Tleń ekspedyszyn

   Moi drodzy, dziś wróciliśmy z dwudobowego relaksu w Borach Tucholskich. Wykupiliśmy na grouponie pakiet- 2 noclegi, masaż, uroczysta kolacja i śniadania dla 2 osób. Osób pojechało trochę więcej, a konkretnie 4, chociaż nie wiem, jak to liczyć, czy np. ONI nie liczą się jako pół albo ćwierć (Lilianka) i trzy czwarte (Felonek). Tak czy owak, była to wyprawa kosmicznie wręcz odprężająca i poprawiająca nastrój!

   Zaczęło się uroczo, a mianowicie 10 minut przed wyjściem trzasnął nam prąd. Marcin: ,,No chyba nie pojedziemy, trzeba naprawić”. Ja łzy w oczach, silę się na optymistyczny ton, sugerując, że nie obchodzi mnie aż tak fakt, iż rozmrozi się zamrażalnik i gdy wrócimy, zastaniemy szron w domu. Zaczęłam wynosić jedzenie na parapet, modląc się, by: a)temperatura była przez czas naszej nieobecności ujemna, by się nie zmarnowało jedzenie; b) temperatura była przez czas naszej nieobecności dodatnia, żeby aż tak nie zmroziło mieszkania. Wyszliśmy z domu- proszę państwa, jedziemy na totalne zadupie, przed nami czterogodzinna podróż trzema różnymi pociągami, a potem las, hotel, telewizor i obiad w restauracji, czyli raj. Jak zwykle okazało się, że nasze pocieszki stworzone są do wojaży. Liluś niemal całą drogę spał. Wiadomo, że gdy planuje się dłuższą drogę, czyli np. trwającą ponad cztery godziny, to ten moment, kiedy maluszka trzeba będzie nakarmić, w końcu nadejdzie. Nie ma co się łudzić, że ukochana córcia oszczędzi przeżyć związanych z przysłowiowym ,,wywaleniem cyca przy ludziach”. Wbrew pozorom jednak tutaj objawia się właśnie przewaga karmienia piersią. Dziecko głodne- rach ciach, nakarmione, utulone, przekonane o bezpieczeństwie i w porzo. Żadnych butli, przegotowanej wody, smoczków, po prostu dyskretnie pochylasz się nad rozwartą paszczą i już. Zarówno w trakcie drogi do, jak i spowrotem, karmienie wypadło po dwa razy- czyli łącznie cztery. Tylko raz odczuwałam dyskomfort, bo ludzi naokoło mnóstwo, dziecko rozryczane, gorąco jak w piekle. Zresztą, moje podejście jest takie, że współpasażerom szczerze życzę, by nie wysilali się z jakimkolwiek komentarzem. Trudno wyobrazić mi sobie sytuację, która mogłaby mnie intensywniej sprowokować do wdania się w ostrą wymianę zdań, niż taka, kiedy ktokolwiek zwraca mi uwagę, iż karmienie w miejscu publicznym jest niestosowne. To nie tak, że uważam, że to fajne. W duchu mam żal do natury, że tak to wymyśliła. Staram się zawsze karmić dziecinkę jak najbardziej niewidzialnie, nie robiąc szumu, bo niby wokół czego? Traktuję to wyłącznie zadaniowo: Lilianna jeszcze jest za malutka na cokolwiek innego, nie dostanie słoiczka czy deserka. Jeśli jest głodna, to muszę jej udzielić kawałka własnego ciała. Tyle na temat potrzeb córci. Potrzeby synka są dużo bardziej wyrafinowane. Musi mieć on zapewnioną rozrywkę, czułość i okazję do rozwoju. Puzzle, książeczki, turlanie się po kolanach mamy i taty (na zmianę), możliwość skorzystania z ubikacji, ciastka, banany i picie- tych oto elementów nie może zabraknąć, jeśli w niezłej kondycji pragnie się polską koleją dotrzeć z punktu A do pnktu B. Nie zabrakło. Ani sekundy buntu, ani śladu nudy, uwielbiam mojego synka.

