Mamo, kocham cię

   Tak, tak, tak! Usłyszałam takie wyznanie wczoraj po raz pierwszy w życiu. Mało nie padłam. Feliks wrócił po dwóch dniach od babci i dziadka. Długo broił, nie chciał iść spać, latał w piżamie i rozwalał, co się dało. W pewnej chwili wlazł na mnie, wtulił się obiema łapkami i spontanicznie wykrzyknął słodkim głosikiem: ,,Mamo, kocham cię!”. Przyznam, że rozpuściłam się, jak masło. Codziennie na dobranoc i nie tylko powtarzam synkowi, że go kocham nad życie, nawet gdy jest niegrzeczny, żeby mu podnieść morale po uprzednim udzieleniu reprymendy. Nigdy nie zadawałam pytań typu: ,,a ty kochasz mamusię?”, bo uważam, że to żałosne. Nie spodziewałam się także, że to lub coś podobnego kiedyś powie, bo jest dość powściągliwy w okazywaniu uczuć. Poprawię się: był. Był do czasu, kiedy zrozumiał, że uwaga mamy musi być podzielna. Jest konkurencja- drące się, a co gorsza- coraz słodsze niemowlę, które też już swoje mentalne macki wyciąga po należną część! I to w jaki perfidny sposób- bezczelnie uśmiechając się, a nawet chichocząc (udało ją się do tego doprowadzić już dwa razy- najpierw tacie, po kilku dniach zielonej z zazdrości mamie). Felek już wie, że wiele więcej, niż rykiem, można osiągnąć za pomocą ładniejszych technik manipulowania ludźmi. Na przykład miłosnymi wyznaniami. I racja, bo mama, wkurzona, że dzieciak popieprza boso po kaflach i drze japę, zamiast spać, na skutek tego nieoczekiwanego zwrotu w relacjach, przymknęła oko na dziecięcą niesubordynację. Coś w stylu: no, jak kochasz mamę, to se jeszcze polataj, nie będę krzyczeć. Tylko oczywiście niewyrażone słowami.

   Dziś Marcinek poszedł do pracy po niemal dwutygodniowym urlopie i znowu musiałam się przekonać, jak ciężki potrafi być los przesadnie przejmującej się matki  bez fizycznego wsparcia. Po południu (A dzień ogólnie był piękny! Nie za zimny, biały. Były śnieżki, saneczki i wizyta u babci na drugim biegunie Rumi), gdy chciałam położyć się na chwilę i zrobiło się miło, bo Felonek zapragnął mi towarzyszyć, nieoczekiwanie obudziła się Lilka. Okrutny koniec marzeń o drzemce. Zajęłam się organizowaniem pociechom czasu, noszenie, czytanie, klocki, bajka, tańce, pieluchy, cyc, pluszaki. Czyli norma. Gdy po godzinie Lilianna zaczęła zdradzać ponownie objawy senności, zaświtała mi nadzieja. I nagle w systemie coś zawiodło, bo ni stąd, ni zowąd oba zaczęły się drzeć. Trudno mi teraz ustalić przyczynę, chociaż przywołuję do wspomnień genezę- tak, to musiało być to: Lilka miała już zamknięte ślepia, więc nieopatrznie uwierzyłam w jej sen i położyłam do łóżeczka (no chyba nie sądzicie, że zaśnie inaczej niż na rękach? też coś!), a siebie na kanapie. Felek zaczął wyszarpywać mi MOJĄ poduszkę, twierdząc, że to jego. Nie dałam się, czym sprowokowałam włączenie się alarmu. To oczywiście wybudziło bobasa. I tak podwójny wrzask wyciął mi godzinę z życiorysu. Tragiczne jest to, że gdy próbowałam uspokoić jedno, natychmiast drugie, przekonane o tym, iż jego wrzask jest dla matki mniej ważny, nabierało powietrza, by przypomnieć o swoim istnieniu w trójnasób. A dla mnie oba wrzaski są równie wkurzające, więc jakiekolwiek poczucie krzywdy czy to u Felka, czy u Liluni, jest na prawdę nieuzasadnione.

   Z innej beczki: jako nastolatka jeździłam na obozy harcerskie, żeglarskie. Zawsze pod koniec było najfajniej. Zawsze kilka dni przed końcem tworzyły się pary, przysięgające sobie miłość po grób, wszyscy byli głęboko przekonani, że zawiązane w ciągu 10 dni przyjaźnie będą trwały wiecznie. Zajęcia obozowe przestawały się liczyć, nie spało się po nocach, żeby wykorzystać ten czas na maksa- ogniska, nocne rozmowy, romantyczne chwile. Coś takiego teraz właśnie mamy z Marcinkiem. Przestało mi zależeć na czymkolwiek, co nie jest rozpaczliwym wydzieraniem cennych minut bycia razem temu nieubłaganemu pędowi czasu. Budzę się o 3 w nocy i idę umyć zęby i przebrać się w piżamę- tak, po raz kolejny zasnęliśmy, nie pamiętając o takich szczegółach, w ciuchach, podczas wspólnego oglądania filmu. Albo tak długo gadaliśmy o niczym, aż totalnie nas zmogło- rzecz nie do pomyślenia, gdy jeszcze było… nie tak, jak teraz, czyli bez planów wyjazdu. Szanowaliśmy sen, obiad, pracę i niewyspanie. Nie zawsze nam się chciało gadać. Czuję się jak na finiszu obozu żeglarskiego, wiem, że zaraz przyjadą rodzice i zabiorą swoją córeczkę- gimnazjalistkę do domu, a tam rozpakuje ona śmierdzący plecak, zanim pochłonie ją paszcza szkolnej nudy i codzienności, która- co tu wiele gadać- nawet w ćwiartce nigdy nie będzie tak atrakcyjna, jak fale jeziora i nocne ogniska. Życie z Marcinkiem dla mnie to jak wieczny obóz żeglarski dla romantycznie usposobionej siksy. A jednak nie wieczny. I wcale, jak niektórzy sądzą, nie chodzi o to, że będzie mi ciężko samej z dwojgiem dzieci. Kompletnie o to nie dbam. Zakupy spożywcze (postanowione!) będę robić co kilka dni przez internet, to samo z pieluchami, chemią. Koło domu zaopatrywać będę się w chleb i mleko, czyli to, co na bieżąco i zbyt szybko się zużywa. Sprzątanie, pranie, wieszanie, dzieciaki- co to jest w obliczu czarnej dziury, jaką widzę, myśląc o tym, co będzie, a raczej czego nie będzie, gdy- no właśnie. Nic nie będzie.

5 myśli nt. „Mamo, kocham cię

  1. love's patient

    Witaj! Zaczynam od końca:) No i widzę, że opis blogu nieaktualny, bo masz już dwójeczkę! A magisterka napisana?;) Zdradź, bo nie wiem, kiedy dotrę wstecz;) Fajne pisanie, zobaczę, co dalej. Dobranoc (pozdrawiam Rumię!)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>