Miesięczne archiwum: Styczeń 2012

Mamo, kocham cię

   Tak, tak, tak! Usłyszałam takie wyznanie wczoraj po raz pierwszy w życiu. Mało nie padłam. Feliks wrócił po dwóch dniach od babci i dziadka. Długo broił, nie chciał iść spać, latał w piżamie i rozwalał, co się dało. W pewnej chwili wlazł na mnie, wtulił się obiema łapkami i spontanicznie wykrzyknął słodkim głosikiem: ,,Mamo, kocham cię!”. Przyznam, że rozpuściłam się, jak masło. Codziennie na dobranoc i nie tylko powtarzam synkowi, że go kocham nad życie, nawet gdy jest niegrzeczny, żeby mu podnieść morale po uprzednim udzieleniu reprymendy. Nigdy nie zadawałam pytań typu: ,,a ty kochasz mamusię?”, bo uważam, że to żałosne. Nie spodziewałam się także, że to lub coś podobnego kiedyś powie, bo jest dość powściągliwy w okazywaniu uczuć. Poprawię się: był. Był do czasu, kiedy zrozumiał, że uwaga mamy musi być podzielna. Jest konkurencja- drące się, a co gorsza- coraz słodsze niemowlę, które też już swoje mentalne macki wyciąga po należną część! I to w jaki perfidny sposób- bezczelnie uśmiechając się, a nawet chichocząc (udało ją się do tego doprowadzić już dwa razy- najpierw tacie, po kilku dniach zielonej z zazdrości mamie). Felek już wie, że wiele więcej, niż rykiem, można osiągnąć za pomocą ładniejszych technik manipulowania ludźmi. Na przykład miłosnymi wyznaniami. I racja, bo mama, wkurzona, że dzieciak popieprza boso po kaflach i drze japę, zamiast spać, na skutek tego nieoczekiwanego zwrotu w relacjach, przymknęła oko na dziecięcą niesubordynację. Coś w stylu: no, jak kochasz mamę, to se jeszcze polataj, nie będę krzyczeć. Tylko oczywiście niewyrażone słowami.

   Dziś Marcinek poszedł do pracy po niemal dwutygodniowym urlopie i znowu musiałam się przekonać, jak ciężki potrafi być los przesadnie przejmującej się matki  bez fizycznego wsparcia. Po południu (A dzień ogólnie był piękny! Nie za zimny, biały. Były śnieżki, saneczki i wizyta u babci na drugim biegunie Rumi), gdy chciałam położyć się na chwilę i zrobiło się miło, bo Felonek zapragnął mi towarzyszyć, nieoczekiwanie obudziła się Lilka. Okrutny koniec marzeń o drzemce. Zajęłam się organizowaniem pociechom czasu, noszenie, czytanie, klocki, bajka, tańce, pieluchy, cyc, pluszaki. Czyli norma. Gdy po godzinie Lilianna zaczęła zdradzać ponownie objawy senności, zaświtała mi nadzieja. I nagle w systemie coś zawiodło, bo ni stąd, ni zowąd oba zaczęły się drzeć. Trudno mi teraz ustalić przyczynę, chociaż przywołuję do wspomnień genezę- tak, to musiało być to: Lilka miała już zamknięte ślepia, więc nieopatrznie uwierzyłam w jej sen i położyłam do łóżeczka (no chyba nie sądzicie, że zaśnie inaczej niż na rękach? też coś!), a siebie na kanapie. Felek zaczął wyszarpywać mi MOJĄ poduszkę, twierdząc, że to jego. Nie dałam się, czym sprowokowałam włączenie się alarmu. To oczywiście wybudziło bobasa. I tak podwójny wrzask wyciął mi godzinę z życiorysu. Tragiczne jest to, że gdy próbowałam uspokoić jedno, natychmiast drugie, przekonane o tym, iż jego wrzask jest dla matki mniej ważny, nabierało powietrza, by przypomnieć o swoim istnieniu w trójnasób. A dla mnie oba wrzaski są równie wkurzające, więc jakiekolwiek poczucie krzywdy czy to u Felka, czy u Liluni, jest na prawdę nieuzasadnione.

