Miesięczne archiwum: Grudzień 2011

Kolejny rok za nami!

   Niezwykle intensywny dla nas to był rok. Piękny i trudny. Zastanawiam się tylko, czy bardziej piękny, czy może jednak bardziej trudny? Myślę o zajmowanym przez nas ponad dwa lata lokalu w Gdańsku, w którym spędziłam jedne z silniej  emocjonalnych chwil mojego życia. Wciąż coś mnie ściska, gdy w głowie kotłują się wspomnienia z gdańskiego Przymorza. Cudowne, pachnące i czułe lato w Rumi. Nie sposób ominąć tego w rocznym rozrachunku, bo niebawem znowu czeka nas przeprowadzka. Ostatnia, jaką przeżyliśmy, była dla nas dużą komplikacją, ja w ciąży, Marcin bez pracy, zgrzytanie zębów. Teraz tłumię w sobie uczucia. Stres wychodzi mi aż uszami, ale wiem, że muszę się jakoś trzymać tylko i wyłącznie ze względu na dzieciaczki. Wszystko to sprawia, że w Nowy Rok wchodzę z mniejszym optymizmem, niż miało to miejsce pod koniec 2010… Prawdopodobnie niebawem przenosimy się do… Tczewa. Nie chce mi się tłumaczyć tych naszych zawirowań. Marcinek wyjedzie do pracy za granicą, jest to już niemal postanowione. Z tego powodu charakter moich wpisów zapewne ulegnie niemałej zmianie. Zastanawiam się, czy w ogóle nie zawiesić na jakiś czas mojej ,,blogowej działalności”, obawiam się bowiem, że będę Czytelników zamęczać ciągłym marudzeniem. Będę z maluchami, ale czas ten, chociaż jeszcze nie nadszedł, jawi mi się jako walka o przetrwanie, w sensie mentalnym i światopoglądowym oczywiście, gdyż prawdopodobnie pod względem finansowym się poprawi. Cóż z tego? To nie wszystko, wiem, ale jak mantrę powtarzam sobie: na razie, bo potem się zmieni, jeszcze będzie pięknie, a cały wysiłek muszę włożyć w to, by moje dzieci nie odczuły zbytnio tej galopującej depresji. A więc- place zabaw, teatrzyki, spacery, książeczki, ciocie z kinder neispodziankami. Obiadki i deserki, puzzle, rowerki. Dość! Ten rok był nie tylko pasmem udręk, tak jak i nadchodzący, który dostarczy wzruszeń! Jeden rybuś skończy już trzy latka, drugi (!!) roczek… A więc dochodzimy do sedna sprawy- Lilianna. Rok 2011 nie kojarzy mi się głównie z koniecznością wyprowadzki z Gdańska, która przewróciła nasz mały świat do góry kopytami. Rok 2011 to rok narodzenia naszej Córeczki. Nowy człowiek zachciał zstąpić na ziemski padół i zstąpił- w moje ramiona. Nie da się opowiedzieć, jak kocham moje drugie dziecko. Było mi ciężko w okresie jej rozmaitych niedyspozycji, strasznie dużo płakała, strasznie. Teraz jest pogodnym, chociaż charakternym bobaskiem, najpiękniejszym na świecie. Synek to synek, blask mojego życia, ale córcia… To coś zupełnie innego. Czuję, że mam przyjaciółkę, a przynajmniej towarzyszkę solidarną w posiadaniu pipki, cycków (u niej na razie w formie okrojonej) i stanowimy jedną ligę ,,przeciwko” drużynie chłopów, która dotychczas miała przewagę. Myliłam się, myśląc naiwnie, że będę traktować dzieciaki zupełnie jednakowo. Nie będę! Miłość do Felka jest równa w natężeniu miłości do Lilki, ale jest od niej inna. Wydaje mi się, że córeczce będę dawała jeszcze większą swobodę działania.  Chcę, by sama dla siebie, ale dla innych także, była potęgą osobowości. Żeby nie drżała na myśl o zmianach w żadnych okolicznościach.

