Dzienne archiwum: 16 listopada 2011

Proroczątka

   Jak każda matka przewiduję dla moich pociech świetlaną przyszłość i po cichu mam nadzieję, że ich ultraważna misja polegać będzie na uszczęśliwieniu swoim istnieniem przynajmniej jednej osoby oprócz rodziców. Jeśli jednak wybiorą radosne życie samotnych bumelantów, też postaram się to jakoś przeżyć. Ważne, żeby czuły się prorokami swoich idei, najgorsze co mogłoby je spotkać to kompleksy na tle własnych przekonań i bolesne zejście na ziemię, jeśli któreś z nich nagle okazałyby się niesłuszne. To tyle. A teraz kilka refleksji na temat tego, jak moje dzieci mnie sprowadziły na ziemię. Buta i pewność siebie, które stały się naszymi (Marcinka i moimi, oczywiście) najbardziej wyraźnymi cechami osobowościowymi na skutek nieziemskiej wręcz drogi rozwoju naszego synka, powoli chowają się ze wstydem pod stół. Bo Felek, od urodzenia właśnie prorok pod każdym względem, jak wkurzający albo cudowny by nie był, przede wszystkim jest do nas diabelnie podobny. Wszystko, co robi, nasuwa skojarzenia z jego rozkosznie niesubordynowanym ojcem. A zainteresowania, miny i sposób konstruowania wypowiedzi synka wywlekały mnie za uszy pod niebiosa, bo odnajdywałam w nich siebie. ,,To mój syn!”- jeśli nie mówiłam głośno, to myślałam albo pisałam na blogu, a duma wypływała mi uszami. Buddysta, artysta, anarchista! A Lilianna…

  Patrzę na nią i nie mogę zrozumieć, czym zasłużyłam sobie na takie wyróżnienie, że zstąpiła na ziemski padół właśnie w moje ramiona. Odczuwam zawstydzenie wobec jej wszechstronnej przenikliwości i delikatności, bo nie wiem, czego ją uczyć, co pokazać jej jako dobre- mam wrażenie, że ona wie wszystko, z tym, że nie jest wobec tego faktu buńczuczna i nie chojraczy jak pozostała część jej rodziny. Kontempluje, owszem, ale nie czuje się w obowiązku zwierzać ze swoich przemyśleń, mam wrażenie, że ona trzyma w zanadrzu jakiś wielki plan i nie będzie chciała się nim z nami podzielić. Jest mi głupio, bo podejrzewam, że my jako rodzice potrzebni byliśmy jej tylko i wyłącznie do biologicznej kreacji, nadal korzysta z nas, bo jakoś musi urosnąć, a bez jedzenia, pielęgnacji i dachu nad głową może być jej ciężko. Nie odnajduję w niej siebie, raczej czuję się jej niewolnicą i rozkoszuję się tą funkcją. Ale za to, jak już osiągnie ten Cel, jaki by nie był, będę mogła podnieść sobie morale, wspominając, że to na moim mleku wyżarta poszła w swoją stronę i zmieniła świat. Tak czy owak, Lilka jest bardzo subtelna, nie daje nam bezpośrednio odczuć naszej niższości, ale jeszcze tyle mam w sobie inteligencji (w porównaniu z geniuszem córeczki to nic, ale na pewne rzeczy starcza), by odebrać jej intencje- chce być taktowna, bo jest wzorem empatii i nie chce nas krzywdzić. Jest dobra. Jest piękna! Patrzę na nią z podziwem i czasem wstyd mi za Felka, że zachowuje się przy niej jak nienormalny. Ale nie zwrócę mu uwagi, bo przecież on jest z mojej szajki, swoi muszą trzymać ze swoimi. Już wiem- cała nasza trójka powołana została do stworzenia tej niebiańskiej Lilii gruntu, na którym może wyrosnąć i rozkwitnąć. Jesteśmy po to, by ją chronić, karmić, nadskakiwać jej w każdym momencie.

   Trochę mi łyso, że jestem mamą, a to za sprawą modelu rodziny, jaki wciąż pokutuje w polskiej (podejrzewam, że nie tylko) świadomości- bo co w ogóle ma znaczyć np. sformułowanie: ,,władza rodzicielska”?? Jaka władza? A może ze mną jest coś nie teges, skoro tej ,,władzy” od 2,5 roku ani przez sekundę nie poczułam, a wręcz przeciwnie. Z Felinkiem pełna kooperacja (no cóż, zdarzają się nam różnice zdań, ale nie jakieś radykalne światopoglądowe; naszą relację można określić jako ,,partnerską…), a w stosunku do Lilianny to odczuwam jedynie nieokiełznany serwilizm. Tyle na ten temat. Ale coś wam powiem: jeśli nie zamierzacie mocno zagłębić się w ideę tego wpisu, potraktujcie go z przymrużeniem oka. I jeszcze jedno: wczoraj na szczepieniu okazało się, że nasza niespełna siedmiotygodniowa gwiazda przybrała już 1,6 kg. Prorok, nie prorok, ale cóż ma matkę bardziej radować niż fakt, że jej dziecko zdrowo rośnie :)