Gdynia Challange

Tata zmotywował mnie, żebym dalej próbowała zdać egzamin na prawo jazdy. W tym celu postanowiłam się na niego zapisać. Tu z kolei koniecznym było udać się do Gdyni, a konkretnie jej części oddalonej od naszego miasteczka kilka stacji miejskiej kolejki. Marcin w pracy, podejmuję zatem wyzwanie i wyprawiam się z dwójką maleństw w tę niebezpieczną, długą i pełną niespodzianek (?) drogę. Zaczynamy! Najpierw ubieram Felka i proszę go, by na nas poczekał w ogródku, czego nie robi i nadal ogląda bajkę. W pełnym rynsztunku. Olewam. Ubieram buty i odziewam nieco zaspaną Liliannę. W trybie ekspresowym, nim się rozryczy, wiążę chustę i pakuję zaskoczone tempem niemowlę. Chwała Bogu, zamyka patrzałki i nie protestuje. Na koniec zarzucam kurtkę. Wychodzimy. Już po 8 minutach Felek marudzi, że chce do wózeczka, którego nie mam, bo interesujące mnie stacje kolejki pozbawione są podjazdów i wind. Oznajmiam mu, jaki jest stan rzeczy- ryk i gleba. Przechodzi obok wujek naszego kolegi (o nieco przerażającym wyglądzie, tzn. może tak być z perspektywy malca) i straszy, że go zamknie w piwnicy, jak będzie niegrzeczny. Pomaga. Karcę się w duchu za radość ze skuteczności tej średniowiecznej metody wychowawczej.

Już prawie dworzec, trzeba tylko jeszcze skorzystać z bankomatu na stacji paliw. Korzystam. Felek rozpieprza półkę z litrowymi sokami w kartonach, bo poleciłam mu wybrać sobie jeden mały soczek. Po wyjęciu kasy prowadzę go w rejony kubusiów plejów. Wybiera, kupuję, spadamy. Na dworcu nabywam bilety i zmierzam na peron. Właśnie z sąsiedniego uciekła nam kolejka, ale nie szkodzi. Są kałuże, a mały ma kalosze. No to hulaj dusza! Całe rajstopy mokre, gacie też, ale co tam. Ciepło jest, w pociągu wyschnie. Tak se mówię, zagłuszając wyrzuty sumienia, bo przecież dziecko mokre, na pewno będzie chore. Już cholernik w majty nie sika, to i na zmianę nigdy nic dla tego czorta nie mam. Patrzę na komórkę- za 3 minuty powinien przyjechać. Pani przez megafon mówi, że wyjątkowo kolejka będzie jednak na sąsiednim peronie. Lekkie poruszenie, ludzie biegną ku schodom. Felek na to, że chce siusiu. Blednę. Pomagam mu się na peronie przy schodach odlać, biorę go pod pachę, Lilka piszczy, pędzę na złamanie karku. Zdążyliśmy. Jesteśmy w pociągu. Lilka się kręci, zatykam jej mordkę smoczkiem, zasypia, Felek siada, z przerażeniem myślę, że ona w sumie może być już głodna, ok, mam głęboki dekolt, od biedy dam radę i w pociągu, ale patrzę- smok wystarczył, Felek ogląda widoki przez okno, drogo, mijaj, jest nasz przystanek, wysiadamy, pierwszy etap za nami.

Trzeba dojść do PORD-u. Po drodze roboty drogowe, na szczęście z użyciem łopat, nie maszyn. Felek bierze wielki kamlot i wrzuca do głębokiego dołu, mało tam nie spadając, ach, ten refleks matki. Spieprza mi przez biało- czerwoną barierkę, więc krzyczę coś bez sensu: ,,Szybko, Felek, do mamy, bo tu drogę budują!”- spanikowany ton wystarczył, Felek wrócił, chociaż wokół zero żywej duszy, żadnego zagrożenia (prócz dołu, ale to już za nami). Bierze jakiś kij po drodze i wybija rytm po żelaznej poręczy, wzdłuż której się posuwamy. Siusiu (no tak, cały kubuś plej pierdyknięty duszkiem). I teraz najgorsze- długi chodnik, żadnych kałuż, monotonia. Idziemy 100 metrów pół godziny. Co kilka kroków kontroluję sytuację w chuście. Chusta się nie odzywa. Dochodzimy do PORD-u. Nieduża kolejka, ale zawsze. Felek zachwycony automatycznymi drzwiami. Lata w tę i wew tę, na szczęście na tyle subordynowany, że nie rusza się na dwór. Zakłada czapkę na oczy i zderza się dwa razy z obcą osobą. Jest mu głupio, lecz nie na tyle, żeby się uspokoić. Nareszcie, mój numerek. Zapędzam bydlę do pokoju. Już się to rzuca na obrotowe krzesło, wywleka je na środek i kręci. Każę odłożyć, więc pcha z całej siły na stojący w kącie wiatrak. Miny pań niewyraźne, ale starają się być miłe. Załatwiam, co trzeba. Spadamy.