   Już dzisiaj wyjeżdżamy na Sylwestra. Spędzimy go w niewielkim gronie w domu mojej dobrej koleżanki ze studiów, Marty, wraz z jej małą córeczką Wandą. Być może dołączy do nas jeszcze kilku znajomych Marty. Jedziemy tam pociągiem, a ja cierpię na rajzefiber. Znowu się czegoś boję i znowu okaże się, że zupełnie bezpodstawnie. Cóż… Życzę Wam wszystkim ciepłego, cudownego i kolorowego roku 2012. Żeby nie było końca świata, w żadnym sensie. Dziękuję, że kolejny rok zaglądacie na moją stronkę i wspieracie w trudniejszych momentach, a i te milsze nie uchodzą Waszej uwadze. No to pa! Do ,,zobaczenia” już w styczniu :)

Teatrzyk

   Dziś kolejny wielki debiut, a mianowicie moje dziecko po raz pierwszy oglądało przedstawienie teatralne. Oczywiście takie przeznaczone dla maluchów, niemniej i tak Feliks był najmłodszy; przeważały starsze przedszkolaki. Ale od początku! Już z miesiąc temu znalazłam zamieszczone w lokalnej prasie ogłoszenie, iż w jednym z gdyńskich domów kultury w dniach 19-21.12 odbywać się będą przedstawienia przygotowane przez Teatr Rozmaitości z Gdańska (pamiętacie, jak udzielałam się jako Śnieżynka? Właśnie w tym Teatrze- postanowiłam zatem, że przy okazji zapalania w sercu mego dziecka miłości do sztuki, odnowię, jak Bóg da, kontakt z ciekawym człowiekiem). Sprawdziłam grafik mężusia na grudzień (kwestia Lilianny), zapisałam 20.12 jako dzień wolny i odpowiedni, namówiłam do powierzenia mi dziecka mamę Maksia (w grupie zawsze weselej) i czekałam na ten dzień. Nadszedł dziś. Od wczoraj moje zdenerwowanie sięgało zenitu. Po pierwsze, wyprawa autobusem do Gdyni (40 min. jazdy) z dwuipółlatkiem wspomaganym napędem z czterolatka jawiła mi się jako wyzwanie, na myśl o którym doznawałam zaburzeń krążenia i trawienia. Po drugie obawiałam się zachowania Felka. Oczami wyobraźni widziałam zatem moje dziecko wrzeszczące i wierzgające, siłą ciągniętę na salę spowitą w półmroku i pełne przekonania ,,Ja nie scę tutaj być!!!” przenikające wszystkie ściany domu kultury, jak również w stopniu znacznym zakłócające fonię przedstawienia. Tak bardzo jednak pragnęłam dokonać na moim synu inicjacji artystycznej! Tym bardziej, że znałam repertuar Teatru Rozmaitości, wiedziałam, iż warto mu zaufać w kwestii edukacji teatralnej maluchów! Na wszelki wypadek zaopatrzyłam się w biszkopty i picie, a także książeczkę z naklejkami. Zrobiłam sobie kilka planów awaryjnych. A więc ,,w razie czego” zostawiłabym na widowni Maksia (jeśli by chciał oglądać dalej mimo protestów kuzyna) i pod drzwiami sali koczowała z Felinkiem albo po prostu, w sytuacji maksymalnie krytycznej zapakowałabym dzieciaki i uciekła do Rumi na tarczy. Tak sobie myślałam. Jak zwykle jednak rzeczywistość odmalowała się barwami jasnymi i czystymi, a mi w oku zakręciła się łza wzruszenia na widok mojego synka zahipnotyzowanego akcją ze sceny…

