Miesięczne archiwum: Wrzesień 2011

Baja kontra pisaki

Naszkicuję wam szybko, jak wygląda u nas w domu sytuacja z oglądaniem bajek. Otóż nie mamy telewizora z wyboru. Gdy Felek miał jakieś półtora roczku, czasami dla hecy puszczaliśmy mu na youtubie jakieś bajki, oczywiście uprzednio zorientowawszy się, czy się tam nie grzmocą, nie wybuchają, nie krwawią i nie klną (teraz to już nic nie wiadomo). Nie był w stanie skupić się na migających obrazkach dłużej niż 3 minuty. Jednak w okolicach 2 urodzin oglądanie zaczęło go wciągać i sprawiać mu przyjemność. Upodobania zmieniał co kilka dni, podobnie jak bohaterów, z którymi się identyfikował czy piosenki, które z lubością śpiewał. Zrobiliśmy mu zatem playlistę na youtubie- sto ileś hitów, puszczanych w sytuacjach krytycznych typu poranna kawa czy robienie obiadu. Obejrzał sobie kilka takich dziesięciominutówek i mu się nudziło, więc bez afery pozwalaliśmy sobie i jemu na chwilę wytchnienia. Bez reklam, bez przemocy, za to z jakimiś tam funkcjami edukacyjnymi (w które nie wierzę do końca, faktem jest jednak, że są fajne bajki, dzięki którym Feluś poznał wiele nowych słów, wierszyków, no i śpiewa piosenki, co uważam za przesłodkie). Po przeprowadzce jednak Felek oglądał bajki niemal nałogowo- wydaje mi się, że ,,baja”, jako jeden z nielicznych elementów przeniesionych ze starego do nowego lokum, dawała mu jakieś poczucie bezpieczeństwa. Ten sam komputer, ta sama fabuła ,,Świata małej księżniczki”, te same problemy do rozwiązania… Sytuacja chyba jednak trochę wymknęła się spod kontroli, gdyż co innego włączenie bajki na pół godziny i spokojne wypicie kawy, co innego niechęć dziecka do tego, by iść na spacerek, bo woli gapić się w ekran albo jęczenie przez sen o 6 rano, że chce oglądać Myszkę Miki. I histeria w momencie odmowy. A tak szczerze, to odmowa nie zdarzała się przesadnie często, bo przeciętny dorosły ma to zboczenie, że kusi go brak konieczności zajmowania się dzieckiem. Ja też to mam i powiem wam otwarcie, że nie wiem, czy wypada się do tego przyznawać, czy to jednak zbyt poważna porażka. No ale zaryzykowałam i się przyznałam, najwyżej nie będziecie klikać pod wpisem, że to lubicie…

Wczoraj przełom- Felek o świcie, gdy zabroniliśmy mu zwalać z półki stosy płyt CD (nie, żeby były w miejscu łatwo dostępnym dla małego dziecka- małe dziecko wdrapało się na regał, a że spaliśmy, mogliśmy zareagować dopiero, gdy kilka płyt już opadło ze szczękiem na nasze wystające spod kołdry nogi), wysypał na podłogę cały kosz pisaków i kredek. Nie krzyknęliśmy z zachwytu, ale to przynajmniej nie stwarzało bezpośredniego zagrożenia dla potomstwa i delikatnej kolekcji elektronicznego nośnika. Łudziliśmy się, że pławienie w bałaganie trochę czasu mu zajmie i uda nam się jeszcze powylegiwać z pół godziny. Jak zwykle okazało się jednak, że atrakcyjny był tylko moment wysypywania i rozwalone po całym pokoju przybory do rysowania nie interesują synka w najmniejszym stopniu- ,,Mamo, włąc baję”. I sama nie wiem, co mnie natchnęło, gdyż odwracając się z niechęcią na drugi bok, burknęłam, że włączę, jak pozbiera pisaki. Pozbierał może z trzy i mu się odechciało- ,,Mamo, ty pozbielaj”. Wybroniłam się oczywistą prawdą, że to nie ja wysypałam, tylko Felek, więc nie do mnie należy zbieranie. ,,Mamo, lazem pozbielajmy”- a więc powolna kapitulacja. Co się zdarzy dalej? Oczywiście nie zabrałam się za pomaganie. A Felek za zbieranie. I tak już do końca dnia bajki się nie domagał. Tzn. poprosił kilka razy, by mu włączyć jakiegoś kotka czy inne g…, ale zawsze była ta sama odpowiedź i spokojna reakcja dziecka, które było na tyle niechętne robieniu porządku, iż bez buntu zajmowało się natychmiast czymś innym. I było rozkoszne, grzeczne, pomysłowe i nienaprzykrzające się. Dużo sobie pogadaliśmy i bawiliśmy się razem. A dziś drugi dzień od rana bez bajki, bo pisaki leżą, jak leżały, zgarnęłam je tylko nogą na kupę w kąt pokoju, żeby można było się ruszyć. I niech tam sobie przebywają, jeśli ma to sprawić, że moje dziecko zerwie z nałogiem. Przyznaję, że mam do niego jeszcze większy szacunek- mój Feluś nie dał się złamać! Niewykonanie żmudnej czynności na polecenie matki i ojca (który całym sercem i głosem wspierał ideę) zbierania pisaków uznał za nadrzędne w stosunku do płytkiej przyjemności, jaką jest bajka na kompie. A mi te pisaki w kącie na prawdę nie przeszkadzają, ponieważ stopień umiłowania sprzątania i porządku jest u mnie na poziomie podobnym, jak u mego dziecięcia, więc wszystko pod kontrolą.

