Miesięczne archiwum: Listopad 2011

A żołądek boli…

   Nabawiłam się dzisiaj bólu żołądka, poczułam coś jakby uderzenie tępym przedmiotem w tył głowy, nie mogłam zasnąć i nadal niedobrze mi… Wyleciałam dziś na chwilkę przed dom (małe spało, duże jadło jogurt) wyrzucić śmieci. Kilka sekund. Wystarczyło by być świadkiem następującej sytuacji: dwie kobieciny idą ulicą z małym, może trzyletnim chłopczykiem. Bynajmniej nie dostosowują tempa do możliwości dziecka, skutkiem czego żałośnie podbiega ono, by nadążyć, w czym z pewnością nie pomaga mu czapka nasunięta na oczy… Chłopczyk się potknął i przewrócił. Jedna z bab szarpnęła go do góry z tubalnym wrzaskiem, słyszanym chyba na pół Rumi: ,,Ja pierd…ę, patrz pod nogi!!!”. Było w tym tyle złości, chciałoby się powiedzieć- nienawiści, ale wolę wierzyć, że jednak matka (?) nie może dziecka nienawidzić, więc użyję tutaj wyrażenia ,,skrajnej niechęci”. Wstrząśnięta wróciłam do moich słoneczek. Myślę sobie: co zyskuje Felek, który nigdy nic podobnego nie usłyszy, nikt go nigdy nie szarpnie, a gdy się przewróci, przede wszystkim spotyka się z zainteresowaniem odnośnie stanu łapek i kolan? Jaka to niesprawiedliwość- tak na prawdę, nie biorąc pod uwagę kryteriów moich (w sensie jego mamy)- w czym on jest lepszy? Czy w ogóle sens ma kontrolowanie emocji, skoro inni mają to za nic? W dzieciństwie (zapadła wieś) płakałam nad losem psów łańcuchowych. Oswajałam je i spuszczałam z uwięzi, sąsiadki – właścicielki pomstowały, rodzice zabraniali, bo te sąsiadki oczywiście im się skarżyły… Zakopałam psią traumę gdzieś na dnie swojej podświadomości. Jest dla mnie symbolem wszystkich spraw, na które nie mam wpływu, więc nie warto się nimi przejmować, bo i tak nic się nie zrobi, a po co płakać dzień w dzień. Zawsze, gdy napotykam przeszkodę, której nie sposób pokonać, przypominam sobie te zdychające z głodu i chorób psy, tę śmierdzącą, ukochaną przeze mnie dziurę, w której się wychowałam, a gdy się z niej wyprowadziłam, zamroziłam wrażliwość na psią krzywdę- bo ,,moich” psiaków już nie było, tam, gdzie się znalazłam, chociaż od poprzedniego miejsca zamieszkania dzieliło mnie 20 km, to jak Mars, a dawne to Ziemia. Zupełnie inny świat. I ja nagle przestałam być dzieckiem. Poczułam blokadę, która nie pozwoliła mi spuszczać psów nowych ,,sąsiadów”, bo tam oczywiście także zdarzały się psiaki przy budach. I chociaż ma się zmienić prawo, chociaż uwiązywanie psów na łańcuchach ma być zakazane (to i tak nic nie pomoże), nie rusza mnie to, nie obchodzi- tak głęboko odsunęłam od siebie to, co nadało kierunek mojemu postrzeganiu ludzkości. Człowiek jako istota zdolna do znęcania się nad psami, nad słabszymi – i wstyd że też jest się człowiekiem.

   Częściej widuje się maltretowane łańcuchami psy, niż maltretowane dzieci, bo z faktu zadawania cierpenia zwierzęciu poprzez trwałe uwiązanie go nie wszyscy zdają sobie sprawę, natomiast to, że dzieci jednak bić nie wolno i że bluzganie do nich też jest społecznie oceniane jako negatywne, raczej większość rozumie, nawet w środowiskach patologicznych. No więc ci, którzy od tego nie stronią, kryją się z tym. Czasami im się coś wymsknie na ulicy.