   Nie powiem, by podróż ,,do” była rozrywką, niemniej bez większych problemów dotarliśmy zadowoleni. Nie znałam drogi z autobusu, a była dość długa, trafiliśmy w końcu, ja zdyszana jak koń po westernie (pędziłam na łeb, na szyję, pchając pod wielką górę spacerówkę z 2 chłopakami, bo tak było dużo szybciej, niż dać się im wlec na nogach), 2 min. przed rozpoczęciem. Ładnie nas przywitano, pani pomogła rozebrać dzieciaki, ja obłęd w oczach, bo myślę: ,,Teraz się zacznie, a tu ani sekundy na psychiczne przygotowanie Felka!!”. No tak, bo rozmawiałam z nim wcześniej oczywiście, mówiłam, o co mniej więcej chodzi, ale bez większej wiary w to, że skumał. Dlaczego ja tak nie doceniam tego mojego dziecka? Przecież nieraz zaskoczył mnie pozytywnie swym ,,dojrzałym” zachowaniem. I chociaż jest coraz mądrzejszy, ja wciąż w pamięci mam niektóre jego antyspołeczne akcje, nienawiść do żłobka, bunty uliczne itd. Już w holu zbladłam, bo mimo pośpiechu, Felek zdążył zauważyć i oznajmić z niesmakiem: ,,Tu nie ma zabawek.”Gdy weszliśmy do sali, jego pierwszym zdaniem było: ,,Chodźmy jus do domku”, widać było przerażenie w ogromnych, szeroko otwartych oczach. O Maksa się nie bałam, pytałam go o teatrzyk, mówił, że w przedszkolu oglądał, więc obeznany z tematem na tyle, żeby nie mieć pietra. Stres. Rozglądam się, gdzie pani posadziła drugiego delikwenta, bo przez ten czas mój syn zdążył już oczywiście uciec stamtąd, więc musiałam go złapać i zanieść. Ciemność, gongi. Jest Maksio. Siadamy na podłodze koło niego. Felek sztywny, ale cicho. Gongi. Felek z pietyzmem sapie konspiracyjnie: ,,Dzwonki!”. I już czuję wygraną. Synek wtula się we mnie, żeby rozluźnić atmosferę, pytam chłopców, co widzą na scenie (chodziło mi o dekoracje- biedronki, słoneczko itd.), coś tam produkują, światło, zaczyna się, no, cichutko już, patrzymy. I w tym momencie na moje dziecko spadł czar. W pozycji, jaką przyjął, siedział nieprzerwanie przez bitą godzinę spektaklu. Nie ruszył ręką ani nogą. Nie zmienił wyrazu twarzy- nie, to nie było zainteresowanie, ale coś, czego nie widziałam jeszcze u mojego malca- mieszanka respektu z absolutną fascynacją, hipnoza. Nie śmiał się z żartów, nie wołał razem z dziećmi, gdy akcja wymagała ,,uczestnictwa” widowni (w stylu: ,,Dziadek jest głuchawy, dzieci, zawołajmy razem głośno CO CIĘ BOLI? !!!”), nie klaskał. Nie chciał pić, siusiu, usiąść na poduszce. Zero reakcji na moje pytania, które zadawałam po cichu, gdy widziałam, że jakieś inne dziecko się kręci- chciałam uprzedzić kręcenie się moich pociech, ale o ile Maksio reflektował na wodę oraz co jakiś czas komentował elementy ze sceny, to Felek gardził wszystkim, co mogłoby mu chociaż na kilka sekund przerwać przeżywanie transu. Raz tylko się odezwał, bo Maks zapytał go ,,szeptem”, co ten ptak tam mówił. Felek, nie odrywając wzroku od sceny, odparł cicho ,,Nie wiem”, czym nie zachęcał do dalszej dyskusji. Po wszystkim, gdy już się zbieraliśmy do wyjścia, mój synek znów przybrał minę zawadiacką i powiedział, podrygując ,,Fajnie było!”, z czym Maksio się zgodził. W drodze powrotnej (tym razem już we większości na nogach! Co ja, alpinistka chodnikowa z aspiracjami rikszarskimi?!) pytałam, co mi powiedzą o przedstawieniu, co tam było, takie tam. No więc Maksiowi zapadł w pamięć smutny ptak, a Felciowi świnia i tyle w temacie.

