Miesiąc przed ,,terminem”

Korzystając z okazji, że moi rodzice zabrali Felcia na 2 dni do siebie, pojechaliśmy wczoraj z Marcinkiem na ogląd szpitala, w którym przyjdzie nam powitać na świecie naszą kruszynkę. Porodówka była niedostępna dla odwiedzających, ponieważ trwał tam akurat ogromny ruch- sporo nowych obywateli wybrało sobie to lepkie, parne sierpniowe popołudnie na zakończenie mąk swych matek. Mieliśmy jednak możliwość porozmawiania z przemiłą położną w izbie przyjęć, co już mocno mnie uspokoiło i utwierdziło w przekonaniu, że miejsce to jest godne na przyjęcie księżniczki. Pani owa poświęciła nam dużo czasu. Nie tylko odpowiadała na pytania, ale sama zaczynała tematy, które wg niej mogły być (i były) dla nas interesujące. Martwię się wciąż, że nie rozpoznam na czas niechybnych zwiastunów porodu. Mój lekarz twierdzi, że powinnam się organizować od razu, gdy odejdą wody bądź nawiedzą mnie skurcze o częstotliwości co 15 minut. Teraz położna, zgodna w sprawie wód, wyraziła nieco odmienny pogląd w kwestii skurczy… Wg niej powinnam się zbierać, gdy będą one bolesne i regularne, co 5-10 minut. Byłoby mi wszystko jedno, gdyby nie istnienie Feliksika. Nic mnie tak nie stresuje jak świadomość, że to on się zestresuje, gdy trzeba będzie się spieszyć, nagle ubrać, pożegnać mamę, która też raczej nie będzie emanować spokojem… Najbardziej boję się, że akcja zacznie się w nocy, rodzina przyjedzie do Felcia, a on rano się obudzi i nie będzie wiedział, o co kaman. Zrobię wszystko, by mój niepokój mu się aż tak nie udzielał, ale nie ręczę, że mi się to uda. Pozostaje mi zatem tylko mieć nadzieję, że Lilka nie będzie się spieszyć, póki jej braciszek nie zostanie otoczony kompleksową opieką, a mama w asyście tatusia nie trafi bezpiecznie na oddział. Wtedy to byłoby nawet wskazane, by się pospieszyła…

Na wejherowskiej porodówce są piłki, co uważam za duży plus. Jeśli nie ma problemów, po 48 godzinach można jechać do domu (tam, gdzie rodziłam Felunia, obowiązkowy pobyt trwał 3 doby). Sale są dwu-, maksymalnie trzyosobowe. Jedynym mankamentem wydaje mi się to, że dopuszczalne są odwiedziny rodzin młodych mam bezpośrednio w pokojach, czyli świecenie cycami (i nie tylko) przed cudzym mężem, bratem albo dziadkiem to bardzo możliwy scenariusz. No cóż, dwa dni wytrzymam jakoś bez poczucia błogiej intymności, mam tylko nadzieję, że wizytatorzy nie przywloką ze sobą wszystkich możliwych w naszym klimacie chorób i nie podzielą się nimi z moją cudną malinką. I że nie będą tam przesiadywać całymi dniami albo i nocami. Co do mnie, to spodziewam się raczej tylko mojego mężusia i liczę na to, że będę mogła z nim posiedzieć na korytarzu, zamiast narażać współlokatorkę na skrępowanie, a mężusia na widok zakrwawionej pościeli obcej kobiety… Żona to żona, córcia to córcia, a reszta powinna pozostać w sferze tabu. Podoba mi się rozwiązanie, jakie stosuje się w szpitalu, gdzie na świat przyszedł Feliks- jedna zbiorcza sala na odwiedziny, a do pokojów matek z dziećmi zakaz wstępu nawet dla ojców.

Z innej beczki- czytałam dzisiaj krótki artykuł na temat e-dzienników (dla niezorientowanych: zamienia się nimi w tradycyjne, papierowe, by rodzice mogli w dowolnym momencie oglądać sobie oceny pociechy, nieobecności, jakieś uwagi itd.). Szkoda, że w ogóle trzeba posłać dziecko do szkoły. Zupełnie nie podoba mi się pomysł permanentnej inwigilacji. Boże, ile cudownych chwil młodości straciłabym, gdyby te cholerne e-dzienniki wprowadzono, kiedy ja byłam uczennicą. Kiedy wspomnę sobie niektóre wagarowe akcje, to uśmiecham się sama do siebie. A ile wysiłków, by rodzice nie dowiedzieli się o zagrożeniu z fizyki! E-dzienniki odzierają szkołę z ,,romantycznej” i ,,awanturniczej” szaty, bez której nie ma czym ozdobić życia. Stąd myślę, że nie będę korzystać z tej ,,ułatwiającej życie rodzicom” opcji i uprzedzę o tym moje dzieci- poinformuję je, gdy będą już coś tam rozumiały, że nie interesuje mnie podglądanie, a jeśli będę chciała dowiedzieć się coś na temat ich szkolnego żywota, pofatyguję się na wywiadówkę. Przeraził mnie jeden z argumentów, jaki wystosowali zwolennicy tego elektronicznego niewolnictwa: nareszcie rodzic nie musi codziennie wyciągać od dziecka, co tam w szkole! A przecież rozmowa to podstawa podstaw. Jeśli cieszę się, że zaoszczędzę czas i energię, bo nie muszę pytać dziecka, co wydarzyło się podczas tych licznych, spędzonych w szkole godzin, to jak określić łączącą nas relację? Nie wierzę w cuda. Nie liczę na to, że szesnastoletni Felek przyjdzie z wypiekami na twarzy, by zrelacjonować mi przebieg randki, jaką odbył w czasie, gdy teoretycznie powinien siedzieć i nabywać jakże niezbędną wiedzę z zakresu twórczości polskich pisarzy międzywojennych. Nie łudzę się, że maturzystka Lilianna podzieli się ze mną swoimi sposobami na podrabianie zwolnień z wychowania fizycznego. A jednak cieszę się na myśl, że być może moje dzieci będą cwane bez konieczności wielkiego ukrywania się. Tak widzę ten nieszczęsny złoty środek- ja podejrzewam, że coś knują, a one radośnie knują, wiedząc, że w razie czego i tak mają wparcie, choćby ich pomysły nie wzbudzały aplauzu mamy i taty. A wszystko bez pomocy durnych e-dzienników. I na szczęście, dopiero za ileś tam lat…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>