,,Dlaczego nie drę się na dzieci?”- tak może kiedyś zatytułuję książkę na temat wychowania, jeśli jakiś szaleniec i pretendent do bankructwa zgodziłby się ją wydać. Nie mam wpływu na to, jak inni się zachowują. Nie pokonam ogólnej tendencji do narzucania słabszym istotom swojej władzy przez silniejsze osobniki. Nie spuszczę wszystkich psów z łańcucha, tak jak nie porwę okrutnie poniżonego, zastraszonego malucha z ulicy, by razem ze mną i Felkiem pobudował z duplo. Ale zgodnie z zasadą ,,sprzątanie świata zacznij od swojego biurka”, postanowiłam, że jeśli mogę być dobra przynajmniej dla dwójki dzieci to może chociaż trochę dobrej energii pójdzie w świat. A że to akurat moje dzieci? No trudno, na to, co blisko, mam największy wpływ. Otóż nie drę się na dziecko, bo sprawia mi przyjemność patrzenie, jak razem z nim, rośnie jego pewność siebie. Jak staje się coraz bardziej towarzyskie i obyte, chociaż nie chodzi do przedszkola i o rodzeństwie też jeszcze ciężko się tutaj wypowiedzieć. Czuję radość, gdy obserwuję, jak kombinuje, ocierając się o banalną niegrzeczność- i jak nie boi się, że oberwie, gdy zwietrzę jego diabelskie zamiary. Natomiast zauważyłam, że mimo wszystko jest mu trochę głupio, gdy zbroi. Ma wtedy szczerze skruszoną minę, czasami próbuje zrekompensować mi straty moralne czy sprzętowe… No i to jego bezkonkurencyjne: ,,Mamo, nie bądź jus taka zła”. Mimo, iż moja złość polega głównie na robieniu srogiej miny, czasami tylko nie wytrzymuję i podniosę głos albo czegoś zabronię… Nie jestem z kamienia. Drażni mnie, że zdarza mu się specjalnie robić coś, o czym wie doskonale, że jest zabronione. Gdy jeszcze dojdzie do tego niesubordynacja Lileczki, szlag mnie trafia. Jedno ryczy, a drugie np. wyrywa mi z ręki smoczek i rzuca pod stół. Bywa też, że używa niezgodnie z przeznaczeniem przedmiotów o dalekim polu rażenia, np. miotły, mopa, papieru toaletowego. Histeryzuje przy ubieraniu. Nie jestem aniołem, czasami mam ochotę go sprać. I może właśnie świadomość, że niektórzy nie doświadczają na codzień łaski cierpliwości wobec własnych dzieci i podziemie prania dzieci kwitnie w Polsce w najlepsze (mimo oficjalnego prawa, które tego zabrania!) sprawia, że oddycham głęboko i liczę do dziesięciu. Nie uderzę dziecka, bo jest mniejsze, głupsze, słabsze, bo ludzie uwiązują psy, a ja chciałabym chociaż troszeńkę uczynić ten świat lepszym.

Felek gotuj!

Ostatnio każdy posiłek, jaki przygotowuję w kuchni, obowiązkowo powstać musi przy pomocy mojego syna. Nie chodzi oczywiście o to, że bez tej wszechstronnej pomocy bym sobie nie poradziła, czy też że chcę zarazić malca swoją odwieczną pasją, jaką jest gotowanie. Nic z tego. Felek utrudnia mi poruszanie się w kuchni i bynajmniej nie przyspiesza akcji, co do mnie natomiast to ,,robienie żarcia” traktuję jako zło konieczne, nie czuję się pewnie wśród przypraw, nie rozumiem treści przepisów (podobno Polacy masowo tak mają z instrukcjami, np. pralek- u mnie brak umiejętności czytania ze zrozumieniem dotyczy przepisów kulinarnych), nie widzę sensu robienia marynat i estetycznego podawania posiłków- ale zdaję sobie sprawę, że żywienie powinno być zdrowe i to zapędza mnie przynajmniej raz na dwa dni (staram się przyrządzać jakieś warzywno- mięsne mieszaniny na zapas) w rejony kuchni, z której najchętniej korzystałabym wyłącznie w celu robienia sobie kawy. W każdym razie Felek od niedawna mi w tym bólu towarzyszy. Zaczęło się od tego, że kręcił mi się pod nogami, gdy robiłam ciasto (spodziewaliśmy się gości), wywlekając z szafek różne paczki i pudełka. Postanowiłam czymś go zająć, zapytałam zatem, czy nie zechciałby mi pomóc… Oczywiście chciał, bo zawsze chce robić wszystko, przy czym można się pochlapać, pobrudzić, pomacać różnych konsystencji i posmarować czymś po podłodze- i tu słusznie zwietrzył szansę! Wsypywał zatem do garnka mąkę (odmierzoną wcześniej ilość) oraz kakao łyżkami, mieszał solidnie drewnianą łychą, ale najbardziej podobało mu się wbijanie jajek. Był w szoku, że pozwalam mu, a wręcz nakłaniam go do wykonywania czynności noszącej znamiona tak oczywistej niegrzeczności! Bo nie dość, że idealnie krągłe jajeczko pod wpływem siły małych rączek traci swój kształt, to skorupy przypominają szkła (z nimi kojarzą się same zakazy) i jeszcze wypływa z nich coś, co na pewno nie wygląda jak dozwolona zabawka. Felek walił jajkiem o brzeg garnka, a następnie międlił w rączkach rozbite skorupki, pozwalając, by zawartość dostawała się do reszty składników, co więcej, uważał, by zarówno białko i żółtko, jak i ta ,,reszta składników” nie wylądowała na podłodze. Przeżywał te jajka przez kilka następnych dni i przeżywa nadal.