I jeszcze jeden wspólny sukces. Była u nas na noc moja siostra. Zmieniliśmy trochę spontanicznie plany i postanowiliśmy, że synek wyląduje dziś na 3 dni u babci. Trzeba było przekonać jakoś ciociunię, by bez pampersa, wózka, mamy i taty zabrała Felcia w prawie  trzygodzinną podróż, sporo na nogach plus pociąg i PKS. Oczywiście najpierw zakupy na stacji benzynowej koło dworca- zaopatrzyłam ich w książeczkę z naklejkami, soczek i paluszki, żeby jedno dało radę z drugim wytrzymać (które z którym? to już do rozważenia…), ale ostatecznie pojechali, dojechali, nie posikali się i nie ryczeli! Ciocia zadowolona i zaskoczona grzecznością siostrzeńca, maluch szczęśliwy ze spotkania z babcią. Ja odpoczywam, Marcinek spokojny, bo przynajmniej na ten czas odpada konieczność zorganizowania opieki dla pierworodnego w razie mojego porodu. A właśnie, porodu. Dzisiaj jest dzień określony dla mnie ,,terminem”. Nic się nie dzieje, więc zaczynam podejrzewać, iż płód się zmumifikował albo wchłonął. A nie, sorry, właśnie płód trzasnął mnie w żebro odnóżem. No więc nadal czekam…

