Ciufciaki

Nie chciało mi się pisać- musiałam przeżuć i przetrawić naszą nową sytuację, poza tym takie to wszystko ,,moje”, że uznałam, że jeszcze nie czas się dzielić. Nie czuję potrzeby spotykania się z ludźmi, chwalenia córcią, obdzwaniania, pisania SMS-ów, histerycznego wklejania zdjęć na portalach społecznościowych. Lilka jest tak inna od Felka, docieramy się cały czas i to mnie zajmuje niemal w 100 %-ach. Wiem, że w dzisiejszych czasach nie wypada przyznawać się: to rodzina nadaje sens mojemu życiu i sprawia, że jestem spełnioną kobietą. Ale nic nie poradzę na to, że w moim przypadku tak właśnie jest. Jeśli pójdę kiedyś do pracy, to tylko ze względów lokalowo- ekonomicznych. Postaram się pozytywnie do niej nastawić albo zagryźć zęby. Jest mi dobrze z moimi Ciufciakami (określenie z kreskówki Felcia- tak nazywane są tam pociągi- dzieciaki…), aż za dobrze. Pakuję ich razem do gondoli wózka (Lilunia na ukos pod samą budką, Felek w nogach, trzeba tylko pilnować, by ze zbytnim impetem nie kładł się na siostrze) i wyruszamy na spacerek. Złota jesień wokół nas, a ja przeżywam sobie to wszystko, patrzę na nich i wszystko już wiem. Nie chodzi o to, że mamy tu teraz całodobową sielankę- bo nie mamy. Lileczka jest dzieckiem jednak dość ciężkim w obsłudze. Felek- filozof od pierwszej minuty swojego życia, nie dał nam popalić w ogóle. A ta daje. Przesypia niemal całe dnie, natomiast wieczory i noce są problematyczne. Płacz, trudności w zasypianiu, bóle brzuszka, niechęć do przewijania- typowe dolegliwości, o których tyle zawsze słyszałam i czytałam, a nigdy w nie wierzyłam, bo Feliks, tak jak urodził się buddystą, tak nim pozostał, o ile oczywiście nikt mu w jakiś sposób nie przeszkadza w kontemplowaniu rzeczywistości i własnego wnętrza. Dlatego ta miłość do Felka też była inna. To niesamowite, jak kocha się ryczące, nie dające się uspokoić dziecko. Miłość do Felka nie wymagała żadnego poświęcenia, on był, a ja się nim zachwycałam i płakałam czasami z tego zachwytu, bo jak nie płakać, gdy kilkudniowe dziecko świadomie patrzy ci w oczy, tak porażająco mądrym spojrzeniem, w którym jest cały wszechświat. Miłość do Lilki to wysiłek usypiania, ciągłe myślenie- jak jej pomóc? Jak zasłużyć sobie na to, żeby cichutko usnęła, żeby zaufała mamie na tyle, by bez dodatkowych pretensji wtuliła się w nią i wreszcie bezwarunkowo poczuła dobrze? Płaczące i nerwowe dziecko to lekcja pokory dla mnie jako rodzica- bo nagle zorientowałam się, że nie wystarczy być, żeby córeczka była szczęśliwa i spokojna. Gdy Marcin ma wolne, to nawet sobie żartujemy z tego jej usposobienia, bo jedno jest pewne- charakter to ona ma. Domaga się na prawdę intensywnie spełnienia jej żądań. Co mnie martwi, to fakt, że generalnie śpi z nami w nocy w łóżku. Dotąd byłam zagorzałą przeciwniczką spania z dzieckiem (popołudniowe drzemki odbywam z Felciem na kanapie, ale to co innego- jednak dzień rządzi się innymi prawami niż noc, bo co to w sumie za sen za dnia, bez piżamki i kolacji), a teraz za cenę ciszy po prostu kapituluję. Może byłabym twardsza, gdyby nie synuś. Już się nie budzi, gdy Lilunia w nocy płacze, ale przewraca z boku na bok, coś mruczy, widać, że sen nie jest w takich chwilach głęboki i wisi na włosku. Biorę więc córcię i kładę do naszego łóżka z powrotem po każdym karmieniu (maleńka zajada z reguły dwa razy w ciągu nocy), chociaż wciąż sobie powtarzam, że to ostatni raz. Dzisiaj Felek jest u babci. Wieczór Lilki był jak zawsze płaczliwy. Gdy zasnęła w końcu po setnej kołysance, wylądowała w swoim łóżeczku. Pół minuty nie minęło i przez sen skubana się zorientowała, że ją oszukałam, o czym głośno mnie poinformowała. I co? Śpi teraz sobie słodko na mojej poduszce w naszym łóżku. I tak pewnie całą noc będzie. Jedno, co dobre, że najada się na dłużej i jak wspomniałam, o ile nie próbuję z nią ćwiczyć spania bez rodziców, to można nawet się wyspać. Feluś, co by się nie działo, budził się co dwie godziny z zegarkiem w ręku. I przez pierwsze sześć tygodni totalnie nie odróżniał dnia od nocy. Nie płakał, tylko harcował i domagał się uwagi. Np. od trzeciej do czwartej nad ranem. Więc ogólnie chodziłam nieprzytomna, fizycznie byłam z nim skrajnie wymęczona. Liluś zapowiada się na rannego śpioszka, a wieczornego imprezowicza, a więc dokładnie odwrotnie niż jej braciszek.

