Miesięczne archiwum: Październik 2011

Gdynia Challange

Tata zmotywował mnie, żebym dalej próbowała zdać egzamin na prawo jazdy. W tym celu postanowiłam się na niego zapisać. Tu z kolei koniecznym było udać się do Gdyni, a konkretnie jej części oddalonej od naszego miasteczka kilka stacji miejskiej kolejki. Marcin w pracy, podejmuję zatem wyzwanie i wyprawiam się z dwójką maleństw w tę niebezpieczną, długą i pełną niespodzianek (?) drogę. Zaczynamy! Najpierw ubieram Felka i proszę go, by na nas poczekał w ogródku, czego nie robi i nadal ogląda bajkę. W pełnym rynsztunku. Olewam. Ubieram buty i odziewam nieco zaspaną Liliannę. W trybie ekspresowym, nim się rozryczy, wiążę chustę i pakuję zaskoczone tempem niemowlę. Chwała Bogu, zamyka patrzałki i nie protestuje. Na koniec zarzucam kurtkę. Wychodzimy. Już po 8 minutach Felek marudzi, że chce do wózeczka, którego nie mam, bo interesujące mnie stacje kolejki pozbawione są podjazdów i wind. Oznajmiam mu, jaki jest stan rzeczy- ryk i gleba. Przechodzi obok wujek naszego kolegi (o nieco przerażającym wyglądzie, tzn. może tak być z perspektywy malca) i straszy, że go zamknie w piwnicy, jak będzie niegrzeczny. Pomaga. Karcę się w duchu za radość ze skuteczności tej średniowiecznej metody wychowawczej.

Już prawie dworzec, trzeba tylko jeszcze skorzystać z bankomatu na stacji paliw. Korzystam. Felek rozpieprza półkę z litrowymi sokami w kartonach, bo poleciłam mu wybrać sobie jeden mały soczek. Po wyjęciu kasy prowadzę go w rejony kubusiów plejów. Wybiera, kupuję, spadamy. Na dworcu nabywam bilety i zmierzam na peron. Właśnie z sąsiedniego uciekła nam kolejka, ale nie szkodzi. Są kałuże, a mały ma kalosze. No to hulaj dusza! Całe rajstopy mokre, gacie też, ale co tam. Ciepło jest, w pociągu wyschnie. Tak se mówię, zagłuszając wyrzuty sumienia, bo przecież dziecko mokre, na pewno będzie chore. Już cholernik w majty nie sika, to i na zmianę nigdy nic dla tego czorta nie mam. Patrzę na komórkę- za 3 minuty powinien przyjechać. Pani przez megafon mówi, że wyjątkowo kolejka będzie jednak na sąsiednim peronie. Lekkie poruszenie, ludzie biegną ku schodom. Felek na to, że chce siusiu. Blednę. Pomagam mu się na peronie przy schodach odlać, biorę go pod pachę, Lilka piszczy, pędzę na złamanie karku. Zdążyliśmy. Jesteśmy w pociągu. Lilka się kręci, zatykam jej mordkę smoczkiem, zasypia, Felek siada, z przerażeniem myślę, że ona w sumie może być już głodna, ok, mam głęboki dekolt, od biedy dam radę i w pociągu, ale patrzę- smok wystarczył, Felek ogląda widoki przez okno, drogo, mijaj, jest nasz przystanek, wysiadamy, pierwszy etap za nami.