Gleba dobra na wszystko

Felek od dwóch dni próbuje na nas swój nowy sposób na okazanie niezadowolenia. Otóż  nieważne, jak błahy byłby problem, wymaga od niego natychmiastowego wybuchu płaczu a dla lepszego efektu położenia się na ziemi. Zupełnie nieistotne, czy chodzi o to, że chce jeść bułkę z masłem orzechowym widelcem a akurat nie ma widelca w zasięgu wzroku, czy źle coś usłyszy (np. że pójdziemy na schody, a miały być samochody), czy też ulewa uniemożliwia dalsze korzystanie z uroków placu zabaw. Komentarz: ,,Felek sce!” lub po prostu coraz częściej ,,scę!” nie znosi sprzeciwu. Wydaje mi się, że on dopiero teraz na dobre odkrywa znaczenie słowa ,,chcieć” i w jego pojęciu, gdy ON czegoś chce, musi to dostać, bo inaczej świat się wali i zaburza to jego poczucie sensu istnienia. A my, jak zwykle, musimy sobie radzić z jego nowym objawem dojrzewania. Przeszliśmy już niepojętą nienawiść do ubrań (teraz obowiązuje łagodniejsza wersja- dziecko od trzech tygodni nie da sobie założyć nic, co ma guziki- szkoda, bo po drodze mój brat brał ślub i chciałam malucha odpierniczyć, miał ubrać koszulę i garniak, a ostatecznie poszedł w starych luźnych dresach i polarku), sikanie w majtki w ramach szantażu, jawną niechęć do jakichkolwiek gościn i różne takie. Co do mnie, to oczywiście staram się przewidywać przynajmniej z kilkusekundowym wyprzedzeniem atak i nastawić sobie program Zen. Wtedy nic nie jest w stanie mnie ruszyć. Dziecko kładzie się na glebie, a ja siadam, żeby chociaż fizycznie było mi łatwiej to przeczekać. No i czekam. Gdy sygnał dźwiękowy dzieciaka jest wyjątkowo uciążliwy i nieprzejednany, nie odzywam się, bo nie potrafię doszukać się sensu w przekrzykiwaniu tego, czego przekrzyczeć się nie da. Nabiera tchu i jest cicho- ok, może zdążę przemówić i zakomunikować, że jego łyżka, której właśnie tak intensywnie poszukuje, leży na parapecie albo że po zakupach pójdziemy na lody- wszak już mu wcześniej obiecałam. Generalnie nic w stylu ,,cicho bądź” albo ,,czemu ty tak ryczysz?” – doskonale zdaję sobie sprawę, iż moje dziecko nie jest na tyle kompetentne w danej chwili, by udzielić mi rzetelnej odpowiedzi na to pytanie. Nie latam też dziko, by czymś go zająć czy znaleźć obiekt pożądania, nie pocieszam jakoś szczególnie. Chciałabym, żeby zrozumiał, iż jego fochy nie robią na mnie większego wrażenia. Próbuję także Marcinka namówić, by nie dawał się sprowokować. On ma trudniej, bo nie jest w 9 miesiącu ciąży i dążenie do ograniczania zbędnych ruchów nie dominuje nad całą resztą jego reakcji, tak, jak to ma miejsce w moim przypadku… A tak w ogóle pozwalam Felkowi na tyle, na ile się da. Dziś odbył prawie 4- godzinną drzemkę na podłodze. Bo chciał. Położył se poduszkę na dywanie i oznajmił, że idzie spać na podłodze. Spoko. W pokoju leży gruba kudłata wykładzina, więc się nie przeziębi, tym bardziej, że udało mi się wcisnąć mu pod dupę kawał koca. Ja się położyłam na kanapie i też dobrze. Albo takie żarcie zupy z makaronem rękami. Ręce- byle były czyste. Reszta mnie nie obchodzi. Śliniak, gazeta na blacie, krzesełko maksymalnie przysunięte do stołu. Czy wojny na świecie się zakończą albo terroryzm zostanie w znacznym stopniu ograniczony jeśli mój syn zje obiad z pomocą sztućców? Nie sądzę. Poza tym zupka zdrowa, warzywno- mięsna, już widzę te witaminy i makro-, czy mikroelementy krążące radośnie po żyłkach i tętniczkach małego mężczyzny. Jak się one tam dostaną to już na prawdę ileśtamrzędna kwestia.

A co do 9 miesiąca, to nadal w nim trwam i zaczyna mi się wydawać, że już nigdy nie urodzę. Dzisiaj, w drodze na zakupy, zastanowiłam się, czy ja aby na pewno jestem w ogóle w ciąży, czy to jakaś zbiorowa schizofrenia. Od bitych 2 tygodni co drugi dzień mam regularne skurcze i ochotę budzić Marcinka w środku nocy bojowym okrzykiem ,,Rodzę!!!”. Ale udaje mi się te objawy przespać i okazuje się, że nic się nie dzieje. Z Felkiem tak nie było, składam reklamację! Owszem, też się dłużyło, ale bez fałszywych alarmów i gdy nareszcie się coś zaczęło, to się skończyło na porodówce a nie w łazience z załamaniem nerwowym. A najlepsze te pytania, jakbym nie była już człowiekiem, tylko jednym wielkim, wszechogarniającym brzuchem (przyznaję jednak, że coś w tym jest…)- w sklepie, na ulicy, na fejsie, na naszej klasie, na skajpie, przez telefon i przez płot: ,,Jeszcze się kulasz?”, ,,Jeszcze nie urodziłaś?” (bardziej hardcore’owa wersja: ,,Urodziłaś już?”) czy najpoczciwsze w świecie ,,Jak się czujesz?”, które doprowadza mnie do rozpaczy. Oczywiście nie mam obowiązku odpowiadać i czasami z tego przywileju korzystam. Po cóż wprawiać kogoś w zakłopotanie udzielając szczerej odpowiedzi? Że z lubością oglądam z Marcinkiem horrory, w których jakieś bestie pożerają ludzi żywcem, bo mogę stękać, że ja i tak mam gorzej, a mój ukochany mężuś się z tym zgadza i wtedy nareszcie czuję się zrozumiana?