Wszystko ładnie pięknie, ale Felek nie chce iść. Cholera, co tu wymyślić. ,,Robimy szuru-buru”? – drę się z uśmiechem na ustach. Mały podchwytuje, biegnie, kopiąc liście w tę stronę, co trzeba. Ponad połowa długiego chodnika za nami. ,,Jus nie scę lobić sulu bulu”- oznajmia. Trudno mi to zaakceptować, tym bardziej, że marudzenie uderza nagle ze zdwojoną siłą. Opowiadam, że już niedługo będziemy w domku, bo widzę, jaki jest zmęczony. Żeby jakiś temat leciał, pytam go, co będziemy robić w domku. No to mi mówi, że będziemy się bawić i oglądać bajkę. Zgodził się, że jeść obiad. Dodaję, że także pić wodę (on kocha pić wodę, to jego pasja, bo wątpię, iż potrzeba w takich ilościach). Błąd- ,,ja scę wodę!”- ,,no dostaniesz, w domku”- ,,ja scę wodę tuuuuuutaj!”- ryk, gleba- ,,nie mamy tutaj wody”- ,,ja scę wody tutaj w sklepie”- ,,tutaj nie ma rybko sklepu”. Rozgląda się bacznie, sklepu nie ma (ufff!!), lezie jako tako, dobijamy do peronu, 20 minut do pociągu, znowu kałuże, siusiu, mokre nogi, mdleję na sam cień myśli, że Lilka zacznie mi tutaj ryczeć, ale ona cicho śpi, czapka zasłania jej całą twarz, bawełniana, ale myślę se, a nuż się udusi, więc chcę poprawić, ale ta się zaraz wierci, ok, ok, duś się tylko bądź cicho, czapka zostaje na gębie.

W pociągu wszyscy patrzą na mnie z sympatią, chcą miejsca ustępować, Felek ,,siada”, kręci się jakby miał owsiki, ja stoję, bo Lilka tak woli, kiedy jest w chuście, a mój stosunek do niej jest taki, że robię wszystko, co ona lubi, chce i woli. W ten sposób możliwe jest przeżycie dnia. No ale jedziemy, zwolniło się podwójne miejsce, Felek w kaloszach się tam kładzie, udaję, że tego nie widzę i tylko go głaszczę i drapię za uchem. Dojeżdżamy, wysiadamy, uświadamiam sobie, że zaraz 4 godziny zlecą od ostatniego żarcia, truchleję od tej świadomości, zaglądam, ale cicho i nieruchomo. Rozmyślam, czy w castoramie (najbliższy dworca w Rumi duży sklep) jest pokój dla matki z dzieckiem i że w sumie nawet ciepło, to jak co, nakarmię ją po drodze na ławce. Rumia, wysiadamy. Po schodach młody jeszcze jakoś lezie, potem tragedia. Żal mi go, bo mokry, głodny, wyczerpany. Nawet krzyczeć na niego nie mam serca. Opowiadam mu, jak fajnie w domku będzie, ale nikłe efekty. Ryk, gleba co 5 metrów. Już bym go nawet pod tę pachę wzięła, ale boję się, że znowu Lilkę pogniecie i ta się rozedrze. Za rękę i idziemy. Ryk. W końcu woda na pustyni- widać nasz domek. Pokazuję Felciowi. Ekstaza, idzie sam. Otwieram drzwi. Omatkobosko, przeżyłam. Trzy godziny z Lilką w chuście i Felkiem na podorędziu. Jestem wielka.

5 myśli nt. „Gdynia Challange

  1. emil

    wow,nooooooo jestes wielka,ja zawsze cala strategie obmyslam przed wyjsciem z domu a mam tylko jedna mala krolewne.
    Na prawo jazdy zapisalam sie przez internet inaczej podejrzewam ze do dzis bym niezrobila.
    z wyrazami szacunku………………

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>