Trzeba dojść do PORD-u. Po drodze roboty drogowe, na szczęście z użyciem łopat, nie maszyn. Felek bierze wielki kamlot i wrzuca do głębokiego dołu, mało tam nie spadając, ach, ten refleks matki. Spieprza mi przez biało- czerwoną barierkę, więc krzyczę coś bez sensu: ,,Szybko, Felek, do mamy, bo tu drogę budują!”- spanikowany ton wystarczył, Felek wrócił, chociaż wokół zero żywej duszy, żadnego zagrożenia (prócz dołu, ale to już za nami). Bierze jakiś kij po drodze i wybija rytm po żelaznej poręczy, wzdłuż której się posuwamy. Siusiu (no tak, cały kubuś plej pierdyknięty duszkiem). I teraz najgorsze- długi chodnik, żadnych kałuż, monotonia. Idziemy 100 metrów pół godziny. Co kilka kroków kontroluję sytuację w chuście. Chusta się nie odzywa. Dochodzimy do PORD-u. Nieduża kolejka, ale zawsze. Felek zachwycony automatycznymi drzwiami. Lata w tę i wew tę, na szczęście na tyle subordynowany, że nie rusza się na dwór. Zakłada czapkę na oczy i zderza się dwa razy z obcą osobą. Jest mu głupio, lecz nie na tyle, żeby się uspokoić. Nareszcie, mój numerek. Zapędzam bydlę do pokoju. Już się to rzuca na obrotowe krzesło, wywleka je na środek i kręci. Każę odłożyć, więc pcha z całej siły na stojący w kącie wiatrak. Miny pań niewyraźne, ale starają się być miłe. Załatwiam, co trzeba. Spadamy.

Wszystko ładnie pięknie, ale Felek nie chce iść. Cholera, co tu wymyślić. ,,Robimy szuru-buru”? – drę się z uśmiechem na ustach. Mały podchwytuje, biegnie, kopiąc liście w tę stronę, co trzeba. Ponad połowa długiego chodnika za nami. ,,Jus nie scę lobić sulu bulu”- oznajmia. Trudno mi to zaakceptować, tym bardziej, że marudzenie uderza nagle ze zdwojoną siłą. Opowiadam, że już niedługo będziemy w domku, bo widzę, jaki jest zmęczony. Żeby jakiś temat leciał, pytam go, co będziemy robić w domku. No to mi mówi, że będziemy się bawić i oglądać bajkę. Zgodził się, że jeść obiad. Dodaję, że także pić wodę (on kocha pić wodę, to jego pasja, bo wątpię, iż potrzeba w takich ilościach). Błąd- ,,ja scę wodę!”- ,,no dostaniesz, w domku”- ,,ja scę wodę tuuuuuutaj!”- ryk, gleba- ,,nie mamy tutaj wody”- ,,ja scę wody tutaj w sklepie”- ,,tutaj nie ma rybko sklepu”. Rozgląda się bacznie, sklepu nie ma (ufff!!), lezie jako tako, dobijamy do peronu, 20 minut do pociągu, znowu kałuże, siusiu, mokre nogi, mdleję na sam cień myśli, że Lilka zacznie mi tutaj ryczeć, ale ona cicho śpi, czapka zasłania jej całą twarz, bawełniana, ale myślę se, a nuż się udusi, więc chcę poprawić, ale ta się zaraz wierci, ok, ok, duś się tylko bądź cicho, czapka zostaje na gębie.

W pociągu wszyscy patrzą na mnie z sympatią, chcą miejsca ustępować, Felek ,,siada”, kręci się jakby miał owsiki, ja stoję, bo Lilka tak woli, kiedy jest w chuście, a mój stosunek do niej jest taki, że robię wszystko, co ona lubi, chce i woli. W ten sposób możliwe jest przeżycie dnia. No ale jedziemy, zwolniło się podwójne miejsce, Felek w kaloszach się tam kładzie, udaję, że tego nie widzę i tylko go głaszczę i drapię za uchem. Dojeżdżamy, wysiadamy, uświadamiam sobie, że zaraz 4 godziny zlecą od ostatniego żarcia, truchleję od tej świadomości, zaglądam, ale cicho i nieruchomo. Rozmyślam, czy w castoramie (najbliższy dworca w Rumi duży sklep) jest pokój dla matki z dzieckiem i że w sumie nawet ciepło, to jak co, nakarmię ją po drodze na ławce. Rumia, wysiadamy. Po schodach młody jeszcze jakoś lezie, potem tragedia. Żal mi go, bo mokry, głodny, wyczerpany. Nawet krzyczeć na niego nie mam serca. Opowiadam mu, jak fajnie w domku będzie, ale nikłe efekty. Ryk, gleba co 5 metrów. Już bym go nawet pod tę pachę wzięła, ale boję się, że znowu Lilkę pogniecie i ta się rozedrze. Za rękę i idziemy. Ryk. W końcu woda na pustyni- widać nasz domek. Pokazuję Felciowi. Ekstaza, idzie sam. Otwieram drzwi. Omatkobosko, przeżyłam. Trzy godziny z Lilką w chuście i Felkiem na podorędziu. Jestem wielka.