Robiliśmy razem także pizzę (to jedyne danie, którego sporządzanie wzbudza we mnie cień sympatii, może dlatego że zawsze mi jako- tako wychodzi). I tutaj absolutny zachwyt nad ręcznym wyrabianiem ciasta. Zanim jednak do tego doszło, Feliksik umieścił w dużej blaszanej formie mąkę, rozrobione w wodzie (sam mieszał) drożdże i kilka (tzn. miało być kilka, ale lał Felek, więc było z dwadzieścia) kropel oliwy. Ten wraz twarzy i nieartykułowane dźwięki wyrażające fizyczną wręcz rozkosz, gdy oliwa utworzyła na powierzchni drożdżowej wody żółte, błyszczące, pływające kółka, zamiast od razu wsiąknąć, jak to każdy znany Felciowi płyn i rozpłynąć się w niebyt! Nawet mi się zrobiło przyjemnie. Bo obserwacja szczerej fascynacji mojego synka zawsze skłania mnie do myślenia nad tym, jaki ten świat jest ciekawy i zaskakujący. Wspólnie wyłożyliśmy także blachę gotowym ciastem (naciąganie go do brzegów przy akompaniamencie wysiłkowych sapnięć- bezcenne) i posypaliśmy ,,farszem”, tzn. pokrojonym (kroił Felek przy pełnej asekuracji mamy) bakłażanem, papryką, cebulą i serem. Sera dużo nie zostało, gdyż Feliks, wzorem matki, uwielbia wpieprzać ser żółty plastrami (bez chleba, ofkors) i zanim moje skrupulatnie naciachane kawałki trafiły na pizzę, już zaginęły w czeluściach paszczy małego kucharza.

Dzisiaj była na obiad pseudomeksykańska zupa lodówkowa (do gara wszystko, co w lodówce, a ślepym trafem same pseudomeksykańskie specjały się ostały- ot i cały mój kulinarny polot). Feluś policzył i równiutko ułożył w garnku umyte i obrane pieczarki w kształt wianka. Pomógł pokroić paprykę, wsypał fasolę z kukurydzą, obsmarował wszystko koncentratem pomidorowym, po czym oblizał widelec i stwierdził, że ,,cioncentlat pomidolowy jest niedobly”. Poleciłam mu doprawić leciutko zupę papryką w proszku. Doprawił, dzięki czemu w trybie natychmiastowym zupka zyskała paprykową dominantę smakową- trafiło tam co najmniej pół paczki, ale papryka słodka, więc nie zionęliśmy ogniem. Zupka została zjedzona ze smakiem. A ja muszę przyznać, że coraz mniejszą niechęć żywię do obowiązków związanych z karmieniem rodziny.

