Grzaniec z mikrofali

   Mój mąż wyprawił wczoraj dwudzieste siódme (!!!) urodziny, zaprosił kilka osób, siedzieliśmy na strychu, który mamy nadzieję w jakiejś tam, bliższej, czy dalszej przyszłości zaadaptować na nasze mieszkanie. Póki co, jest tam zimno niemal jak na zewnątrz, ale do pewnego stopnia gospodarz poradził sobie z tym za pomocą przedłużacza, mobilnego grzejnika oraz farelki. Ponadto zakupił w pobliskim markecie kilka gotowych ,,grzańców” (uwielbiam tę nazwę: napój winopodobny) i serwował ciepłe kubeczki wprost z mikrofali. Goście byli zachwyceni. Lilianna spała w foteliku samochodowym w czeluściach zimnego poddasza, okryta kilkoma wartstwami polarowego koca. Feliks na tę okazję spał u babci, bo myślę, że ma jeszcze czas na imprezy tego typu… Ja się cieszę, że jeszcze do końca duch w narodzie nie zgasł, a ułańska fantazja objawia swoje reliquie reliquiarum mimo niezbyt sprzyjających okoliczności. Humor czasami i dopisze. I chce się coś robić. Najczęściej martwić i kłócić o to, co będzie dalej. Bo w końcu przyjdzie dzień, w którym trzeba będzie się wyprowadzić, wziąć kredyt, tworzyć nowe (które to już?) gniazdko. Dla mnie oznacza to pójście do pracy. Lilka będzie miała kilka miesięcy. Uśmiecham się gorzko na wspomnienie, jak to zarzekałam się, że w życiu nie zostawię półrocznego niemowlaka na pastwę żłobkowej rzezi. I odechciewa się pisać, gdy pomyślę, że zgodnie z moimi przekonaniami, jedyne czego potrzeba dziecku to duża dawka przytulania, a reszta jest kwestią drugorzędną. Nadal tak uważam. Ale łatwiej by mi się tak uważało, gdybym wygrała milion w lotka, a gruntowne remonty same by się robiły i zajmowało by im to trzy dni.

  Z innej beczki: byłam ostatnio na kawce u mojej przyjaciółki ze szkolnych lat. Jej synek to mój chrześniak. Wojtuś ma już 4,5 roku. Kiedy się urodził, po dziesięciu dniach przyjechałam go zobaczyć. Małe to było, czerwone, pomarszczone i całe w krostkach. Pierwszy raz w życiu widziałam noworodka, chociaż miałam już ponad 20 lat. Ale moja rodzina jest mało rozpłodowa, więc wcześniej nie miałam okazji. Wojtuś jawił mi się jako coś z jednej strony przerażającego, a z drugiej bezapelacyjnie cudownego. Bałam wziąć się go na ręce, ale Irenka (tak ma na imię przyjaciółka) niejako mnie zmusiła! Cała się trzęsłam i szybko go oddałam. Karmienie to był dla mnie także szok… Moja Irenka, z którą przeżywałam w uniesieniu pierwsze wagary, podróże na stopa, tanie wino na górce za szkołą i kradzieże stringów za 5 zł z bazaru, wyciągnęła spod bluzki ogromną pierś z sutkiem wielkim jak twarz dziecka (!!!) i przytwierdziła do niego bezzębną istotę. A to mlaskało. Poczułam mieszaninę podziwu i strachu. Przewijanie. Chude nóżki, które wprawna ręka młodej mamy chwyciła jednym ruchem i podniosła do góry, by druga mogła wymienić brudną pieluchę na czystą. Zapuchnięte, bordowe dziecięce genitalia i kikut pępka, wyglądający jak błąd w sztuce lekarskiej. Pomyślałam: a więc to jest to osławione macierzyństwo? Słabo mi było. Ja, opalona, wracająca z żagli, spiesząca się na imprezę, od miesiąca spotykająca się z nowym chłopakiem o imieniu Marcin, z długimi włosami i lekką niedowagą, w turkusowych baletkach a’la India Shop siedziałam sztywno i patrzałam na to wszystko, jakby mi przywalili młotem w tył głowy. I zazdrościłam, że ONA ma już to za sobą. Bo ja, opalona, z żagli i przed imprezą, z chłopakiem, który twardo obstawał przy tym, że nigdy dzieci mieć nie będzie, byłam pewna, że może do trzydziestki uda mi się wpaść albo go namówić, ale nie wiadomo. Ale w sumie teraz, jak to zobaczyłam, to nie wiem, bo przecież nie, nie mogę ukrywać tego, że już wiem, jak to wygląda! I powiem mu, że jest się wtedy grubym, ma się wielkie cyce jak donice, dziecko jest brzydkie, nie śpi po nocach i trzeba mu prasować. Omatkobosko, prasować, jak ja nigdy w życiu nic nie wyprasowałam. I szkoda mi tej mojej lekkiej niedowagi. Ale mówię, zgodnie z prawdą: ,,Zazdroszczę ci, kochana, że masz już to za sobą. Ja to pewnie za 10 lat…”. Irenka na to: ,,Co? 2 lata ci daję maksymalnie i to samo cię czeka, zobaczysz.” To był maj 2007. W maju 2009 przyszła na świat bezdyskusyjna miłość mego życia i blask mego świata, Feliks Marcin, syn Marcina Henryka, który tak bardzo nie chciał mieć dzieci.

