Dzienne archiwum: 13 września 2011

Wyższość moralna

Po co starać się wychowywać dziecko, skoro i tak społeczeństwo jest, jakie jest i wszelkie zasady, jakie pragnie się wpoić potomstwu, i tak okażą się nieaktualne, jeśli będzie ono musiało zmierzyć się z agresją, bezmyślnością, zachłannością? Od dzisiaj nie będę w piaskownicy zwracać uwagi Felciowi, że,,nie wolno zabierać”- mam na myśli chwile, kiedy ktoś jemu coś zabiera, a on stara się to odzyskać, wyrywając delikwentowi swoje skarby. Bo on, jaki by nie był, nigdy nikomu nic nie zabiera, nie pożycza od nikogo, nie świruje, błąkając się jak bezgłowy jeździec wokół czyichś klamotów- po prostu go one nie interesują, bo ma swoje. Do dzisiaj, gdy jakieś dziecko chciało się pięknie bawić z moim synem, bez pytania biorąc sobie jego zabawki i spierdzielając z wrzaskiem na drugi koniec piaskownicy, a Feluś, oburzony, starał się jakoś wpłynąć (nigdy agresją- zawsze zaczynał od ,,plosę, nie zabielaj” albo ,,to moje, ja się telaz bawię”) werbalnie na zachowanie takiego delikwenta, nie reagowałam, jednak w momencie, gdy mój syn jawnie, z użyciem większej lub mniejszej siły, pozyskiwał swój sprzęt od niesubordynowanego osobnika, przekazywałam mu komunikat, że ,,niech się dziewczynka/ chłopczyk pobawi, potem odda” i że ,,nie wolno z rączek wyrywać”. Od dziś mam to gdzieś. Dwuletnie, totalnie rozwydrzone, niegadające, z pieluchą sterczącą do ziemi, wpadło do piaskownicy i rozkokosiło się wśród zabawek mojego dziecka. Feluś był spokojny, zanim ta kreatura nie poczęła celowo pożyczać sobie tego, czym akurat chciał bawić się on. Zwykle nie obchodzi mnie przebieg takich akcji, ale to co zobaczyłam dzisiaj, zagotowało we mnie krew, po czym, gdy ostygła, przyniosło kolejny powód do zadumy nad moralną kondycją ludzkości i zniszczyło mi nastrój do końca dnia. Małe i drące się wyleciało z piaskownicy, dzierżąc łopatkę i kubeczki Felka. Felek w pogoń. Osiągnął to, że został uderzony foremką z całej siły w czółko, aż został mu różowy ślad. Wyraz twarzy mojego dziecka był nie do opisania: oburzenie, zaskoczenie, zdziwienie, wręcz szok. ,,Tak się nie lobi”- powiedział w twarz stworzeniu, które tak go urządziło. Ale stworzenie, jak najdalsze od pomysłu korzystania z mowy ludzkiej w kontaktach interpersonalnych, już pognało przed siebie z dzikim wrzaskiem. Miałam ochotę złapać je i cisnąć do rzeki między te śmierdzące kaczki, ale wciąż liczyłam, że zrobi to za mnie ta, która owego bachora wydała na świat. Nic z tego. Matka siedziała, a jej próby poskromienia pomiotu ograniczały się do beznamiętnych krzyków, które wg mnie raczej nie docierały do zamierzonego odbiorcy. Przysiadła się do mnie i zaczęła coś bredzić, że ta jej Oliwka to ,,taka zadziora”, jakby, do cholery, próbowała ją przede mną usprawiedliwić. Proszę bardzo, nich idzie teraz do mojego zszokowanego synka i jemu tłumaczy się z tego, jaka jest beznadziejna i jak beznadziejne ma dziecko, bo z miny Feliksika wynikało, że chciałby (może jeszcze nieświadomie) wiedzieć, dlaczego ktoś w ogóle go uderzył. Dzieciaki wróciły do piaskownicy, a bachor nadal zachowywał się według dwuletnich standardów skandalicznie, gromadząc cudze zabawki, drąc mordę do własnej matki i latając w kółko z otwartą gębą, przy czym trudno było dopatrzeć się w tym symptomów beztroskiej dziecięcej zabawy. W pewnym momencie zaczął okładać Felka jego własną łopatką. ,,Tak nie wolno!”- huknęłam, chociaż matka tej potępionej istoty siedziała obok mnie. Wtedy i z ust matki padło coś w rodzaju reprymendy, nawet chyba złapała to swoje dziecko za rękę i odciągnęła od Felcia, ale bynajmniej nic mu nie wytłumaczyła, nie odebrała mu tej cholernej łopatki. Odetchnęłam z autentyczną ulgą, gdy sobie poszły. Płakać mi się chciało. Felciowi powiedziałam, że miał rację- tak się nie robi.