Mój synek, właśnie w tym momencie, mimo późnej pory, katuje mnie żabką-pozytywką, że niby mam tańczyć do tych cudownych melodyjek. Kiwam więc głową znad klawiatury komputera w rytm tych anielskich nut, zastanawiając się jednocześnie, jak on ma spać, skoro jego miejsce w łóżku zajęte jest przez: plastikową miskę o średnicy ok. 30 cm, podobnych rozmiarów autko, siedem pluszaków, kamień, cztery poduszki (dwie ukradzione rodzicom) i naręcze klocków. I dochodzę do wniosku, że życie bez rodziny byłoby przerażająco puste i jednostronne. O, a teraz usiłuje naostrzyć długopis temperówką. I że niektórzy nie chcą mieć dzieci! Niewiarygodne.

Wyższość moralna

Po co starać się wychowywać dziecko, skoro i tak społeczeństwo jest, jakie jest i wszelkie zasady, jakie pragnie się wpoić potomstwu, i tak okażą się nieaktualne, jeśli będzie ono musiało zmierzyć się z agresją, bezmyślnością, zachłannością? Od dzisiaj nie będę w piaskownicy zwracać uwagi Felciowi, że,,nie wolno zabierać”- mam na myśli chwile, kiedy ktoś jemu coś zabiera, a on stara się to odzyskać, wyrywając delikwentowi swoje skarby. Bo on, jaki by nie był, nigdy nikomu nic nie zabiera, nie pożycza od nikogo, nie świruje, błąkając się jak bezgłowy jeździec wokół czyichś klamotów- po prostu go one nie interesują, bo ma swoje. Do dzisiaj, gdy jakieś dziecko chciało się pięknie bawić z moim synem, bez pytania biorąc sobie jego zabawki i spierdzielając z wrzaskiem na drugi koniec piaskownicy, a Feluś, oburzony, starał się jakoś wpłynąć (nigdy agresją- zawsze zaczynał od ,,plosę, nie zabielaj” albo ,,to moje, ja się telaz bawię”) werbalnie na zachowanie takiego delikwenta, nie reagowałam, jednak w momencie, gdy mój syn jawnie, z użyciem większej lub mniejszej siły, pozyskiwał swój sprzęt od niesubordynowanego osobnika, przekazywałam mu komunikat, że ,,niech się dziewczynka/ chłopczyk pobawi, potem odda” i że ,,nie wolno z rączek wyrywać”. Od dziś mam to gdzieś. Dwuletnie, totalnie rozwydrzone, niegadające, z pieluchą sterczącą do ziemi, wpadło do piaskownicy i rozkokosiło się wśród zabawek mojego dziecka. Feluś był spokojny, zanim ta kreatura nie poczęła celowo pożyczać sobie tego, czym akurat chciał bawić się on. Zwykle nie obchodzi mnie przebieg takich akcji, ale to co zobaczyłam dzisiaj, zagotowało we mnie krew, po czym, gdy ostygła, przyniosło kolejny powód do zadumy nad moralną kondycją ludzkości i zniszczyło mi nastrój do końca dnia. Małe i drące się wyleciało z piaskownicy, dzierżąc łopatkę i kubeczki Felka. Felek w pogoń. Osiągnął to, że został uderzony foremką z całej siły w czółko, aż został mu różowy ślad. Wyraz twarzy mojego dziecka był nie do opisania: oburzenie, zaskoczenie, zdziwienie, wręcz szok. ,,Tak się nie lobi”- powiedział w twarz stworzeniu, które tak go urządziło. Ale stworzenie, jak najdalsze od pomysłu korzystania z mowy ludzkiej w kontaktach interpersonalnych, już pognało przed siebie z dzikim wrzaskiem. Miałam ochotę złapać je i cisnąć do rzeki między te śmierdzące kaczki, ale wciąż liczyłam, że zrobi to za mnie ta, która owego bachora wydała na świat. Nic z tego. Matka siedziała, a jej próby poskromienia pomiotu ograniczały się do beznamiętnych krzyków, które wg mnie raczej nie docierały do zamierzonego odbiorcy. Przysiadła się do mnie i zaczęła coś bredzić, że ta jej Oliwka to ,,taka zadziora”, jakby, do cholery, próbowała ją przede mną usprawiedliwić. Proszę bardzo, nich idzie teraz do mojego zszokowanego synka i jemu tłumaczy się z tego, jaka jest beznadziejna i jak beznadziejne ma dziecko, bo z miny Feliksika wynikało, że chciałby (może jeszcze nieświadomie) wiedzieć, dlaczego ktoś w ogóle go uderzył. Dzieciaki wróciły do piaskownicy, a bachor nadal zachowywał się według dwuletnich standardów skandalicznie, gromadząc cudze zabawki, drąc mordę do własnej matki i latając w kółko z otwartą gębą, przy czym trudno było dopatrzeć się w tym symptomów beztroskiej dziecięcej zabawy. W pewnym momencie zaczął okładać Felka jego własną łopatką. ,,Tak nie wolno!”- huknęłam, chociaż matka tej potępionej istoty siedziała obok mnie. Wtedy i z ust matki padło coś w rodzaju reprymendy, nawet chyba złapała to swoje dziecko za rękę i odciągnęła od Felcia, ale bynajmniej nic mu nie wytłumaczyła, nie odebrała mu tej cholernej łopatki. Odetchnęłam z autentyczną ulgą, gdy sobie poszły. Płakać mi się chciało. Felciowi powiedziałam, że miał rację- tak się nie robi.