W domu, w którym mieszka Irenka z rodziną, jest także jej siostra, mama dwóch malutkich córeczek. Wesoło tam mają, nie ma co. Rozmawiamy o rzeczach radosnych i kiepskich, mądrych i głupich. Mówię, jak ciężko mi czasami, gdy muszę coś zrobić, a Lilka nie śpi, Felek żąda zabaw… Ona zdziwiona: ,,A nie możesz małej w łóżeczku położyć i ten obiad szybko zrobić?”. Ja jeszcze bardziej zdziwiona: ,,No jak to, przecież będzie ryczała w samotności.” Irenka maksymalnie, do granic zdziwiona: ,,Ryczała? Najedzona, sucha…?”. Ja w szoku. No tak, zarówno Felek jak i Lilka drą się od pierwszych chwil swego żywota, gdy nie mają w pobliżu kogoś kto by do nich gadał, łaskotał, czy nosił albo przynajmniej w tym trzymaku (fotelik, bujaczek, wózek) huśtał. Myślałam, że tak ogólnie jest… A tu się okazuje, że Wojtuś oraz jego kuzyneczki płaczą (płakały) kiedy niezaspokojone były ich potrzeby biologiczne, natomiast brak towarzystwa nie robi (ł) na nich wrażenia. I że są dzieci, które leżą grzecznie, czekając aż mama zrobi obiad, a więc również weźmie prysznic, zje kanapkę, wypije kawę albo pogada przez telefon! Ja tego nie znam. Oszustwo. Feliks dopiero, gdy zaczął raczkować i ta nowa umiejętność otworzyła przed nim diamentowe bramy do Raju Brojenia (a wiadomo, że tam lepiej działać bez świadków) zrozumiał, że stała obecność matki to wcale nie aż taki fun, jak np. ściąganie na siebie (za kabel) naczynia do gotowania na parze wypełnionego wodą. Lilianna jeszcze tego nie rozumie. Raźno i z pełnym przekonaniem o słuszności swej sprawy ryczy, gdy położę ją na pół minuty na kanapie i pójdę się wysikać. Nie zdzierży leżenia w foteliku koło mych nóg, gdy zamiast do niej, zwracam się do jej ojca lub brata. Doceniam jej determinację, tak jak i Felek zasłużył sobie na mój dozgonny szacunek właśnie tym hardym dążeniem do zaspokojania swych emocjonalnych (i nie tylko) potrzeb. A wiecie co, z Felciem to odetchnęłam z ulgą w tym pięknym dniu, gdy ruszył z kopyta przed siebie na czterech i zostawił za sobą nieruchawe życie bobasa zależnego od widzimisię swej matki. Inne mamy wspominają to jako koszmar (,,ciągle coś do tego pyska bierze, łapy brudne i bez przerwy trzeba coś chować przed nim!”), ja jako rozkosz- Felek nie był na tyle głupi, by ,,ciągle coś do tego pyska brać”, bo ta czynność by go zatrzymywała, a przecież on trwał w nieustannym dążeniu do brudzenia łap (ja na to: co z tego?! woda w kranie jest) i odkrywania tego, co non stop chowane. Ale chowane wysoko, więc rzadko udawało mu się nas zaskoczyć. I ja nareszcie mogłam poczytać sobie gazetę.

   Umieram z ciekawości, jaki też styl wybierze Lilka. Czy wierna będzie jednemu rodzajowi uprzykrzania starej życia, np. żuciu maleńkich, znalezionych pod stołem przedmiotów, czy raczej podejdzie do sprawy w sposób eklektyczny. Tak czy owak- raczkowanie to rewolucja, której kibicuję. Bo w końcu nie muszę się tłumaczyć, choćby najlepszej przyjaciółce z tego, że nie mogę nawet na minutę zostawić dziecka, drącego się z tęsknoty za mną. Wiwat aktywne maluchy, które zapominają o swej matce, by ruszyć na podbój świata!

3 myśli nt. „Grzaniec z mikrofali

  1. Kasia

    Raczkowanie to jest naprawdę piękna sprawa! Zaczynasz obserwować jak z dnia na dzień dziecko jest coraz bardziej pewne siebie, jak odchodzi samo coraz dalej, samo sobie znajduje „zabawy”, wszystko je ciekawi, chce wszystko wiedzieć, dotknąć, zobaczyć, posmakować… Vivat raczkowanie! ;p

    Odpowiedz
  2. Justyna

    Hehe w końcu doczekałam się nowego wpisa ;D Ja Cię podziwiam za wiele rzeczy, m in. za tężyznę fizyczną. Jeden dzień w sumie u was byłam, a zakwasy na łapach to przez następne dwa dni ;)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>