   Z innej beczki: jako nastolatka jeździłam na obozy harcerskie, żeglarskie. Zawsze pod koniec było najfajniej. Zawsze kilka dni przed końcem tworzyły się pary, przysięgające sobie miłość po grób, wszyscy byli głęboko przekonani, że zawiązane w ciągu 10 dni przyjaźnie będą trwały wiecznie. Zajęcia obozowe przestawały się liczyć, nie spało się po nocach, żeby wykorzystać ten czas na maksa- ogniska, nocne rozmowy, romantyczne chwile. Coś takiego teraz właśnie mamy z Marcinkiem. Przestało mi zależeć na czymkolwiek, co nie jest rozpaczliwym wydzieraniem cennych minut bycia razem temu nieubłaganemu pędowi czasu. Budzę się o 3 w nocy i idę umyć zęby i przebrać się w piżamę- tak, po raz kolejny zasnęliśmy, nie pamiętając o takich szczegółach, w ciuchach, podczas wspólnego oglądania filmu. Albo tak długo gadaliśmy o niczym, aż totalnie nas zmogło- rzecz nie do pomyślenia, gdy jeszcze było… nie tak, jak teraz, czyli bez planów wyjazdu. Szanowaliśmy sen, obiad, pracę i niewyspanie. Nie zawsze nam się chciało gadać. Czuję się jak na finiszu obozu żeglarskiego, wiem, że zaraz przyjadą rodzice i zabiorą swoją córeczkę- gimnazjalistkę do domu, a tam rozpakuje ona śmierdzący plecak, zanim pochłonie ją paszcza szkolnej nudy i codzienności, która- co tu wiele gadać- nawet w ćwiartce nigdy nie będzie tak atrakcyjna, jak fale jeziora i nocne ogniska. Życie z Marcinkiem dla mnie to jak wieczny obóz żeglarski dla romantycznie usposobionej siksy. A jednak nie wieczny. I wcale, jak niektórzy sądzą, nie chodzi o to, że będzie mi ciężko samej z dwojgiem dzieci. Kompletnie o to nie dbam. Zakupy spożywcze (postanowione!) będę robić co kilka dni przez internet, to samo z pieluchami, chemią. Koło domu zaopatrywać będę się w chleb i mleko, czyli to, co na bieżąco i zbyt szybko się zużywa. Sprzątanie, pranie, wieszanie, dzieciaki- co to jest w obliczu czarnej dziury, jaką widzę, myśląc o tym, co będzie, a raczej czego nie będzie, gdy- no właśnie. Nic nie będzie.

Tleń ekspedyszyn

   Moi drodzy, dziś wróciliśmy z dwudobowego relaksu w Borach Tucholskich. Wykupiliśmy na grouponie pakiet- 2 noclegi, masaż, uroczysta kolacja i śniadania dla 2 osób. Osób pojechało trochę więcej, a konkretnie 4, chociaż nie wiem, jak to liczyć, czy np. ONI nie liczą się jako pół albo ćwierć (Lilianka) i trzy czwarte (Felonek). Tak czy owak, była to wyprawa kosmicznie wręcz odprężająca i poprawiająca nastrój!

