Felek gotuj!

Ostatnio każdy posiłek, jaki przygotowuję w kuchni, obowiązkowo powstać musi przy pomocy mojego syna. Nie chodzi oczywiście o to, że bez tej wszechstronnej pomocy bym sobie nie poradziła, czy też że chcę zarazić malca swoją odwieczną pasją, jaką jest gotowanie. Nic z tego. Felek utrudnia mi poruszanie się w kuchni i bynajmniej nie przyspiesza akcji, co do mnie natomiast to ,,robienie żarcia” traktuję jako zło konieczne, nie czuję się pewnie wśród przypraw, nie rozumiem treści przepisów (podobno Polacy masowo tak mają z instrukcjami, np. pralek- u mnie brak umiejętności czytania ze zrozumieniem dotyczy przepisów kulinarnych), nie widzę sensu robienia marynat i estetycznego podawania posiłków- ale zdaję sobie sprawę, że żywienie powinno być zdrowe i to zapędza mnie przynajmniej raz na dwa dni (staram się przyrządzać jakieś warzywno- mięsne mieszaniny na zapas) w rejony kuchni, z której najchętniej korzystałabym wyłącznie w celu robienia sobie kawy. W każdym razie Felek od niedawna mi w tym bólu towarzyszy. Zaczęło się od tego, że kręcił mi się pod nogami, gdy robiłam ciasto (spodziewaliśmy się gości), wywlekając z szafek różne paczki i pudełka. Postanowiłam czymś go zająć, zapytałam zatem, czy nie zechciałby mi pomóc… Oczywiście chciał, bo zawsze chce robić wszystko, przy czym można się pochlapać, pobrudzić, pomacać różnych konsystencji i posmarować czymś po podłodze- i tu słusznie zwietrzył szansę! Wsypywał zatem do garnka mąkę (odmierzoną wcześniej ilość) oraz kakao łyżkami, mieszał solidnie drewnianą łychą, ale najbardziej podobało mu się wbijanie jajek. Był w szoku, że pozwalam mu, a wręcz nakłaniam go do wykonywania czynności noszącej znamiona tak oczywistej niegrzeczności! Bo nie dość, że idealnie krągłe jajeczko pod wpływem siły małych rączek traci swój kształt, to skorupy przypominają szkła (z nimi kojarzą się same zakazy) i jeszcze wypływa z nich coś, co na pewno nie wygląda jak dozwolona zabawka. Felek walił jajkiem o brzeg garnka, a następnie międlił w rączkach rozbite skorupki, pozwalając, by zawartość dostawała się do reszty składników, co więcej, uważał, by zarówno białko i żółtko, jak i ta ,,reszta składników” nie wylądowała na podłodze. Przeżywał te jajka przez kilka następnych dni i przeżywa nadal.

Robiliśmy razem także pizzę (to jedyne danie, którego sporządzanie wzbudza we mnie cień sympatii, może dlatego że zawsze mi jako- tako wychodzi). I tutaj absolutny zachwyt nad ręcznym wyrabianiem ciasta. Zanim jednak do tego doszło, Feliksik umieścił w dużej blaszanej formie mąkę, rozrobione w wodzie (sam mieszał) drożdże i kilka (tzn. miało być kilka, ale lał Felek, więc było z dwadzieścia) kropel oliwy. Ten wraz twarzy i nieartykułowane dźwięki wyrażające fizyczną wręcz rozkosz, gdy oliwa utworzyła na powierzchni drożdżowej wody żółte, błyszczące, pływające kółka, zamiast od razu wsiąknąć, jak to każdy znany Felciowi płyn i rozpłynąć się w niebyt! Nawet mi się zrobiło przyjemnie. Bo obserwacja szczerej fascynacji mojego synka zawsze skłania mnie do myślenia nad tym, jaki ten świat jest ciekawy i zaskakujący. Wspólnie wyłożyliśmy także blachę gotowym ciastem (naciąganie go do brzegów przy akompaniamencie wysiłkowych sapnięć- bezcenne) i posypaliśmy ,,farszem”, tzn. pokrojonym (kroił Felek przy pełnej asekuracji mamy) bakłażanem, papryką, cebulą i serem. Sera dużo nie zostało, gdyż Feliks, wzorem matki, uwielbia wpieprzać ser żółty plastrami (bez chleba, ofkors) i zanim moje skrupulatnie naciachane kawałki trafiły na pizzę, już zaginęły w czeluściach paszczy małego kucharza.

Dzisiaj była na obiad pseudomeksykańska zupa lodówkowa (do gara wszystko, co w lodówce, a ślepym trafem same pseudomeksykańskie specjały się ostały- ot i cały mój kulinarny polot). Feluś policzył i równiutko ułożył w garnku umyte i obrane pieczarki w kształt wianka. Pomógł pokroić paprykę, wsypał fasolę z kukurydzą, obsmarował wszystko koncentratem pomidorowym, po czym oblizał widelec i stwierdził, że ,,cioncentlat pomidolowy jest niedobly”. Poleciłam mu doprawić leciutko zupę papryką w proszku. Doprawił, dzięki czemu w trybie natychmiastowym zupka zyskała paprykową dominantę smakową- trafiło tam co najmniej pół paczki, ale papryka słodka, więc nie zionęliśmy ogniem. Zupka została zjedzona ze smakiem. A ja muszę przyznać, że coraz mniejszą niechęć żywię do obowiązków związanych z karmieniem rodziny.

5 myśli nt. „Felek gotuj!

  1. Justyna

    gotowanie i pieczenie ciast jest super ;D ale warunkiem jest to, że nikt mi nie nakazuje lub nie zmusza, wtedy choć uwielbiam to górę bierze moja wrodzona i niepohamowana chęć do robienia na przekór ;) mi by się też taka Feliksowa pomoc przydała ;D lepsza zabawa wtedy jest ;D hehe

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      Justyś,twoje ciasta to legenda w naszej rodzinie… lepszych nigdy nikt tutaj nie jadł!! więc przyjeżdżaj to zrobimy wymiankę ciasto za pizzę :P Myślę,że Felon też się zgadza:D

      Odpowiedz
  2. Justyna

    o moja droga pizze to i ja tez robię ;p ponoć też niezła ;) planuję w nadchodzący weekend się wybrać ;D planujecie coś? Tęskno mi już hehe

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>