Miesięczne archiwum: Luty 2012

Razy dwa!

      Miałam dziś przemiłych gości. Koleżanka z mężem, córcią (powiem tylko, że niespełna roczną) i… dzidzią w brzuchu. Imionami celowo nie szastam, bo w niektórych kręgach radosna nowina jest jeszcze tajemnicą. Lilka nie widziała jeszcze akurat tej cioci i tego wujka, ale cała rodzina, łącznie z nową koleżanką zrobiła na niej pozytywne wrażenie. Kawka, ciasto, obiad, wymiana ciuszków i poglądów na życie… 

   Zauważyłam, że zapełnia się podzbiór naszych przyjaciół obdarzonych podwójnych szczęściem i, co ciekawe, żadna z par mogąca się w naszym otoczeniu pochwalić obfitszym dziecięcym dorobkiem, o tę obfitość bynajmniej się nie modliła. Są to zatem tzw. dzieci nieplanowane. Felek i Lilka, najbliższe memu sercu antyplany, porównuję do znalezienia w krzakach torby z pieniędzmi- nie zakładasz tego, ale przecież cieszysz się jak głupi, gdy się zdarzy. Czasami trzeba oswoić się z szokiem, jaki atakuje, gdy to szczęście się zjawia. Ale Bóg mi świadkiem, że o ile wpadłam z małą panikę, gdy okazało się, że Felek będzie miał rodzeństwo, dzisiaj nie wyobrażam sobie bez mojej córeczki życia. Jak w ogóle świat mógł się kręcić, gdy Liluni nie było- raczej to mnie nurtuje. Ja po prostu już teraz wiem, że co (a raczej KTO) ma być, to będzie. Żadne plany nie mają tutaj nic do rzeczy. Widzę, jak szczęśliwe są nasze znajome rodziny z podwójnym przychówkiem, chociaż, że się tak wyrażę na pewno im się nie przelewa (nawiasem mówiąc, nam się ostatnio przelewało, bo zrządzeniem losu jeden z naszych pokoi został… zatopiony. Długa historia, póki co korzystamy z jednego pokoju i czekamy wiecznym czekaniem na suchość, której do końca już tu chyba nigdy nie będzie po tym wszystkim, ale trudno). To jest specyficzny sposób myślenia: wszystko, co potrafi maksymalnie życie utrudnić liczymy razy dwa. Dla równowagi jednak wszystko, co jest sensem życia i co daje poczucie jego obecności- także razy dwa. Jeśli prawda to, że mając dziecko, przeżywa się swoje życie na nowo (a ja mogę poświadczyć, że tak jest), to mając dwoje, intensywność tego przeżycia również jest odpowiednio wzmożona. No cóż- drogiej koleżance i jej fantastycznej rodzince życzę zdrówka!