   Zaczęło się uroczo, a mianowicie 10 minut przed wyjściem trzasnął nam prąd. Marcin: ,,No chyba nie pojedziemy, trzeba naprawić”. Ja łzy w oczach, silę się na optymistyczny ton, sugerując, że nie obchodzi mnie aż tak fakt, iż rozmrozi się zamrażalnik i gdy wrócimy, zastaniemy szron w domu. Zaczęłam wynosić jedzenie na parapet, modląc się, by: a)temperatura była przez czas naszej nieobecności ujemna, by się nie zmarnowało jedzenie; b) temperatura była przez czas naszej nieobecności dodatnia, żeby aż tak nie zmroziło mieszkania. Wyszliśmy z domu- proszę państwa, jedziemy na totalne zadupie, przed nami czterogodzinna podróż trzema różnymi pociągami, a potem las, hotel, telewizor i obiad w restauracji, czyli raj. Jak zwykle okazało się, że nasze pocieszki stworzone są do wojaży. Liluś niemal całą drogę spał. Wiadomo, że gdy planuje się dłuższą drogę, czyli np. trwającą ponad cztery godziny, to ten moment, kiedy maluszka trzeba będzie nakarmić, w końcu nadejdzie. Nie ma co się łudzić, że ukochana córcia oszczędzi przeżyć związanych z przysłowiowym ,,wywaleniem cyca przy ludziach”. Wbrew pozorom jednak tutaj objawia się właśnie przewaga karmienia piersią. Dziecko głodne- rach ciach, nakarmione, utulone, przekonane o bezpieczeństwie i w porzo. Żadnych butli, przegotowanej wody, smoczków, po prostu dyskretnie pochylasz się nad rozwartą paszczą i już. Zarówno w trakcie drogi do, jak i spowrotem, karmienie wypadło po dwa razy- czyli łącznie cztery. Tylko raz odczuwałam dyskomfort, bo ludzi naokoło mnóstwo, dziecko rozryczane, gorąco jak w piekle. Zresztą, moje podejście jest takie, że współpasażerom szczerze życzę, by nie wysilali się z jakimkolwiek komentarzem. Trudno wyobrazić mi sobie sytuację, która mogłaby mnie intensywniej sprowokować do wdania się w ostrą wymianę zdań, niż taka, kiedy ktokolwiek zwraca mi uwagę, iż karmienie w miejscu publicznym jest niestosowne. To nie tak, że uważam, że to fajne. W duchu mam żal do natury, że tak to wymyśliła. Staram się zawsze karmić dziecinkę jak najbardziej niewidzialnie, nie robiąc szumu, bo niby wokół czego? Traktuję to wyłącznie zadaniowo: Lilianna jeszcze jest za malutka na cokolwiek innego, nie dostanie słoiczka czy deserka. Jeśli jest głodna, to muszę jej udzielić kawałka własnego ciała. Tyle na temat potrzeb córci. Potrzeby synka są dużo bardziej wyrafinowane. Musi mieć on zapewnioną rozrywkę, czułość i okazję do rozwoju. Puzzle, książeczki, turlanie się po kolanach mamy i taty (na zmianę), możliwość skorzystania z ubikacji, ciastka, banany i picie- tych oto elementów nie może zabraknąć, jeśli w niezłej kondycji pragnie się polską koleją dotrzeć z punktu A do pnktu B. Nie zabrakło. Ani sekundy buntu, ani śladu nudy, uwielbiam mojego synka.

   Na miejscu okazało się, że jest bosko. Felek obwieścił, że to nasz nowy domek i on do starego już wracać nie chce (nawiasem mówiąc, bardzo dosadnie okazywał niezadowolenie, gdy szykowaliśmy się do powrotu, a na ,,staly domek” sypał się grad oszczerstw!) Nic dziwnego. Przestronne korytarze do ćwiczenia galopu, telewizja, restauracja z jego i tylko jego specjalnym krzesełkiem do spożywania megazdrowych frytek, sala zabaw z ogromnymi poduchami w kształcie klocków do budowania fortec, w pokoju kibel z komfortową wanną, na dwórku mokry śnieg, idealny do lepienia bałwanków, obowiązkowo ,,duzego i małego”. To nie koniec!- rodzice tylko dla niego. No, wiadomo, dla Lilki trochę też, ale przynajmniej jak jedno uwieszone na dziecku, to drugie może z chłopcem układać puzzle, poganiać się, pokulać na łóżku. A nam jak było dobrze! Myślałam, że się nie odważę, a teraz przyznam, że kąpiel w jaccuzi pod gołym niebem (trzeba było do niego dojść po mrozie! I wyjść z wody na mróz! I w klapkach po śniegu wracać do budynku!!!) to nie była odnowa biologiczna, a wręcz duchowa! Śmiejcie się, ale nawet nie wierzyłam, że to, o czym marzyłam całe życie to pierdyknięcie się w gorącą wodę i zamknięcie oczu bez ryzyka, że zaraz usłyszę ryk, ktoś wejdzie mi na głowę albo zdejmie i zeżre plaster sera ze świeżo przygotowanej kanapki. Gdy biorę w domu prysznic, nie zamykam łazienki na klucz. Jestem bowiem pewna, że po minucie Felkowi zachce się siku. Nigdy się nie mylę. Nigdy nie jest mi dane kąpać się bez żadnej przerwy tyle, ile bym chciała. A teraz wykąpałam się za wszystkie czasy, nie ma co.

