Pinokio

Jestem zszokowana wyrazami uznania, jakie spotkało mnie po ostatnim wpisie od moich czytelników:) Czyżby tak wiele osób uważało wagary za najlepsze, co je w życiu spotkało? Jeśli tak, to dlaczego zapomina się o tym, kiedy ma się już dzieci w wieku szkolnym? Ja osobiście postaram się nie zapomnieć, ale wiadomo, że skleroza postępuje wraz z upływem lat. Tymczasem pozwalam dziecku na kontrolowaną niegrzeczność i uważam, że to dobry sposób na rozwijanie jego osobowości. A jak słyszę na placu zabaw ,,nie biegaj”, ,,nie właź do piasku”, ,,nie zjeżdżaj” itd. to żal mi odbiorców tych absurdalnych zakazów, jednocześnie czuję też jakąś dziwną (mam z jej powodu wyrzuty sumienia) satysfakcję, że mój synek ma przed tymi biedakami pierwszeństwo, jeśli chodzi o dążenie do szczęśliwego życia. Ach, to rodzicielstwo, wcześniej nie miałam pojęcia o tak wielu aspektach relacji międzyludzkich, a także własnego charakteru! Dzięki dziecku poznaję siebie. Obserwuję synka, gdy oddalony kilkanaście, czasem kilkadziesiąt metrów od mamy, mija jakichś ludzi. Zakrywa wtedy oczy, a jeśli akurat dzierży coś w łapkach, zamyka ślepka ostentacyjnie. Wygląda to dość komicznie, ludzie się dziwią, o co małemu chodzi, ale ja bynajmniej nie zabraniam mu reagować w ten sposób, chociaż osobiście wolałabym żeby tak nie robił, bo obawiam się, że się kiedyś wskutek tych swoich ,,dziwactw” przewróci. A on po prostu musi zamanifestować swój dystans do obcych, brak ochoty na nawiązywanie kontaktu, nawet wzrokowego. Dorośli, poupychani do szuflad towarzyskich formuł, skazani są codziennie na robienie tak wielu rzeczy wbrew sobie. Sama przed sobą przyznać muszę, że zazdroszczę dwulatkowi, iż może tak po prostu zamknąć oczy na widok kogoś, kto mu się nie podoba. Bo ja też należę do tej nieszczęsnej introwertycznej rasy, na której dzieci patrzy się z litościwym zdziwieniem, dorosłych natomiast, jeśli szczególnie się nie krygują, uważa się w najlepszym razie za tłumoków towarzyskich. I na prawdę, jest jedna osoba na świecie, z którą czuję się bezwzględnie bezpiecznie oraz kilkanaście, o których wiem, że mnie raczej nie pogryzą… Jeśli chodzi o resztę, to bardzo często najchętniej zamykałabym oczy.

Moje dziecko po raz kolejny mnie dzisiaj zaskoczyło. Słuchało czytanej przeze mnie książki! Nie, żebym wcześniej nie podejmowała karkołomnych prób. Były one jednak jednoznacznie bojkotowane. Felek zwykle wyrywał mi książki (a próbowałam na prawdę różnych), gryzdał po nich, siadał na nie albo wciskał mi inne (po czym, gdy próbowałam je czytać, także spotykał je niechlubny los). Tolerował jedynie takie, z którymi można było wchodzić w jakąś interakcję, np. nazywać zwierzątka, kolory i kształty, naśladować dźwięki narysowanych pojazdów, czy coś przyklejać. Samo słuchanie nie wchodziło dotąd w grę! Ale kilka dni temu Feliks dostał od babci kolorowankę, gdzie przy każdym obrazku zamieszczono fragment bajki o Pinokiu. Zaczęło się od gryzdolenia, gryzdoliliśmy razem bez czytelniczych ambicji. Nie wiem, co mnie naszło, że nagle zaczęłam czytać na głos tekst, bo już przestałam wierzyć, że mój syn kiedykolwiek zainteresuje się taką formą wspólnie spędzanego czasu. Tym bardziej wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy Feluś odłożył narzędzia gryzdolenia i przestał wydawać z siebie dźwięki! Zachęcona jego nietypową reakcją, czytałam dalej. Nie mogłam uwierzyć, że to moje dziecko, kiedy maluch oparł się o moje nogi i zapatrzony w nieokreślony punkt, po prostu słuchał! Wytrzymał tak aż 15 minut!!! Po nich wstał i zaczął się wydurniać akompaniując sobie okrzykami bojowymi oraz motoryzacyjnymi, więc zaniechałam dalszego czytania, ale i tak byłam dumna i zadowolona. Zresztą, nadciągnęło późne popołudnie, więc czas na drzemkę. Poinformowałam synka o tym, że się kładę. Ostatnio nie ma z nim problemów pod tym względem, nurkuje pod kołdrą razem ze mną albo daje sobie jeszcze trochę czasu na samodzielną zabawę, po czym zasypia obok mnie lub na swoim tapczaniku i błogostan ten trwa około 3 godzin. Ale Felek nie byłby Felkiem, gdyby raz na jakiś czas nie wymyślił czegoś wyjątkowego! I dziś był ten dzień, kiedy to Felek postanowił zabiwakować w drugim pokoju, zamiast w sypialni. Zanim zorientowałam się, co się dzieje, on już zdążył z kocyków i poduszek ułożyć sobie kopczyk pośród rozsypanych pisaków i drewnianych fragmentów układanek, położyć się na tym i zasnąć.

Zaczyna mnie chyba dopadać ,,syndrom wicia gniazda”, nagle bowiem zaczęłam mieć siłę i ochotę na pranie niemowlęcych fatałaszków, prasowanie ich i sortowanie według różnych kluczy. Spakowałam już torbę do szpitala, za kilka dni zaczynam akcję ,,Zmusić Męża Do Skręcenia Łóżeczka!”, bo wiadomo, że i pomalować trochę trzeba, i przemeblować w pokoju, i przynajmniej dziesięć razy zmieniać w tym łóżeczku pościelki, by wreszcie osiągnąć idealną kompozycję prześcieradełka, kołderki, kocyka z jelonkiem Bambi i pozytywki.

2 myśli nt. „Pinokio

  1. Justyś

    ale miałam zaległości ;o ufff ale wszystko dokładnie przeczytałam i jak zawsze się nie zawiodłam ;) nie żeby powiedzieć, że się marnujesz (bo z rodziną ci idzie jak widać świetnie), ale, ze cię jeszcze nikt nie zgarnął do pisania mądrych tekstów za miliony to się dziwię ;O
    ściskuję mocno ;D

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>