Ładna pogoda, więc dzieciaków przez park przewinęło się dzisiaj sporo. Jedne bardziej ogarnięte, inne mniej. Jaś i Piotruś, mali śliczni braciszkowie, robili wokół siebie dużo hałasu, bo kłócili się o foremki, ale miedzy sobą. Rozgrywały się tam iście dantejskie sceny, ale nie dotyczyły nas, więc się niepotrzebnie nie denerwowałam. Coś jednak było w tej ich kłótni, że przyciągała inne dzieci jak lep muchy. Zrobiło się tłoczno i głośno. Kotłowały się wokół tych zasranych wiaderek, wyrywając je sobie zamiast się bawić w cokolwiek, wydając z siebie nieartykułowane dźwięki. Po drugiej stronie- moje dziecko. Samotne, jedno, ciche, po polsku przemawiające do mnie lub do siebie, robiące wieżyczki i ulice, przesypujące piasek z kubeczka do doniczki, samo sobie klaszczące w chwili, gdy udało mu się zrobić okazałą babę. Ten widok też mnie nie podniósł na duchu, zaczęłam się zastanawiać nad sensem tzw. ,,wyższości moralnej”. Co to w ogóle jest? W jaki sposób ma pomóc w życiu? Spostrzegłam, że babcia i dziadek Jasia- Piotrusia zaganiają wnuczków i szykują się do powrotu do domu. ,,Bardzo dobrze- pomyślałam- wypier…ć”. I wcale mnie te myśli nie rozśmieszyły.

Jeszcze tylko trzeba było zmierzyć się z Weroniczką, która mimo, jak podejrzewam, już jakiś czas temu skończonych trzech latek, wciąż nie potrafiła zrozumieć, że warto pierw poprosić o pozwolenie, zamiast czepiać się wszystkiego, co plastikowe i kolorowe w zasięgu jej wzroku. Felek był już nieco bardziej stanowczy, więc Weroniczka co kilkadziesiąt sekund prezentowała przesłodki wyraz twarzy podczas wymuszonych ataków płaczu. Sromota tego wszystkiego spowodowała, że Feluś oznajmił: ,,Idziemy jus do domku”, któremu to pomysłowi przyklasnęłam- w końcu siedzieliśmy tam już od ponad 3,5 godziny.

Uczyć dziecko, że trzeba się dzielić? Czy jeśli ktoś wyrwie mi torebkę, wrzeszcząc wniebogłosy, mam z pokorą to przyjąć i jeszcze dorabiać teorię, że biedny pan zapomniał swoich pieniążków z domku i dlatego chciałby trochę ode mnie pożyczyć? Co to za dzielenie się? Pieprzę takie wymysły. Nie trzeba się dzielić na zasadach, które głupie dzieci chcą narzucić mądrym, a bezmyślni dorośli podtrzymują. A jeśli otoczenie uważa, że trzeba- cóż, wtedy olać wyższość moralną i po prostu nie dać sobie wyrwać. I od dziś tak zamierzam uczyć moje dzieci.