    Hotel, w którym przebywaliśmy, znajduje się w miejscowości o nazwie Tleń. Byłam tam na koloniach, kiedy miałam niespełna 10 lat. Wyobraźcie sobie, że zupełnie przypadkiem trafiliśmy na ten kolonijny ośrodek. Jest nieczynny, całkiem opuszczony, ale co szokujące- otwarty, wszystko tam zostało, jak w Czarnobylu po wybuchu elektrowni. Takie tam zresztą mieliśmy odczucia. W kuchni patelnie, sitka, tłuczki, sztućce; w magazynie sterty kocy i pościeli. W ambulatorium nerka i leki, jak również zeszyty z notatkami na temat stanu zdrowia kolonistów. Do tego ambulatorium trafiłam jako dziewczynka. Dostałam jakiejś koszmarnej wysypki. W ogóle na tych koloniach nie czułam się najlepiej, pamiętam, że trzy dni z tęsknoty i stresu miałam gorączkę, potem wspomnianą już wysypkę, cały czas paznokcie obgryzione do mięsa. Dramat. W ogóle mi się tam nie podobało! I taką mam z tego naukę, że własne dzieci planuję… wysłać po raz pierwszy na zorganizowane kolonie, gdy będą miały 5 lat, a nie 10. Tak, sprawdziłam, są takie! I dla dziesięciu dni spokoju w ciągu roku poświęce paznokcie moich ukochanych niewiniątek. Właśnie dlatego, że je tak zabójczo kocham. Ten paradoks są w stanie zrozumieć wyłącznie rodzice, którzy każdą sekundę swojego żywota planują z myślą o dzieciach. Wyjazdy, obiady, spacery i upojne małżeńskie chwile poświęcone są w 200 %-ach porom spania, gustom i guścikom, smakom i strachom, rozwojowi i możliwościom infantów. Z pełnym poczuciem, że to ma sens. Bo ma, ale na kolonie i tak je wyślemy… Do tego czasu pewnie już będą się kochać nad życie. Muszę wam powiedzieć, że w kwestii bratersko- siostrzanej miłości, też jakaś poprawa na wyjeździe. ,,No uśmiechnij się do mamy i do mnie”- poucza Feliks siostrzyczkę, gdy ta patrzy w eter z wyrazem twarzy pełnym powagi. Czasami synuś łapie małe delikatnie za rączkę, czasami pogłaszcze. Chyba zaczął pojmować, o co chodzi ogólnie w bobasie. Dla mnie to wszystko wzruszające, ale nie daję się zwieźć. Boję się, że popełnię gdzieś jakiś tragiczny błąd wychowawczy. Brr, wzdragam się na samą myśl o słowie ,,wychowanie”- to nie dla mnie, ale o tym kiedy indziej.

   Po powrocie, który ze zwględu na zmęczenie Felitka i nyki Lilki, był nieco bardziej problematyczny, przypomnieliśmy sobie (nie było innego wyjścia), że nie mamy prądu, a co za tym idzie, światła (późne popołudnie zimą, jakby co) ani ogrzewania. W mieszkaniu było dokładnie 10,5 stopnia. Poleciałam po świeczki, zdążyliśmy się zestresować, ale w normie, tzn. przede wszystkim postanowiliśmy napić się kawy. Zadzwoniliśmy po pogotowie energetyczne, dzieciaków ani siebie nie rozebraliśmy z kurtek i butów, Marcin ugotował parówki, świeczki dały romantyczny nastrój. Gdyby nie ta zimnica, byłoby całkiem miło. Panowie przyjechali i powiedzieli, co zrobić, żeby naprawić i nie wydać za dużo na ich interwencję. Niestety nagrzewa się strasznie wolno, niecały stopień na godzinę. Feliks zasnął w polarze, przytulony do termofora, Lilunia w objęciach mamy. Wpadł w odwiedziny nasz przyjaciel, ojciec chrzestny Lilianny. ,,Wojtek, jak będziesz w jakimś dużym sklepie, kup nam farelkę, taką wiesz, do grzania!!”. Wojtek w dużym sklepie był. Życie jest cudem, nawet jak za drzwiami pokoju straszy 14-stoma stopniami.