   Autobusem do domu jechaliśmy już nieco zmęczeni, dzieciaki zaczęły dokazywać, ale w granicach możliwości przetrwania. Kłócili się o książeczkę i widok za oknem, robaki w dupskach dawały o sobie znać. A pojazd przepełniony, przy czym jego sposób przemieszczania się porównać można do spaceru jakiegoś porąbanego, znarowionego konia- raz szybko, raz wolno, gwałtowanie hamował, nieoczekiwanie ruszał z kopyta… Koszmar. I to przeszło. Mama przejęła Maksa na przystanku obok swojego domu, my pojechaliśmy dalej do siebie. Pani siedząca na przeciw Felcia rozpłynęła się w zachwycie, ,,jak on pięknie mówi”. On podniecał się, że ,,był gzecny, bo w teatsyku mozna mówić cichutko, a na dwólku głośno”. Ja w skowronkach, znowu dumna z siebie, z dzieci, szczęśliwa na tym świecie. A co do pana Adama, dyrektora Teatru Rozmaitości, to poznał mnie, ucieszył się na mój widok, zaprosił po spektaklu na małą pogawędkę. Ze względu na moich towarzyszy nie mogłam dłużej zabawić za kulisami, ale obiecaliśmy sobie odnowić kontakt. Może znowu będę Śnieżynką, a co tam. Chociaż to banał, muszę przyznać- życie jest jak pudełko czekoladek…

Podwodny świat

   Wczoraj byliśmy całą rodziną w nowootwartym oceanarium w Gdańsku. Wyprawa pod względem logistycznym oczywiście doskonała z maleńkim ,,ale”, będącym jednak nauką na przyszłość- nie wzięłam dla Felka ubrań na zmianę. Okazało się to błędem. Ostatnio żołądek mojego dziecka jest dość mocno nadwyrężony, jest to efekt szalejącego sezonu mikołajkowo- gwiazdkowego. Skutkiem tego, w połączeniu z ponaddźwiękową prędkością połknięcia ogromnego kotleta, talerza frytek plus butli soku, była, mówiąc delikatnie, ubrudzona i mokra bluza oraz koszulka… Na szczęście nieopodal w sklepie z dziecięcą odzieżą trwała promocja i wyszarpałam bluzę za 15 zł. Ale przecież nie od takich aspektów tego wyjazdu chciałam zacząć…

   Godzina w pociągu była nieco męcząca, Felek już zaczął się pokładać i marudzić, ale daliśmy radę. Chociaż na tej trasie jeździł już setki razy, wciąż udaje się go zainteresować widokiem za oknem. A to dźwigi w stoczni, a to stacja robocza z dziesiątkami różnokolorowych wagonów, mosty, drzewa, walce, koparki. Ludzie siedzący w sąsiedztwie uśmiechają się do mojego synka, gdy komentuje on w swoim stylu rzeczywistość. Liluś śpi. Dojeżdżamy, wysiadamy, powtarzając jak mantrę, że zaraz zobaczy rybki, gdy najbardziej wymagający uczestnik tylko zdradza najmniejszą ochotę do bojkotu wycieczki. Sukces za sukcesem: ,,A będzie wielka lyba -mama?”- ,,Oczywiście, Felku, będzie wielka ryba- mama.”- ,,A będą małe lybki- Felki?”- ,,Tak, będą małe rybki synki Felki.” Wystarczy, żeby zachęcić do poznawania podwodnego świata…