   Na miejscu okazało się, że jest bosko. Felek obwieścił, że to nasz nowy domek i on do starego już wracać nie chce (nawiasem mówiąc, bardzo dosadnie okazywał niezadowolenie, gdy szykowaliśmy się do powrotu, a na ,,staly domek” sypał się grad oszczerstw!) Nic dziwnego. Przestronne korytarze do ćwiczenia galopu, telewizja, restauracja z jego i tylko jego specjalnym krzesełkiem do spożywania megazdrowych frytek, sala zabaw z ogromnymi poduchami w kształcie klocków do budowania fortec, w pokoju kibel z komfortową wanną, na dwórku mokry śnieg, idealny do lepienia bałwanków, obowiązkowo ,,duzego i małego”. To nie koniec!- rodzice tylko dla niego. No, wiadomo, dla Lilki trochę też, ale przynajmniej jak jedno uwieszone na dziecku, to drugie może z chłopcem układać puzzle, poganiać się, pokulać na łóżku. A nam jak było dobrze! Myślałam, że się nie odważę, a teraz przyznam, że kąpiel w jaccuzi pod gołym niebem (trzeba było do niego dojść po mrozie! I wyjść z wody na mróz! I w klapkach po śniegu wracać do budynku!!!) to nie była odnowa biologiczna, a wręcz duchowa! Śmiejcie się, ale nawet nie wierzyłam, że to, o czym marzyłam całe życie to pierdyknięcie się w gorącą wodę i zamknięcie oczu bez ryzyka, że zaraz usłyszę ryk, ktoś wejdzie mi na głowę albo zdejmie i zeżre plaster sera ze świeżo przygotowanej kanapki. Gdy biorę w domu prysznic, nie zamykam łazienki na klucz. Jestem bowiem pewna, że po minucie Felkowi zachce się siku. Nigdy się nie mylę. Nigdy nie jest mi dane kąpać się bez żadnej przerwy tyle, ile bym chciała. A teraz wykąpałam się za wszystkie czasy, nie ma co.

    Hotel, w którym przebywaliśmy, znajduje się w miejscowości o nazwie Tleń. Byłam tam na koloniach, kiedy miałam niespełna 10 lat. Wyobraźcie sobie, że zupełnie przypadkiem trafiliśmy na ten kolonijny ośrodek. Jest nieczynny, całkiem opuszczony, ale co szokujące- otwarty, wszystko tam zostało, jak w Czarnobylu po wybuchu elektrowni. Takie tam zresztą mieliśmy odczucia. W kuchni patelnie, sitka, tłuczki, sztućce; w magazynie sterty kocy i pościeli. W ambulatorium nerka i leki, jak również zeszyty z notatkami na temat stanu zdrowia kolonistów. Do tego ambulatorium trafiłam jako dziewczynka. Dostałam jakiejś koszmarnej wysypki. W ogóle na tych koloniach nie czułam się najlepiej, pamiętam, że trzy dni z tęsknoty i stresu miałam gorączkę, potem wspomnianą już wysypkę, cały czas paznokcie obgryzione do mięsa. Dramat. W ogóle mi się tam nie podobało! I taką mam z tego naukę, że własne dzieci planuję… wysłać po raz pierwszy na zorganizowane kolonie, gdy będą miały 5 lat, a nie 10. Tak, sprawdziłam, są takie! I dla dziesięciu dni spokoju w ciągu roku poświęce paznokcie moich ukochanych niewiniątek. Właśnie dlatego, że je tak zabójczo kocham. Ten paradoks są w stanie zrozumieć wyłącznie rodzice, którzy każdą sekundę swojego żywota planują z myślą o dzieciach. Wyjazdy, obiady, spacery i upojne małżeńskie chwile poświęcone są w 200 %-ach porom spania, gustom i guścikom, smakom i strachom, rozwojowi i możliwościom infantów. Z pełnym poczuciem, że to ma sens. Bo ma, ale na kolonie i tak je wyślemy… Do tego czasu pewnie już będą się kochać nad życie. Muszę wam powiedzieć, że w kwestii bratersko- siostrzanej miłości, też jakaś poprawa na wyjeździe. ,,No uśmiechnij się do mamy i do mnie”- poucza Feliks siostrzyczkę, gdy ta patrzy w eter z wyrazem twarzy pełnym powagi. Czasami synuś łapie małe delikatnie za rączkę, czasami pogłaszcze. Chyba zaczął pojmować, o co chodzi ogólnie w bobasie. Dla mnie to wszystko wzruszające, ale nie daję się zwieźć. Boję się, że popełnię gdzieś jakiś tragiczny błąd wychowawczy. Brr, wzdragam się na samą myśl o słowie ,,wychowanie”- to nie dla mnie, ale o tym kiedy indziej.