   Wyobraziłam sobie, jakby to było, gdybyśmy zamiast pociągiem, udali się w tleńską ekspedycję samochodem. Czyli w sposób cywilizowany, tak jak współczesnej rodzinie z dziećmi przystoi. No wiecie, duży bagażnik, ja wciśnięta jak szprotka między dwa foteliki, dzieci skrzywione koniecznością tkwienia w jednym miejscu przez zbyt dużo czasu. Jazda przerywana co dwadzieścia minut, bo trzeba zatankować i wydać na benzynę trzy razy tyle, co na bilety, wysikać się, nakarmić dziecko, ponosić ryczące dziecko, przewinąć dziecko. Wspólnego układania puzzli też w tym jakoś nie widzę. Podobało mi się, że w tej podróży byliśmy właśnie rodziną blisko siebie, rodziną na swoim, razem. Cała trójka (tej jednej nieszczęsnej istoty jeszcze nie wliczam, bo tu nie ma co dorabiać ideologii- priorytetem jest to, żeby nie ryczała, cała reszta nie istnieje) skupiona na siebie nawzajem, a nie na mapie, znakach drogowych, sposobie na przetrwanie. Coś wam powiem, jestem taka szczęśliwa, że aż zapiera mi dech. Nawet mięso na parapecie nie zgniło. I Marcinek zrobił obiad na jutro. I chłonę każdą komórką tę rozkosz, jaką dają mi chwile, gdy jeszcze jesteśmy wszyscy razem.