Mój mały jubileusik w różowej sukmance

Rano.

Lilianna Małgorzata skończyła dziś miesiąc. Powoli pakujemy się, bo po 5 dniach rozleniwiającego pobytu u babci, wracamy dzisiaj do domu. Przez te kilka dni ostatecznie zakochałam się w mojej córce, bo zajmowałam się właściwie tylko nią, a ona odwdzięczyła mi się pierwszym świadomym uśmiechem, spokojniutkimi dniami i… oczywiście wieczornymi atakami. Ale jakoś inaczej do nich zaczęłam podchodzić- przede wszystkim postrzegam je jako objawy cierpienia maleńkiej, nie zaś karę boską wymierzoną przeciwko mojej osobie! Przez to wcale nie znalazłam skutecznego sposobu na uporanie się z tą gehenną, ale wyrzuty sumienia jakby mniejsze i w ogóle życie wydaje się bardziej udane.

Wieczór- późny.

Co prawda moje dzieci jeszcze nie śpią, ale postanowiłam dokończyć dzisiejszy wpis. Muszę tylko znaleźć pozycję trzymania Lilianny, która pozwoli mi także tworzyć. Felek balanguje, ale nie siedzi mi na głowie, łał. A Lilka- nie ryczy. Nie pręży się i nie pomstuje. Ja nie płaczę z bezsilności. Czyżby pomógł ten antykolkowy preparat, który od rana jej daję przed każdym żarciem? Jeśli tak, to zrobię w aptece zaopatrzenie… Są u nas aktualnie couchsurferzy z dwuletnią Gabrysią. Jej mama opowiadała, że kolki były u małej, ale dawali radę- tak przyzwyczaili się do określonej pory występowania czterdziestopięciominutowego ryku, że na ten czas brali córcię, wyłączali się i np. czytali książkę. A po 1,5 miesiąca kolki z dnia na dzień zniknęły. Co do mnie, to nie przyzwyczaiłam się. Każdy ryk Lilki to dla mnie coś druzgocącego. Nie chodzi mi o płacz, czy ma rudzenie tylko o reakcję, o której już pisałam, a która na prawdę mrozi krew w żyłach! Dziś tego nie ma. Póki co. Przed nami wieczór (jeszcze późniejszy) i noc.

Posnęły? Felek położył się w swoim łóżku i go nie słyszę, Gabrysia w sąsiednim pokoju śpi już od dawna, Lilka uspokaja oddech na moim brzuchu (oczki zamknięte, smoczek wypadł z buzi). Jakże szybko zleciał ten miesiąc. Miesiąc utyskiwania nad cierpieniam i dziecka i własnymi, utyskiwania, które odbierało radość z obecności nowego członka rodziny i przyćmiło miłość do własnego dziecka. Miesiąc odkrywania prawdy o swojej kondycji psychicznej, która, jak się okazało, nie jest aż tak niezłomna. I pierwszy uśmiech. Prawdziwy, świadomy, delikatny, jeszcze niedopracowany, wymagający pewnego wysiłku, ale jakże wzruszający, zmieniający wszystko! Laleczko… Wyładniałaś, nabrałaś sadełka, czuć już ten słodki ciężar. Spuchnięte powieczki wygładziły się i ukazały światu dwa migdałki granatowych ślepek, większe niż zwykle u dzieci w tym wieku, ale to dziedziczne, myszko, twój tata i brat pożerają świat tymi wulkanami oczu, ty też pewnie niejednego delikwenta nimi zahipnotyzujesz. Pokazały się też długie, brązowe rzęsy i od razu wyznaczyły mi horyzont, za którym już nic nie ma. Nic tak nie ogranicza zakochanej mamie świata, jak łuk rzęsek potomstwa. Jesteś piękna, Lilianno Małgorzato. Jesteś moim cudem.

