącej, no i kompletnie nie miałam pojęcia, co z tym teraz. Malowidło rozpościerało się na powierzchni ok. 0,5x 0,8 metra. Nawrzeszczałam w swoim stylu na Felka, tzn. dosadnie poinformowałam go, że nie jestem zachwycona, ale to on wiedział, bo zgodne z prawdą stwierdzenie ,,Mama telaz będzie zła” usłyszałam, jak tylko mym oczom ukazał się powód tejże złości. A owszem, mama znów mało się z bezsilnego wkurzenia nie popłakała, gdy walczyła z niebieską tragedią, nie do końca skutecznie, więc czeka nas malowanie. Potem sprawca próbował być grzeczny. Słabo mu szło, bo od trzech dni dręczy go katar, nie może się wyspać a przez to cieszyć życiem a innych radować swoim jestestwem. Wczoraj zasnął po północy, obudził się o 7.30, następnie skrajnie wymęczony i zapłakany usnął w osamotnieniu 3 godziny później. I na prawdę było mi go żal. Nadal mi go żal. Nawet osoba dorosła wskutek nieżytu nosa odczuwa rozdrażnienie i ogólne rozbicie, a co dopiero taki maluch. Ale to nie zmienia faktu, że dał mi się dzisiaj strasznie we znaki. Może gdybym wymęczyła go na jakimś dłuższym spacerku albo tym nieszczęsnym placu zabaw, inaczej by to wyglądało. Koło się zamyka, bo dłuższe spacerki nie leżą obecnie w spektrum działań, na które starcza mi energii.

Wczesnym wieczorem umyłam niemiłosiernie brudne dziecko i oblekłam w piżamkę. Dużo czasu nie minęło i synuś zasnął, posapując. Gdy wdrapywał się na nasze łóżko (Superniania może mnie zj… ć za to, ale z reguły Feluś zasypia w naszym łóżku i dopiero kiedy sami się kładziemy, przekładamy pierożka na jego miejsce), pomyślałam sobie: jakie to śliczne pulchne udka i króciutkie rączki, a te dziurawe łokietki to już w ogóle, jak tego nie kochać? I po raz kolejny naszła mnie refleksja, że przecież w wielu rodzinach dzieci za takie happeningi, jak ten dzisiejszy ze ścianą, normalnie dostają w dupsko. Nie jestem święta, bo ja mam także od czasu do czasu niepomierną ochotę przetrzepać Felcia pasem albo strzelić mu w łeb z płaskiej! Czyli agresja gdzieś tam jest, mimo, iż bardzo bym chciała jej uniknąć. Kim jednak są ludzie, którzy tej agresji ulegają i wyładowują emocje na miękkim, totalnie, przerażająco bezbronnym ciałku? Co oni myślą na swój temat? Bo gdybym ja uderzyła dziecko, lekko czy mocno, to chyba bym poważnie myślała o samobójstwie, dla mnie to dno den- wykorzystywanie fizycznej siły względem kogoś słabszego do osiągnięcia jakiegokolwiek celu. I czy to jest kopnięcie psa, klaps wymierzony dziecku, gwałt czy kradzież torebki staruszce, jest to dla mnie, poza tym, że pełne bólu dla ofiary, także, a czasem przede wszystkim, żałosne przez wzgląd na sprawcę. Interesuje mnie, kogo, a raczej co, taka osoba widzi w lustrze.

Morale sobie podnoszę, a oddychać, jak nie mogłam, tak nie mogę. Słucham sobie maksymalnie energetycznych piosenek, dzięki którym rośnie mi dusza. Coś w tym jest, że muzyka reggae i jej przekaz pomagają przeskoczyć mentalnie większość, jeśli nie wszystkie problemy! Co by nie było, jestem szczęśliwa, a jest to zasługą trzech istot, które są blisko mnie. Z niedogodnościami związanymi z finiszem ciąży muszę zmagać się sama, ale to te istoty sprawiają, że łatwiej mi liczyć dni i widzę piękny sens w każdym z nich.