   Z innej beczki- bawi mnie tak słodka hipokryzja gościnno-matczyno- cioteczna. Nieważne, jak blisko jesteś z dzieciatą osobą, która cię odwiedza. I tak zawsze udajesz, że Higiena i Bezpieczeństwo to twoje drugie i trzecie (albo i pierwsze podwójne!) imiona. Felek, będąc w wieku dziecka, które tu dziś rządziło,pełzał, raczkował, brał do gęby. Znajdował sobie pod stołem skórkę od chleba sprzed tygodnia i się nią częstował tak długo, aż komuś zachciało się w końcu mu to zabrać. Bawił się wsuwką do włosów. Wstawał przy meblach i robił bam aż huczało. Jeśli dziecku gości spadnie flips na ziemię i leży tam sekundę, przezorna gospodyni pędzi po nowy, żeby przypadkiem nie pokazać po sobie olewki dla tego zabójstwa czystości. Wszystkie klocki lego, pałętające się pod nogami, usunięte zawczasu, bo przecież, na Boga, trzeba dbać o układ oddechowy i pokarmowy ślicznej małej księżniczki! A że ta jeszcze mniejsza, tylko że moja własna obżera niewyparzone gryzaki już trzeci dzień, no trudno, przecież nie damy się zwariować domestosowym lobby. Takie przemyślenia mnie naszły, bo uświadomiłam sobie, jak bardzo nie chcemy dać się pokazać od tej leniwej i ,,niegazetowej” strony jako matki. I że to, co wyczytujemy na forach, blogach i na fejsie, nie zawsze odzwierciedla rzeczywistość. Zwierzenia typu ,,nie daję mojemu dziecku słodyczy, a jedynie hand made’owe, eko i wege ciasteczka, które razem z moim rocznym synkiem pieczemy codziennie”, można spokojnie interpretować jako ,,nie kupuję szklanych lizaków mojemu dziecku, bo jeszcze nie ma wszystkich zębów i nie daje rady ich zeżreć”. Z drugiej strony, uważam, że to zakłamanie, jeśli w ogóle jest to zakłamanie, nie jest jakieś strasznie złe. We mnie wzbudza pobłażliwy uśmiech. Wiadomo, że nie ma ideałów, nawet matryc, na których możnaby się wzorować. A z narzucanymi przez wszystkie poradniki ,,normami” trzeba walczyć, bo właśnie to, co tam wypisują, zniechęca do posiadania potomstwa, a już na pewno do ilości większej niż 1.

Pięć na plusie!

   Piękny dzień. Po dłuższej przerwie udało nam się nareszcie pójść na godzinny spacerek. No tak, przez jakiś czas nasze rumskie wędrówki były dosłownie i w przenośni zamrożone, bo nikomu nie służy przebywanie na kilkunastostopniowym mrozisku, a na pewno nie dzieciom. Oczywiście wynurzaliśmy się z domu, ale odwiedzaliśmy sklep i nazad, ewentualnie zostawiałam Felcia i szłam przed dom bujać Lilkę we wózku, by zasnęła na dłużej. Takie już ma ona zboczenie, że lubi sobie pospać nawet cztery godzinki po południu, ale jeden warunek musi być spełniony- sen zaczyna się na dwórku. Potem mogę sobie ten wózek wprowadzić nawet do sauny i różnicy jej nie robi. Wspomniałam, że zostawiam Felka. Tak, bawi się ładnie i jest uważniejszy, niż gdy jestem z nim w domu. Zaglądam do niego co 5 minut. Mam wrażenie, że on bardzo się cieszy i jest dumny z zaufania, jakie mu okazuję. Zaufanie oczywiście jest mocno ograniczone, ale myślę, że w przypadku niespełna 3-letniego chłopca wystarczy. Ja wiem, co robi i że żyje, on czuje się dorosły- jak dla mnie bomba. Podobnie rzecz ma się niekiedy, ale w drugą stronę- on lata po ogródku i czasem na podwórku z drugiej strony domu, ja monitoruję sytuację przez jedno albo drugie okno. Myślę, że to w porządku. Chciałabym, żeby mocno czuł, że mu ufam. Wbrew pozorom, on rozumie takie abstrakcyjne pojęcia. Myślę, że większość dzieci w tym wieku je rozumie i trzeba tylko dać im szansę, by mogły o tym zrozumieniu zaświadczyć. A tak w ogóle to chciałam pisać o pięknym dniu. I że nareszcie udało nam się wybrać na spacerek do parku, za czym od dawna tęskniłam, bo nie byłam tam chyba od Bożego Narodzenia. Staw zamarznięty, ale rzeczka płynie, topią się gigantyczne sople pod mostkiem, gruba warstwa śniegu na piaskownicy powoli zamienia się w ażurową serwetkę, odkrywając nieestetyczne połacie mokrego, brunatnego piachu. Ja siłą rzeczy widzę w nim przepiękne lato, Felcia z taczką, otoczonego niezliczoną ilością piaskownicowego sprzętu. Wtedy jeszcze bał się dzieci, nie chciał się z nimi bawić, płakał bez sensownego (według ,,dorosłych” standardów) powodu i zdarzało mu się posikać w majtki. Dziś jest moim małym bohaterem, wspaniałym towarzyszem, starszym bratem, dzielnym chłopcem. Właśnie tego lata, po przeprowadzce zamienił się z dzidzi w chłopca, tak to oceniam. Wiele ,,dzidziowych” cech pozostało, niemniej w chwilach ich uzewnętrznienia konfrontuję osobę synka z zapakowaną w pluszowy kombinezon osobą- osóbką- córeczki. Dzidzia jest tylko jedna :)

