Teatrzyk

   Dziś kolejny wielki debiut, a mianowicie moje dziecko po raz pierwszy oglądało przedstawienie teatralne. Oczywiście takie przeznaczone dla maluchów, niemniej i tak Feliks był najmłodszy; przeważały starsze przedszkolaki. Ale od początku! Już z miesiąc temu znalazłam zamieszczone w lokalnej prasie ogłoszenie, iż w jednym z gdyńskich domów kultury w dniach 19-21.12 odbywać się będą przedstawienia przygotowane przez Teatr Rozmaitości z Gdańska (pamiętacie, jak udzielałam się jako Śnieżynka? Właśnie w tym Teatrze- postanowiłam zatem, że przy okazji zapalania w sercu mego dziecka miłości do sztuki, odnowię, jak Bóg da, kontakt z ciekawym człowiekiem). Sprawdziłam grafik mężusia na grudzień (kwestia Lilianny), zapisałam 20.12 jako dzień wolny i odpowiedni, namówiłam do powierzenia mi dziecka mamę Maksia (w grupie zawsze weselej) i czekałam na ten dzień. Nadszedł dziś. Od wczoraj moje zdenerwowanie sięgało zenitu. Po pierwsze, wyprawa autobusem do Gdyni (40 min. jazdy) z dwuipółlatkiem wspomaganym napędem z czterolatka jawiła mi się jako wyzwanie, na myśl o którym doznawałam zaburzeń krążenia i trawienia. Po drugie obawiałam się zachowania Felka. Oczami wyobraźni widziałam zatem moje dziecko wrzeszczące i wierzgające, siłą ciągniętę na salę spowitą w półmroku i pełne przekonania ,,Ja nie scę tutaj być!!!” przenikające wszystkie ściany domu kultury, jak również w stopniu znacznym zakłócające fonię przedstawienia. Tak bardzo jednak pragnęłam dokonać na moim synu inicjacji artystycznej! Tym bardziej, że znałam repertuar Teatru Rozmaitości, wiedziałam, iż warto mu zaufać w kwestii edukacji teatralnej maluchów! Na wszelki wypadek zaopatrzyłam się w biszkopty i picie, a także książeczkę z naklejkami. Zrobiłam sobie kilka planów awaryjnych. A więc ,,w razie czego” zostawiłabym na widowni Maksia (jeśli by chciał oglądać dalej mimo protestów kuzyna) i pod drzwiami sali koczowała z Felinkiem albo po prostu, w sytuacji maksymalnie krytycznej zapakowałabym dzieciaki i uciekła do Rumi na tarczy. Tak sobie myślałam. Jak zwykle jednak rzeczywistość odmalowała się barwami jasnymi i czystymi, a mi w oku zakręciła się łza wzruszenia na widok mojego synka zahipnotyzowanego akcją ze sceny…