Wszyscy pytają mnie o reakcję Felunia na siostrę. Była bardzo pozytywna, ale tylko pierwszego dnia. Kilka kolejnych obowiązywała zasada ograniczonego zaufania, bo Felkiem targały sprzeczne emocje i zdarzyło mu się ,,przypadkiem” rzucić w dziecko klockiem albo ustalić trasę dla samochodu przez jej bujaczek akurat, kiedy ona tam spała. Nadal zresztą trzeba mieć ich na oku, by nie dopuścić do zbyt namiętnego huśtania Lilki w wyżej wspomnianym bujaczku czy wkładania jej smoczka do buzi (raz już miała go prawie w gardle…). Z czułością obserwuję jednak powoli rodzącą się prawdziwą miłość. Widać ją właśnie wtedy, kiedy robimy coś razem- na spacerku, gdy Ciufciaki gnieżdżą się razem we wózku, co bardzo się Felkowi podoba, po obiedzie, gdy kładziemy się spać (synuś przynajmniej chwilę musi pokokosić się razem z Lilką pod kołdrą na wspólnej podusi). Czasami po prostu Felek pochyla się nad leżącą kruszynką i stuka ją delikatnie noskiem w czółko, coś tam pieszczotliwie po swojemu mrucząc, np. ,,ceść, Lilko, jestem twoim blaciskiem”… Wczoraj byłam niezwykle wzruszona, gdy zorientowałam się, że zupełnie po kryjomu (akurat robiłam obiad, więc na chwilę spuściłam maluchy z oczu) Felek położył śpiącej w bujaczku Lilce swoją ukochaną maskotkę. To są momenty, które dają mi nadzieję, że kiedyś będzie na prawdę miło i wesoło. Tzn. Ciufciaki nie będą mogły bez siebie żyć, nawet gdy ta miłość będzie oznaczała bitwy, wrzaski, zabieranie zabawek itd. Bo na razie to wiadomo, bywa różnie. Osobnym tematem jest karmienie. Feliks już przyswoił, że dziecko przy cycu matki oznacza jej absolutną niemobilność. I że jest to czas na realizowanie pomysłów odlotowych- wrzucanie rolek papieru toaletowego do klozetu, rozbieranie się do naga i samodzielne branie prysznica, budowanie wieży ze szklanek (!), wywlekanie z szuflad noży (!!!), wylewanie całej półtoralitrowej butelki wody na podłogę w przedpokoju, zamiatanie jej potem miotłą- i tym podobnych. Oczywiście potem mama krzyczy, ale co z tego, co się odkrywca naużywał, to jego. I właściwie gdy Marcin jest w pracy, to większość dziennych karmień kończy się jakąś katastrofą. Musiałabym pomiot przywiązywać do stołu, żeby tego uniknąć. A gdy Marcin jest w domu, to większość dziennych karmień kończy się wrzaskiem, bo tata Felciowi zabrania siać spustoszenie i egzekwuje zakazy, powstrzymując rozhulanego smyka. A smyk niezadowolony- no bo jak to, mama ,,pozwala”, a tu nagle jakieś ograniczenia? Zaiste, posiadanie dwójki dzieci nie daje się w żaden sposób porównać z posiadaniem jedynaka. Na pewno nie jest nudno. I jest tak wiele okazji do ćwiczenia duchowej równowagi- gdy tyle jej wrogów atakuje naraz! Wciąż nie wypracowałam idealnego sposobu na ogarnięcie tego żywiołu, ale jest coraz lepiej. Jeszcze tylko rozgryzę powód wieczornych koncertów Lilianny i już nic nie stanie mi na drodze do ponownego osiągnięcia Zen :)

4 myśli nt. „Ciufciaki

  1. Justyna

    „Nie czuję potrzeby spotykania się z ludźmi, chwalenia córcią” pfff…. nic mnie to w przyszłym tygodniu nie będzie obchodzić ;p szykuj się mamuśko ;D szkoda, ze tak prozaiczne rzeczy nie pozwalają uczynić tego co się chciało uczynić dawno temu ;)

    Odpowiedz
  2. marlene

    Dzieci jak ”chińczyki”-niby podobne ..a ..inne.Pozdrawiam jesiennych wyspanych nocy życzę..bo jesień taka piękna tego roku..Marlene

    Odpowiedz
  3. Mamanapuszczy-1

    Podróżą każda miłość jest co różą wiatrów znaczy cel. Poniesie nas, gdzie, nie wie nikt w jakie noce i dni…
    Jonaszek Kofta

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>