   Po powrocie, który ze zwględu na zmęczenie Felitka i nyki Lilki, był nieco bardziej problematyczny, przypomnieliśmy sobie (nie było innego wyjścia), że nie mamy prądu, a co za tym idzie, światła (późne popołudnie zimą, jakby co) ani ogrzewania. W mieszkaniu było dokładnie 10,5 stopnia. Poleciałam po świeczki, zdążyliśmy się zestresować, ale w normie, tzn. przede wszystkim postanowiliśmy napić się kawy. Zadzwoniliśmy po pogotowie energetyczne, dzieciaków ani siebie nie rozebraliśmy z kurtek i butów, Marcin ugotował parówki, świeczki dały romantyczny nastrój. Gdyby nie ta zimnica, byłoby całkiem miło. Panowie przyjechali i powiedzieli, co zrobić, żeby naprawić i nie wydać za dużo na ich interwencję. Niestety nagrzewa się strasznie wolno, niecały stopień na godzinę. Feliks zasnął w polarze, przytulony do termofora, Lilunia w objęciach mamy. Wpadł w odwiedziny nasz przyjaciel, ojciec chrzestny Lilianny. ,,Wojtek, jak będziesz w jakimś dużym sklepie, kup nam farelkę, taką wiesz, do grzania!!”. Wojtek w dużym sklepie był. Życie jest cudem, nawet jak za drzwiami pokoju straszy 14-stoma stopniami.

   Wyobraziłam sobie, jakby to było, gdybyśmy zamiast pociągiem, udali się w tleńską ekspedycję samochodem. Czyli w sposób cywilizowany, tak jak współczesnej rodzinie z dziećmi przystoi. No wiecie, duży bagażnik, ja wciśnięta jak szprotka między dwa foteliki, dzieci skrzywione koniecznością tkwienia w jednym miejscu przez zbyt dużo czasu. Jazda przerywana co dwadzieścia minut, bo trzeba zatankować i wydać na benzynę trzy razy tyle, co na bilety, wysikać się, nakarmić dziecko, ponosić ryczące dziecko, przewinąć dziecko. Wspólnego układania puzzli też w tym jakoś nie widzę. Podobało mi się, że w tej podróży byliśmy właśnie rodziną blisko siebie, rodziną na swoim, razem. Cała trójka (tej jednej nieszczęsnej istoty jeszcze nie wliczam, bo tu nie ma co dorabiać ideologii- priorytetem jest to, żeby nie ryczała, cała reszta nie istnieje) skupiona na siebie nawzajem, a nie na mapie, znakach drogowych, sposobie na przetrwanie. Coś wam powiem, jestem taka szczęśliwa, że aż zapiera mi dech. Nawet mięso na parapecie nie zgniło. I Marcinek zrobił obiad na jutro. I chłonę każdą komórką tę rozkosz, jaką dają mi chwile, gdy jeszcze jesteśmy wszyscy razem.

4 myśli nt. „Tleń ekspedyszyn

  1. Julcia

    Marysiu no 1godz i 17 minut i była byś u mnie z Tlenia do Radzimia jest dokładnie53,3 km.(sprawdzałam na kalkulatorze odległości).

    Odpowiedz
  2. Kasia

    Może i faktycznie fajnie jest się pobawić z dziećmi w pociągu, ale chyba trochę dramatyzujesz z tym samochodem. Bo samochodem bylibyście na miejscu pewnie w 1-2 godz., dzieciaki pewnie w tym czasie by się zdrzemnęły – i Ty też miałabyś na to chwilę. Poza tym nie trzeba się zatrzymywać co 20 min na tankowanie, chyba że jedziesz jakimś amerykańskim mustangiem z lat 60. ;ppp No i nie trzeba tachać tobołów na plecach! Ja tam jednak jestem zwolenniczką jeżdżenia samochodem i wspieram dobrą energią zamiary Marcina! Liczę też, że i Tobie, Maryś, wróci kiedyś ochota na prawko, bo to naprawdę się przydaje, choćbyś nie wiem jak piękne teorie do pociągów dorabiała ;ppppppp
    A tak poza tym to żałuję, że nie pojechaliśmy z Wami, no ale co zrobisz… Mój wspaniały malkontent nie jest tak otwarty na jacuzzi :(

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      no żałuj tak czy inaczej!! :> ja nie dramatyzuję,tylko ilekroć chociażby z tRąbek jechałam autem z moim tatą i trwało to pół godziny,miałam jakąś akcję,zarówno z Felciem, jak i teraz z Lilianką. Albo żreć w najmniej odpowiednim momencie (korek na 100 kilosów) albo zesranie maksymalne,albo (często!!!) rzyganie na odległość. I jak se wyobrażę tę gehennę nawet 2 godziny to już wolę z tobołami jechać 4.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>