   W parku, jak wspomniałam, zaczyna topnieć. Coraz dłużej jest jasno, a pięć stopni na termometrze powyżej złówróżbnego zera skłania do pozytywnych przemyśleń na temat kolejności występowania po sobie pór roku w naszym klimacie. To znaczy, że… Że następna musi być wiosna. I kupimy nową taczkę. I lukier na tort z trzema świeczkami. Zauważyłam, że jak życie by się nie układało, zimą ogarnia depresja, latem wszystko wydaje się proste. Dziś w parku, gdy Felek okupował zjeżdżalnię, rozganiał kaczki, huśtaliśmy się razem na huśtawce i zostawialiśmy za sobą tak wyraźne ślady na ciężkim, mokrym śniegu, dotarło do mnie, jak cudownie nieuchronna jest wiosna każdego roku i jak wiele problemów potrafi rozwiązać świadomość tego. Nie chcemy już mrozów! Niech żyją spacerki, place zabaw, huśtawki, kaczki, taczki i moje dzieciaczki.

Szczepienia, pączki, stary chleb z serem

   Odwiedziłam dzisiaj przyjaciółkę Kasię i jej synka Wincentego. Tłusty Czwartek, słodkości. Miła odmiana, bo w domu żywię się właściwie tylko odgrzewanym w mikrofali starym chlebem z nowym serem. Brakuje mi motywacji, żeby iść do spożywczaka. Wczoraj zmobilizowałam siły- kupiłam mleko i wspomniany wyżej ser. Nie gotuję, nie przebywam w kuchni, nie robię nic, w ogóle czuję się w jak odmiennym stanie świadomości. Po odlocie Marcinka byłam trzy dni u rodziców. Musiałam jednak wrócić, bo malinka miała dzisiaj w Rumi szczepienie. Biedactwo, na początku jak zwykle nic, a po kilku godzinach obolała, płaczliwa, lepka, smutna. U Kasi zaczęła tak rozpaczliwie płakać, że nie mogłam sobie z nią poradzić i trzeba było skrócić wizytę, bo serce mi pękało. Po powrocie 3 bite godziny na rękach, ale nic to, włączyłam sobie film, usiadłam. Chciała być tylko tulona, nawet nie bujana, żadnych cyrków. Jutro od babci wraca Felek. Znając życie, oba będą ze mną spać. Nie przeszkadza mi to. Nie będę ich krótko trzymać, nie będę silić się na udawanie, że uważam mój komfort za najważniejszy. Nie ma mojego komfortu. Chcę mieć je koło siebie, będzie nam razem ciepło, miło, przytulimy się. Przezimujemy.