   Nie powiem, by podróż ,,do” była rozrywką, niemniej bez większych problemów dotarliśmy zadowoleni. Nie znałam drogi z autobusu, a była dość długa, trafiliśmy w końcu, ja zdyszana jak koń po westernie (pędziłam na łeb, na szyję, pchając pod wielką górę spacerówkę z 2 chłopakami, bo tak było dużo szybciej, niż dać się im wlec na nogach), 2 min. przed rozpoczęciem. Ładnie nas przywitano, pani pomogła rozebrać dzieciaki, ja obłęd w oczach, bo myślę: ,,Teraz się zacznie, a tu ani sekundy na psychiczne przygotowanie Felka!!”. No tak, bo rozmawiałam z nim wcześniej oczywiście, mówiłam, o co mniej więcej chodzi, ale bez większej wiary w to, że skumał. Dlaczego ja tak nie doceniam tego mojego dziecka? Przecież nieraz zaskoczył mnie pozytywnie swym ,,dojrzałym” zachowaniem. I chociaż jest coraz mądrzejszy, ja wciąż w pamięci mam niektóre jego antyspołeczne akcje, nienawiść do żłobka, bunty uliczne itd. Już w holu zbladłam, bo mimo pośpiechu, Felek zdążył zauważyć i oznajmić z niesmakiem: ,,Tu nie ma zabawek.”Gdy weszliśmy do sali, jego pierwszym zdaniem było: ,,Chodźmy jus do domku”, widać było przerażenie w ogromnych, szeroko otwartych oczach. O Maksa się nie bałam, pytałam go o teatrzyk, mówił, że w przedszkolu oglądał, więc obeznany z tematem na tyle, żeby nie mieć pietra. Stres. Rozglądam się, gdzie pani posadziła drugiego delikwenta, bo przez ten czas mój syn zdążył już oczywiście uciec stamtąd, więc musiałam go złapać i zanieść. Ciemność, gongi. Jest Maksio. Siadamy na podłodze koło niego. Felek sztywny, ale cicho. Gongi. Felek z pietyzmem sapie konspiracyjnie: ,,Dzwonki!”. I już czuję wygraną. Synek wtula się we mnie, żeby rozluźnić atmosferę, pytam chłopców, co widzą na scenie (chodziło mi o dekoracje- biedronki, słoneczko itd.), coś tam produkują, światło, zaczyna się, no, cichutko już, patrzymy. I w tym momencie na moje dziecko spadł czar. W pozycji, jaką przyjął, siedział nieprzerwanie przez bitą godzinę spektaklu. Nie ruszył ręką ani nogą. Nie zmienił wyrazu twarzy- nie, to nie było zainteresowanie, ale coś, czego nie widziałam jeszcze u mojego malca- mieszanka respektu z absolutną fascynacją, hipnoza. Nie śmiał się z żartów, nie wołał razem z dziećmi, gdy akcja wymagała ,,uczestnictwa” widowni (w stylu: ,,Dziadek jest głuchawy, dzieci, zawołajmy razem głośno CO CIĘ BOLI? !!!”), nie klaskał. Nie chciał pić, siusiu, usiąść na poduszce. Zero reakcji na moje pytania, które zadawałam po cichu, gdy widziałam, że jakieś inne dziecko się kręci- chciałam uprzedzić kręcenie się moich pociech, ale o ile Maksio reflektował na wodę oraz co jakiś czas komentował elementy ze sceny, to Felek gardził wszystkim, co mogłoby mu chociaż na kilka sekund przerwać przeżywanie transu. Raz tylko się odezwał, bo Maks zapytał go ,,szeptem”, co ten ptak tam mówił. Felek, nie odrywając wzroku od sceny, odparł cicho ,,Nie wiem”, czym nie zachęcał do dalszej dyskusji. Po wszystkim, gdy już się zbieraliśmy do wyjścia, mój synek znów przybrał minę zawadiacką i powiedział, podrygując ,,Fajnie było!”, z czym Maksio się zgodził. W drodze powrotnej (tym razem już we większości na nogach! Co ja, alpinistka chodnikowa z aspiracjami rikszarskimi?!) pytałam, co mi powiedzą o przedstawieniu, co tam było, takie tam. No więc Maksiowi zapadł w pamięć smutny ptak, a Felciowi świnia i tyle w temacie.

   Autobusem do domu jechaliśmy już nieco zmęczeni, dzieciaki zaczęły dokazywać, ale w granicach możliwości przetrwania. Kłócili się o książeczkę i widok za oknem, robaki w dupskach dawały o sobie znać. A pojazd przepełniony, przy czym jego sposób przemieszczania się porównać można do spaceru jakiegoś porąbanego, znarowionego konia- raz szybko, raz wolno, gwałtowanie hamował, nieoczekiwanie ruszał z kopyta… Koszmar. I to przeszło. Mama przejęła Maksa na przystanku obok swojego domu, my pojechaliśmy dalej do siebie. Pani siedząca na przeciw Felcia rozpłynęła się w zachwycie, ,,jak on pięknie mówi”. On podniecał się, że ,,był gzecny, bo w teatsyku mozna mówić cichutko, a na dwólku głośno”. Ja w skowronkach, znowu dumna z siebie, z dzieci, szczęśliwa na tym świecie. A co do pana Adama, dyrektora Teatru Rozmaitości, to poznał mnie, ucieszył się na mój widok, zaprosił po spektaklu na małą pogawędkę. Ze względu na moich towarzyszy nie mogłam dłużej zabawić za kulisami, ale obiecaliśmy sobie odnowić kontakt. Może znowu będę Śnieżynką, a co tam. Chociaż to banał, muszę przyznać- życie jest jak pudełko czekoladek…

Jedna myśl nt. „Teatrzyk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>