  Oceanarium okazało się hitem. Nie jest ono jakieś potężnie duże, dzięki czemu nie zdążyliśmy się zmęczyć przed obejrzeniem wszystkich wodnych istot. Felek latał wśród akwariów jak opętany, miejsce to dosłownie go oszołomiło. Tym bardziej, że były tam ogromne odkryte pojemniki, do których można było włożyć rękę i gdzie przy odrobinie szczęścia udawało się ,,pogłaskać” rybę. Z głaskania Felciowi za dużo nie wychodziło, ale co się nachlapał, to jego. Odkrył także, że przykładając mokrą łapkę do posadzki, robi się fantastyczne ślady i tym zajmował się przez większość czasu. Co mnie zaskoczyło i to jak najbardziej pozytywnie, to jego reakcja na inne dziecko. Była tam mała dziewczynka, mniej więcej czteroletnia córeczka przewodnika oceanarium. Od razu przylgnęła do Felcia, jak tylko go zobaczyła, najwyraźniej nieczęsto zdarzają się jej takie atrakcje, bo tak w ogóle to my byliśmy tam jedynymi gośćmi w tym momencie… Ale co ważne, Felek przylgnął do niej! Była tam sylizowana na plażę, mała piaskownica. Felek zapomniał o rybach w ferworze zabawy z zupełnie obcą dziewczynką! Byłam w szoku. Gdy skręcaliśmy w inną alejkę, Felek zrobił wielkie oczy i krzyknął: ,,Ja nie scę do domku! Zostanę tutaj z dziewcynką!” Wspaniale, myślę sobie, nareszcie moje dziecko zaczyna odkrywać potencjał twkiący w innych jemu podobnych istotach.

   ,,Co tam myjes?”- zapytało moje dziecko, widząc jak sprzątaczka czyści jedno z akwariów. Nie, bynajmniej nie wyglądała na urażoną, za to w sekunde dosłownie rozpłynęła się z sympatii do naszego syna. I znowu Felek zrobił sobie dłuższy przystanek, zamiast chodzić za nami i słuchać opowieści przewodnika na temat szpinakożernych piranii. Gadał sobie z panią sprzątaczką, oczywiście pełen luz, per ty i te sprawy! Podpatrywałam, czy grzeczny. Tylko że w jego przypadku trudno określić granice, poza którymi zaczyna się już niegrzeczność. Wcześniej wspomniane robienie śladów z mokrych rąk na całej podłodze oceanarium jest jeszcze grzeczne czy już nie? Albo wspinanie się na palcach i napieranie na akwaria… Kto wie, czy konstrukcja dość silna. Jakby tak wywalił mureny albo kraby na glebę, to ciekawe, jakimi by nas kosztami obciążyli? Na szczęście nic się nie stało. Oceanarium zwiedzone. No to na obiad!

W tym samym obiekcie skorzystaliśmy z usług niewielkiej restauracji serwującej domowe obiady. Wszystkim smakowało, niektórym aż za bardzo, o czym już na początku napisałam… Powrót był nieco bardziej problematyczny, niż droga ,,do”. Lilianna dopiero się obudziła (zasnęła po wyjściu z domu, jadła przez sen, gdy ja konsumowałam kotleta z serem) i ryk. Felek skrajnie wymęczony (on jeszcze sypia za dnia) i ryk ,,ja nie scę tu być”, któremu w ogóle się nie dziwiłam, gdyż ta podróż to był koszmar. Gorąco, ludzie ściśnięci jak sardynki. Marcinek musiał sobie z Feluniem radzić i poradził za pomocą zabranej na czarną godzinę książeczki z naklejkami. Ja na stojąco w tym tłoku bujałam Lilunię. Ludzie wyrozumiali, aż się zdziwiłam. Jedna pani nawet Marcinkowi pomagała opanować traumę Felka, też jakąś książeczkę wykombinowała i ryk ustał. Dojechaliśmy. Piękny dzień za nami.