Ładna pogoda, więc dzieciaków przez park przewinęło się dzisiaj sporo. Jedne bardziej ogarnięte, inne mniej. Jaś i Piotruś, mali śliczni braciszkowie, robili wokół siebie dużo hałasu, bo kłócili się o foremki, ale miedzy sobą. Rozgrywały się tam iście dantejskie sceny, ale nie dotyczyły nas, więc się niepotrzebnie nie denerwowałam. Coś jednak było w tej ich kłótni, że przyciągała inne dzieci jak lep muchy. Zrobiło się tłoczno i głośno. Kotłowały się wokół tych zasranych wiaderek, wyrywając je sobie zamiast się bawić w cokolwiek, wydając z siebie nieartykułowane dźwięki. Po drugiej stronie- moje dziecko. Samotne, jedno, ciche, po polsku przemawiające do mnie lub do siebie, robiące wieżyczki i ulice, przesypujące piasek z kubeczka do doniczki, samo sobie klaszczące w chwili, gdy udało mu się zrobić okazałą babę. Ten widok też mnie nie podniósł na duchu, zaczęłam się zastanawiać nad sensem tzw. ,,wyższości moralnej”. Co to w ogóle jest? W jaki sposób ma pomóc w życiu? Spostrzegłam, że babcia i dziadek Jasia- Piotrusia zaganiają wnuczków i szykują się do powrotu do domu. ,,Bardzo dobrze- pomyślałam- wypier…ć”. I wcale mnie te myśli nie rozśmieszyły.

Jeszcze tylko trzeba było zmierzyć się z Weroniczką, która mimo, jak podejrzewam, już jakiś czas temu skończonych trzech latek, wciąż nie potrafiła zrozumieć, że warto pierw poprosić o pozwolenie, zamiast czepiać się wszystkiego, co plastikowe i kolorowe w zasięgu jej wzroku. Felek był już nieco bardziej stanowczy, więc Weroniczka co kilkadziesiąt sekund prezentowała przesłodki wyraz twarzy podczas wymuszonych ataków płaczu. Sromota tego wszystkiego spowodowała, że Feluś oznajmił: ,,Idziemy jus do domku”, któremu to pomysłowi przyklasnęłam- w końcu siedzieliśmy tam już od ponad 3,5 godziny.

Uczyć dziecko, że trzeba się dzielić? Czy jeśli ktoś wyrwie mi torebkę, wrzeszcząc wniebogłosy, mam z pokorą to przyjąć i jeszcze dorabiać teorię, że biedny pan zapomniał swoich pieniążków z domku i dlatego chciałby trochę ode mnie pożyczyć? Co to za dzielenie się? Pieprzę takie wymysły. Nie trzeba się dzielić na zasadach, które głupie dzieci chcą narzucić mądrym, a bezmyślni dorośli podtrzymują. A jeśli otoczenie uważa, że trzeba- cóż, wtedy olać wyższość moralną i po prostu nie dać sobie wyrwać. I od dziś tak zamierzam uczyć moje dzieci.