Dzienne archiwum: 16 lutego 2012

Szczepienia, pączki, stary chleb z serem

   Odwiedziłam dzisiaj przyjaciółkę Kasię i jej synka Wincentego. Tłusty Czwartek, słodkości. Miła odmiana, bo w domu żywię się właściwie tylko odgrzewanym w mikrofali starym chlebem z nowym serem. Brakuje mi motywacji, żeby iść do spożywczaka. Wczoraj zmobilizowałam siły- kupiłam mleko i wspomniany wyżej ser. Nie gotuję, nie przebywam w kuchni, nie robię nic, w ogóle czuję się w jak odmiennym stanie świadomości. Po odlocie Marcinka byłam trzy dni u rodziców. Musiałam jednak wrócić, bo malinka miała dzisiaj w Rumi szczepienie. Biedactwo, na początku jak zwykle nic, a po kilku godzinach obolała, płaczliwa, lepka, smutna. U Kasi zaczęła tak rozpaczliwie płakać, że nie mogłam sobie z nią poradzić i trzeba było skrócić wizytę, bo serce mi pękało. Po powrocie 3 bite godziny na rękach, ale nic to, włączyłam sobie film, usiadłam. Chciała być tylko tulona, nawet nie bujana, żadnych cyrków. Jutro od babci wraca Felek. Znając życie, oba będą ze mną spać. Nie przeszkadza mi to. Nie będę ich krótko trzymać, nie będę silić się na udawanie, że uważam mój komfort za najważniejszy. Nie ma mojego komfortu. Chcę mieć je koło siebie, będzie nam razem ciepło, miło, przytulimy się. Przezimujemy.

  Wicuś za kilka dni skończy roczek. Byliśmy z Marcinkiem i Felciem na kwaterze w Chałupach, gdy dostałam SMS-a od Kasi z informacją, że ich rodzina się powiększy. Aż mi w głowie zaszumiało z radości. A teraz proszę- roczek. Długie włoski, czerwone poliki, bluza po Felku, pulchne łapki i zamiłowania muzyczne. Chłopczyk rozkoszny, towarzyski, właził mi na kolana i zaczepiał nieszczęsną dzidzię. Daje mi to nadzieję, że i Lilka będzie kiedyś przypominała człowieka… To oczywiście moje durne marudzenie. Ona jest roześmiana, słodka, doskonale rozumie różnicę między przebywaniem w czyimś towarzystwie a samotnością i przeciwko tej drugiej zdecydowanie się buntuje. Nie przewraca się jeszcze z brzuszka na plecki i na odwrót, ale czy to ma świadczyć o wartości człowieka? Wpadam w niebezpieczną pułapkę przeglądania tabelek i analizowania ,,co dziecko w tym wieku już robi”, a czego Lilka nie robi. A, no bo Felek już robił!!! Chaotycznie dzisiaj, przepraszam, ale tyle wrażeń… Jeszcze Gdańsk. Okolice naszego dawnego lokum. By się dostać do Kasi, musiałam przejść obok niegdysiejszego felonkowego żłobka. Ścisnęło mnie coś w środku. Płakałam, gdy synka tam zapisywałam, płakałam, gdy musieliśy zrezygnować z dalszego posyłania Felka ,,do dzieci”… A on jak czasami płakał! Do dzisiaj słyszę ten rozdzierający płacz, pełen buntu, krzywdy. Felek miał 16 miesięcy, gdy poszedł do żłobka, a ja do pracy. 16 miesięcy, a potrafił powiedzieć ,,do dzieci nie, mamom tak” i to właśnie było to. Cały sens mojej, jego egzystencji. Myślę, że on dopiero teraz dorasta powoli do tego, by pójść do przedszkola. Nie wiem, jak potoczą się nasze losy, czy pójdzie, czy nie. Mam tylko nadzieję, że już nigdy nie będę musiała czynić nic tak okrutnie wbrew sobie i jemu. Gdy Feliksik się zaaklimatyzował i zaczął nawet ładnie bawić się z dziećmi, okazało się, że oto koniec żłobkowania. Z jego histeriami i nerwicami musieliśmy sobie radzić długo. Ale już jest dobrze. Tylko że nie ma taty. Modlę się, żeby to jakoś nie odcisnęło śladu kosmatą łapą na felkowej psychice. Damy sobie radę. Tylko te obiady mnie przerażają, na sam widok kuchni robi mi się słabo, nie wiem, skąd to. Dziecko musi jeść. Powtórzę to sobie milion razy, zacisnę zęby, zamknę oczy i może się z tą kuchenką przeproszę. Dziecko musi jeść!

   Jeść musi także małe. Małe wszamało ostatnio niemal cały słoiczek (babcia kupiła) z warzywnym przecierem bobovity. I wyglądało na zadowolone. Felek w tym wieku też już zaczął swój burzliwy romans z obiadkami, deserkami i kaszkami. Zamierzam sama Liluni robić żarcie, tak jak i Felciowi. Słoiczki do mnie nie przemawiają w codzienniej diecie. Raz, że kasy jak lodu na to idzie, dwa, że co to za żarcie? Wygląda jak kupa, zero smaku. Nie chcę, żeby nawykła do takiej bylejakości. Trochę jest delikatniejsza, niż braciszek, więc na początek dostanie słoiczek jeszcze kilka razy- ze względu na konsystencję. Obawiam się, że nawet z pomocą blendera nie uzyskam tak idealnej kupy. Felkowi było wszystko jedno, żarł płatki owsiane z burakami w wieku pięciu miesięcy i gites. Ona chyba nie z tych. Zresztą nie wiem. Prawda jest taka, że niemowolęctwo wiecznie nie trwa, szybciej niż sądzę Lileczka będzie sama robić zakupy (tak jak Felek teraz) i w koszyku znajdą się produkty, które nie będą mile widziane przez prozdrowotną matkę, ale i tak za nie zapłaci, żeby dziecku sprawić przyjemność. Żeby sobie zjadło coś słodkiego po obiedzie, a niech tam. A, jeszcze jedno. Po pierwszym ,,pokarmie stałym” u Liluni obserwuję zahamowanie tsunami ulewania, dzięki któremu musiałam przebierać ją ok. 10 razy każdego dnia (każde przebieranie = ryk, bo Lilunia za zmianą odzieży nie przepada). Dzisiaj przebrałam ją tylko raz i życie wydaje mi się dużo przyjaźniejsze.