Proroczątka

   Jak każda matka przewiduję dla moich pociech świetlaną przyszłość i po cichu mam nadzieję, że ich ultraważna misja polegać będzie na uszczęśliwieniu swoim istnieniem przynajmniej jednej osoby oprócz rodziców. Jeśli jednak wybiorą radosne życie samotnych bumelantów, też postaram się to jakoś przeżyć. Ważne, żeby czuły się prorokami swoich idei, najgorsze co mogłoby je spotkać to kompleksy na tle własnych przekonań i bolesne zejście na ziemię, jeśli któreś z nich nagle okazałyby się niesłuszne. To tyle. A teraz kilka refleksji na temat tego, jak moje dzieci mnie sprowadziły na ziemię. Buta i pewność siebie, które stały się naszymi (Marcinka i moimi, oczywiście) najbardziej wyraźnymi cechami osobowościowymi na skutek nieziemskiej wręcz drogi rozwoju naszego synka, powoli chowają się ze wstydem pod stół. Bo Felek, od urodzenia właśnie prorok pod każdym względem, jak wkurzający albo cudowny by nie był, przede wszystkim jest do nas diabelnie podobny. Wszystko, co robi, nasuwa skojarzenia z jego rozkosznie niesubordynowanym ojcem. A zainteresowania, miny i sposób konstruowania wypowiedzi synka wywlekały mnie za uszy pod niebiosa, bo odnajdywałam w nich siebie. ,,To mój syn!”- jeśli nie mówiłam głośno, to myślałam albo pisałam na blogu, a duma wypływała mi uszami. Buddysta, artysta, anarchista! A Lilianna…

  Patrzę na nią i nie mogę zrozumieć, czym zasłużyłam sobie na takie wyróżnienie, że zstąpiła na ziemski padół właśnie w moje ramiona. Odczuwam zawstydzenie wobec jej wszechstronnej przenikliwości i delikatności, bo nie wiem, czego ją uczyć, co pokazać jej jako dobre- mam wrażenie, że ona wie wszystko, z tym, że nie jest wobec tego faktu buńczuczna i nie chojraczy jak pozostała część jej rodziny. Kontempluje, owszem, ale nie czuje się w obowiązku zwierzać ze swoich przemyśleń, mam wrażenie, że ona trzyma w zanadrzu jakiś wielki plan i nie będzie chciała się nim z nami podzielić. Jest mi głupio, bo podejrzewam, że my jako rodzice potrzebni byliśmy jej tylko i wyłącznie do biologicznej kreacji, nadal korzysta z nas, bo jakoś musi urosnąć, a bez jedzenia, pielęgnacji i dachu nad głową może być jej ciężko. Nie odnajduję w niej siebie, raczej czuję się jej niewolnicą i rozkoszuję się tą funkcją. Ale za to, jak już osiągnie ten Cel, jaki by nie był, będę mogła podnieść sobie morale, wspominając, że to na moim mleku wyżarta poszła w swoją stronę i zmieniła świat. Tak czy owak, Lilka jest bardzo subtelna, nie daje nam bezpośrednio odczuć naszej niższości, ale jeszcze tyle mam w sobie inteligencji (w porównaniu z geniuszem córeczki to nic, ale na pewne rzeczy starcza), by odebrać jej intencje- chce być taktowna, bo jest wzorem empatii i nie chce nas krzywdzić. Jest dobra. Jest piękna! Patrzę na nią z podziwem i czasem wstyd mi za Felka, że zachowuje się przy niej jak nienormalny. Ale nie zwrócę mu uwagi, bo przecież on jest z mojej szajki, swoi muszą trzymać ze swoimi. Już wiem- cała nasza trójka powołana została do stworzenia tej niebiańskiej Lilii gruntu, na którym może wyrosnąć i rozkwitnąć. Jesteśmy po to, by ją chronić, karmić, nadskakiwać jej w każdym momencie.

   Trochę mi łyso, że jestem mamą, a to za sprawą modelu rodziny, jaki wciąż pokutuje w polskiej (podejrzewam, że nie tylko) świadomości- bo co w ogóle ma znaczyć np. sformułowanie: ,,władza rodzicielska”?? Jaka władza? A może ze mną jest coś nie teges, skoro tej ,,władzy” od 2,5 roku ani przez sekundę nie poczułam, a wręcz przeciwnie. Z Felinkiem pełna kooperacja (no cóż, zdarzają się nam różnice zdań, ale nie jakieś radykalne światopoglądowe; naszą relację można określić jako ,,partnerską…), a w stosunku do Lilianny to odczuwam jedynie nieokiełznany serwilizm. Tyle na ten temat. Ale coś wam powiem: jeśli nie zamierzacie mocno zagłębić się w ideę tego wpisu, potraktujcie go z przymrużeniem oka. I jeszcze jedno: wczoraj na szczepieniu okazało się, że nasza niespełna siedmiotygodniowa gwiazda przybrała już 1,6 kg. Prorok, nie prorok, ale cóż ma matkę bardziej radować niż fakt, że jej dziecko zdrowo rośnie :)