 

Debiut u babci

Marcina wysłali na szkolenie, więc postanowiłam na ten czas pojechać do domu rodziców. Tata też w delegacji, więc jestem tu z mamą i dziećmi. O ile Felek ma tu swój drugi dom, to Lilka zadebiutowała w roli wnusi odwiedzającej babunię. Po moich skargach na jej decybele mama była zdziwiona, że w sumie dzidzia jest spokojna. Niestety wpływ nowego otoczenia ustał, gdy otoczenie przestało być nowe i już następnego dnia (tj. dzisiaj) Lilka zaprezentowała swój program artystyczny, czym zszokowała babcię. Babcia nawet przyznała,  że żadne z nas (mam dwójkę rodzeństwa) AŻ TAK się nie darło, ale  że trzeba to przeżyć. Też tak uważam. Od kilku dni walczę z depresją, starając się zamykać, gdy dziecko się drze. To znaczy huśtam ją, bujam i tak dalej, nawet nauczyłam się wiązać chustę z maluchem (wszystko pomaga niestety tylko czasami albo na chwilę), ale braku efektu nie biorę tak osobiście. Gdy pewnego dnia osiągnęłam bowiem totalne dno nastroju i wśród histerycznych łez (tym razem moich) nachodziły mnie okropne myśli, pełne skrajnej niechęci wobec Bogu ducha winnego dziecka, doszłam do wniosku, że czas coś zmienić we własnym podejściu, jeśli nie potrafię nic zaradzić na to, co moje kochanie wyprawia.

Z bólem serca wyeliminowałam czekoladę z diety. Po dniu i nocy bez płaczu, kiedy już zdążyłam się ucieszyć, że to o to chodziło, Lilunia znów zaatakowała. Babcia po godzinie się z nią uporała i wtedy właśnie dołączyła do grona (jest nas już czwórka- moja mama, Marcin, Felek i ja!) osób zastanawiających się, dlaczego to dziecko tak płacze. Dlaczego, do jasnej, zdrowy noworodek zanosi się, dusi, sinieje, bordowieje, sztywnieje, szczeka i wydaje z siebie tak potworne odgłosy, że włos się jeży na głowie? Kupiłam preparat na kolki- może to te kolki? Wszystko mi jedno,  jestem na etapie, że wydam każde pieniądze, żeby jej ulżyć i już TEGO więcej nie słyszeć. W ulotce napisano jednak, że preparat można podawać dzieciom, które ukończyły już miesiąc, zatem poczekam dla bezpieczeństwa te kilka dni. Ogólnie i tak tu wypoczywam, bo Felek uwieszony na babci, więc zostaje mi tylko moja młodsza gwiazda.

Ważniejsze, niż zmiana diety i inwestowanie w apteczne produkty (co może i pomoże, przekonam się- jeśli tak, to urządzę imprezę ze szczęścia) wydaje mi się ogarnięcie siebie. Niedopuszczanie popłochu, obwiniania się ani zniecierpliwienia. Tak, jak przy synku, który co prawda nie daje i nie dawał nigdy aż tak do wiwatu, ale np. przy jego ząbkowaniu albo odstawianiu od smoczka myślałam, że jest ciężko. Gdybym wiedziała, co mnie czeka!:) Gdy to wszystko sobie codziennie powtarzam, zwłaszcza w newralgicznych momentach, jest mi łatwiej, chociaż w żadnym razie nie pomaga to w bólach córci. Ale przynajmniej we mnie jest więcej siły oraz czułości wobec ryczącej istoty. Teraz bujam ją nogą w foteliku samochodowym i ,,śpi”. Cudzysłów oznacza, że Lilunia owszem, ma zamknięte oczki (i pysk- to najistotniejsze), ale gdybym na chwilę przestała ją bujać, lub co gorsze- odłożyła do łóżka, zaczęłaby nadawać, prężyć się i w każdy inny sposób protestować, co najpewniej w końcu przerodziłoby się w jej czarowny popis. Właśnie słyszę, jak moja mama rozmawia przez telefon z sąsiadką: ,,Mała jest cudowna, śliczna i w ogóle, tylko ma takie swoje… godzinki”. Brawo, eufemizmy, za wasze istnienie!