Ja nie scę do kina…

   No i zaczęła się zima. Już zdążyłam zapomnieć, jak bolą nie do końca zakryte czapką uszy, gdy mknie się poprzez śnieżną zawieję, jak koła wózka lubią ślizgać się po lodzie i jak marzną ręce, zobowiązane do dźwigania, pchania, łapania, poprawiania i ciągnięcia, które to czynności jednak łatwiej wykonywać bez rękawiczek. Marcin wziął niedługi urlop. Ma w tym czasie nadzieję nadrobić towarzyskie zaległości, nim wyleci do obcych krajów. Dla mnie to okazja, by jeszcze lepiej zająć się przychówkiem, a to dlatego, iż przychówek jest w wieku, w którym sensowniej zajmować się nim z osobna. Postanowiłam zabrać dziś Felka do kina. Nigdy nie był, ale zachęciły mnie kreskówkowe weekendowe poranki w rumskim przybytku. Już w domu Felek miał minę niewyraźną, po drodze marudził, w centrum handlowym, w którym znajduje się kino popłakiwał, ale nie zwracałam na to większej uwagi. Zawsze tak jest: zapowiedź jakiejkolwiek nowości to dla mojego synka powód do strasznego stresu. Oczywiście wspieram go, tłumaczę, że to normalne, że się wstydzi i boi tego, czego nie zna, ale że warto próbować, by przynajmniej wiedzieć, co jest fajne, a co na pewno nie. Tak uważam, a też jestem z tych wstydząco- bojących. Dlatego rybusia mojego rozumiem. Do sali kinowej zaciągnęłam go niemal siłą. Darł się, jak opętany, zesztywniał ze strachu. Kino trzęsło się od jego płaczu. Bałam się, że na prawdę będzie trzeba uciekać, bo inne dzieci nie będą nic słyszały! Zaczęła się bajka, a ten nadal ryczy: ,,Nie scę być u kina, nie będę oglądać, chcę u mamusi, chodźmy jus do domku…!!!”. No dobra, w przeciwieństwie do teatrzyka, kino chyba rzeczywiście nie przypadło mojemu synkowi do gustu. Stwierdziłam, że nie będę go dłużej dręczyć. Miał spróbować, spróbował, nie podoba mu się, to spadamy. Ale gdy brałam kurtkę i wyślizgiwałam się z siedzenia, by wyjść, nie zakłócając widoku dzieciom siedzącym za nami (dygresja: wszystkie prócz Felka były z ojcami!!! przypadek?), Felek rozsunął paluszki jednej z rączek kurczowo zasłaniających oczy. I zobaczył bajkę. Znieruchomiał na stojąco, ale jako, że go trzymałam, wciąż wyczuwałam duże napięcie. Wślizgnęłam się na powrót do siedzenia i zastygłam z nadzieją. On nic. Patrzy na ekran przez palce (wyglądało to tragikomicznie), po policzkach spływają wciąż świeże łzy, buzia czerwona. Ale nie ryczy, to najważniejsze. Po kilku minutach odważyłam się bez słowa wciągnąć go sobie na kolana, żeby nie stał jak taka sierota. Bez protestu. Ale posadzić na sąsiednim krzesełku się nie dał, a ja nie naciskałam. Cztery kreskówki przeleciały i czas było na nas. Felek niechętnie odpowiadał na pytania dotyczące całego prezdsięwzięcia, z tatą w domu nie podejmował tematu kina, z wyjątkiem chwili, gdy trochę się w jego obecności z Marcinkiem poprztykaliśmy (błąd niewybaczalny, ale mamy teraz dość nerwowy okres, zresztą co ja się tłumaczę, to było maksymalnie beznadziejne) i Felek, nienawykły, zaczął krzykliwymi relacjami z czegokolwiek, m. in. z kina, usiłować zwrócić na siebie uwagę. Uświadomił nam w ten sposób, że jednak słucha i nie podoba mu się zmiana stylu rozmowy między mamą i tatą. Przestaliśmy. Mój Boże, niech już to się skończy. Sama nie wiem za bardzo, co, ale niech się skończy. Dziś w kinie zgubiłam siatkę z portfelem i telefonem. Stres potworny, na prawdę myślałam, że zejdę. Odzyskałam, bo jakiś facet znalazł zgubę i skontaktował się z moją mamą. Ale cały dzień chorowałam po tym przykrym zdarzeniu. Najgorsze w tym było to, że po kinie obiecałam Felciowi lody. A w związku z tymczasową stratą, po kinie już nie miałam za co ich kupić. I nie poszliśmy. Ryk tragiczny, zawód, moje wyrzuty sumienia. Przez najbliższe pół roku do kina się chyba z Felinkiem nie pofatyguję!

   Jutro jedziemy na urodzinki do Helenki- naszej byłej sąsiadeczki. Pamiętacie? Gdy się urodziła, ja właściwie zaczęłam pisać tego bloga. Minęły już dwa lata- przez ten czas zdarzyło się więcej, niż jakikolwiek podręcznik historii byłby w stanie zawrzeć, opisując dzieje ludzkości! Do moich Czytelników mam jedną małą prośbę- otóż Mama Na Puszczy bierze udział w konkursie na Bloga Roku. Potrzebuje Waszych głosów, by mieć jakieś szanse, zatem proszę o wysłanie SMS-a (1 numer- 1 SMS, więcej nie można, bo oczywiście próbowałam… ) o treści A00656 na numer 7122. Koszt to 1,23 zł- niedużo, a dla mnie to wielka radość, gdy widzę chociażby jak dzięki temu konkursowi wyniki oglądalności bloga szybują w górę:) A to mój nadrzędny cel- wirtualne przesyłanie dobrej rodzicielskiej energii, rozprzestrzenianie jej po IP wzdłuż i wszerz naszego nieco zacofanego pod względem mamowo- tatowym, kraju. Więc proszę Was o wsparcie i kończę, bo mimo późnego wieczora mamy gości. Dobranoc!