  Wicuś za kilka dni skończy roczek. Byliśmy z Marcinkiem i Felciem na kwaterze w Chałupach, gdy dostałam SMS-a od Kasi z informacją, że ich rodzina się powiększy. Aż mi w głowie zaszumiało z radości. A teraz proszę- roczek. Długie włoski, czerwone poliki, bluza po Felku, pulchne łapki i zamiłowania muzyczne. Chłopczyk rozkoszny, towarzyski, właził mi na kolana i zaczepiał nieszczęsną dzidzię. Daje mi to nadzieję, że i Lilka będzie kiedyś przypominała człowieka… To oczywiście moje durne marudzenie. Ona jest roześmiana, słodka, doskonale rozumie różnicę między przebywaniem w czyimś towarzystwie a samotnością i przeciwko tej drugiej zdecydowanie się buntuje. Nie przewraca się jeszcze z brzuszka na plecki i na odwrót, ale czy to ma świadczyć o wartości człowieka? Wpadam w niebezpieczną pułapkę przeglądania tabelek i analizowania ,,co dziecko w tym wieku już robi”, a czego Lilka nie robi. A, no bo Felek już robił!!! Chaotycznie dzisiaj, przepraszam, ale tyle wrażeń… Jeszcze Gdańsk. Okolice naszego dawnego lokum. By się dostać do Kasi, musiałam przejść obok niegdysiejszego felonkowego żłobka. Ścisnęło mnie coś w środku. Płakałam, gdy synka tam zapisywałam, płakałam, gdy musieliśy zrezygnować z dalszego posyłania Felka ,,do dzieci”… A on jak czasami płakał! Do dzisiaj słyszę ten rozdzierający płacz, pełen buntu, krzywdy. Felek miał 16 miesięcy, gdy poszedł do żłobka, a ja do pracy. 16 miesięcy, a potrafił powiedzieć ,,do dzieci nie, mamom tak” i to właśnie było to. Cały sens mojej, jego egzystencji. Myślę, że on dopiero teraz dorasta powoli do tego, by pójść do przedszkola. Nie wiem, jak potoczą się nasze losy, czy pójdzie, czy nie. Mam tylko nadzieję, że już nigdy nie będę musiała czynić nic tak okrutnie wbrew sobie i jemu. Gdy Feliksik się zaaklimatyzował i zaczął nawet ładnie bawić się z dziećmi, okazało się, że oto koniec żłobkowania. Z jego histeriami i nerwicami musieliśmy sobie radzić długo. Ale już jest dobrze. Tylko że nie ma taty. Modlę się, żeby to jakoś nie odcisnęło śladu kosmatą łapą na felkowej psychice. Damy sobie radę. Tylko te obiady mnie przerażają, na sam widok kuchni robi mi się słabo, nie wiem, skąd to. Dziecko musi jeść. Powtórzę to sobie milion razy, zacisnę zęby, zamknę oczy i może się z tą kuchenką przeproszę. Dziecko musi jeść!

   Jeść musi także małe. Małe wszamało ostatnio niemal cały słoiczek (babcia kupiła) z warzywnym przecierem bobovity. I wyglądało na zadowolone. Felek w tym wieku też już zaczął swój burzliwy romans z obiadkami, deserkami i kaszkami. Zamierzam sama Liluni robić żarcie, tak jak i Felciowi. Słoiczki do mnie nie przemawiają w codzienniej diecie. Raz, że kasy jak lodu na to idzie, dwa, że co to za żarcie? Wygląda jak kupa, zero smaku. Nie chcę, żeby nawykła do takiej bylejakości. Trochę jest delikatniejsza, niż braciszek, więc na początek dostanie słoiczek jeszcze kilka razy- ze względu na konsystencję. Obawiam się, że nawet z pomocą blendera nie uzyskam tak idealnej kupy. Felkowi było wszystko jedno, żarł płatki owsiane z burakami w wieku pięciu miesięcy i gites. Ona chyba nie z tych. Zresztą nie wiem. Prawda jest taka, że niemowolęctwo wiecznie nie trwa, szybciej niż sądzę Lileczka będzie sama robić zakupy (tak jak Felek teraz) i w koszyku znajdą się produkty, które nie będą mile widziane przez prozdrowotną matkę, ale i tak za nie zapłaci, żeby dziecku sprawić przyjemność. Żeby sobie zjadło coś słodkiego po obiedzie, a niech tam. A, jeszcze jedno. Po pierwszym ,,pokarmie stałym” u Liluni obserwuję zahamowanie tsunami ulewania, dzięki któremu musiałam przebierać ją ok. 10 razy każdego dnia (każde przebieranie = ryk, bo Lilunia za zmianą odzieży nie przepada). Dzisiaj przebrałam ją tylko raz i życie wydaje mi się dużo przyjaźniejsze.